środa, 23 stycznia 2019

Trzy lekcje z ŚDM: wybaczaj. Działaj z tym, co masz. Dbaj o siebie.

Patrzę dzisiaj na te zdjęcia z Panamy: roześmiane twarze, kwiaty, szerokie spódnice, piękne lato, flagi na wietrze. I przypomina mi się 2016 rok. I to, gdzie w życiu byłam wtedy. I jak bardzo pomogły mi iść do przodu trzy lekcje, które dostałam od ŚDM.

Posłuchaj...


Jest lipiec 2016, upalny dzień przed rozpoczęciem ŚDM w Krakowie. Jestem odpowiedzialna za polskich wolontariuszy, którzy będą pracować w redakcji i relacjonować na bieżąco to, co się dzieje, pisząc teksty na naszą stronę internetową. Tymi tekstami żyć będą wszyscy, którzy nie mogli przyjechać, więc muszą być świetne i… szybkie.

Ekipę na lipiec montuję już od pół roku. Motywację mam potężną, bo zazwyczaj wolontariusze są przydzielani do sekcji losowo. Losowi dziennikarze! Na tę myśl mam dreszcze i palpitacje serca. Żeby iść w teren w obcym mieście, w tłum mówiący setką języków na raz, i zrobić wywiad, napisać reportaż, i żeby to jeszcze było dobre, trzeba mieć więcej niż odrobinę talentu i warsztatu. Losowość się tu nie sprawdzi, za nic! Dlatego ta ekipa to jest mój główny cel, i nad tym właśnie spędzam dwanaście godzin dziennie. Codziennie. Szukam ludzi, którzy się nadają i będą mogli przyjechać do Krakowa jako wolontariusze. Część ściągam z diecezji, najpierw robiąc porządny, trzymiesięczny kurs dziennikarski, a potem błagając czterdziestu księży koordynatorów, żeby mi z tych ludzi chociaż po jednym człowieku do Krakowa wysłali. Resztę wyszukuję ręcznie w bazie wolontariuszy, w której jest dziesięć tysięcy osób; numer po numerze, człowiek po człowieku przebijam się przez setki CV. I w końcu – jest! Mam krótką listę.

Wysyłam zapotrzebowanie do sekcji wolontariatu.
Trochę to trwa, ale dostaję potwierdzenie – będę mieć tych ludzi. Poinformują, ogarną, mogę im to zostawić.
Super.

A potem jest jeden dzień przed startem.
Na dworze upał, w redakcji klima i przyjemny chłód, zjeżdża się ekipa, są wolontariusze z diecezji, ale części ludzi nie ma. Tak dokładnie to nie ma jednej trzeciej - trochę za dużo, żeby to był przypadek. Cień niepokoju przemyka mi za plecami. Po zebraniu szef prosi o wyjaśnienie - więc biorę listę, siadam przy ostatnim biurku i dzwonię.
Dzwonię po kolei do wszystkich.
- Ojej, ale ja jestem przy parafii, przecież o tym pisałam!
- O rany, przecież ja jestem harcerzem! Nie miałem być w Krakowie.
- Wybacz, ale to musi być pomyłka, zostałam skierowana do innej sekcji.
Dzwonię i dzwonię, i już wiem, co usłyszę od ostatnich, jeśli w ogóle odbiorą telefon.
Ci pieczołowicie wybrani, o których tak prosiłam, a z którymi nie mogłam się skontaktować, bo to należy do sekcji wolontariatu - nikt, nikt ich nie poinformował, nie sprawdził, nie dał im znać.
Ani mnie.

Jesteśmy dzień przed startem imprezy na trzy miliony ludzi ze stu dwudziestu dwóch krajów świata. I nie mam na pokładzie piętnastu osób… z czterdziestu.
Nie wierzę!

A emocje dają o sobie znać.
Jestem wściekła. Mam ochotę wpaść do sekcji wolontariatu i kogoś tam zamordować.
Jestem przerażona. Jak my ogarniemy to wszystko? W niecałe trzydzieści osób?
Jest mi wstyd. Zapewniałam naczelnego, że wszystko jest ogarnięte…
I najgorsze: czuję żal. Że tyle czasu, energii, zasobów włożyłam w znalezienie ludzi, których miałam dostać, ale nie dostałam, bo ktoś to po prostu... olał. Słusznie czy nie - czuję się oszukana.

Przez dłuższą chwilę rozważam całkiem poważnie, czy nie rzucić tego w cholerę. Podziękować ładnie, pożegnać się i pojechać do dzieci w góry. Mam też ochotę zaszyć się gdzieś i płakać w głos, ale to strasznie słabo wygląda, gdy w pierwszy dzień koordynatorka chodzi zapłakana, więc idę tylko na chwilę do łazienki.

A potem biorę się w garść.
Mam te trzydzieści osób, a mogłabym nie mieć nikogo.
Wszędzie nie będziemy - ale to, co będzie, wystarczy. Musi wystarczyć.
Biorę to na klatę.

A potem jest... cudownie.
Ludzie, którzy są, starczają za siebie i za tych, którzy mieli być.
Są utalentowani. Radzą sobie fantastycznie. Jak urodzeni dziennikarze. Mamy dzięki nim teksty i informacje,  których nie ma nikt, nawet największe, profesjonalne agencje prasowe: a my, z naszą amatorską redakcją wolontariuszy jesteśmy w stanie z nimi konkurować - i wygrywać.
Jestem zachwycona i zdumiona naraz.
Ani przez sekundę się tego nie spodziewałam!

I to jest moja pierwsza ŚDM-owa lekcja.

Gdy nie dostajesz tego, czego chcesz, bierz to, co masz, proś Szefa Szefów o błogosławieństwo i z odwagą ruszaj do przodu. A to, co się stanie, zaskoczy cię i zachwyci. 


Druga lekcja jest o wiele trudniejsza, bo już nie zawodowa, tylko osobista.

ŚDM to czas, w którym ludzie się ze sobą zaprzyjaźniają. I nawet ja - outsiderka, która po różnych przejściach w temacie sprawę zredukowała do krótkiego hasła "nie dla mnie" - odważam się wychylić ze swojej skorupki.

Ta odwaga otwiera mnie na nową relację, która rośnie sobie spokojnie. Na początku lipca dostaję od tego tak ważnego już dla mnie człowieka piękną deklarację przyjaźni. Aż mam łzy w oczach. I pewność, że w Krakowie będzie ze mną ktoś, na kogo naprawdę mogę liczyć. To dla mnie bardzo ważne, bo w ostatniej chwili zmieniły się plany i uznaliśmy, że ojciec dzieciom będzie bardziej potrzebny tymże dzieciom, w górach, sto kilometrów od Krakowa. A gdy się jest w szóstym miesiącu ciąży, w obliczu kompletnie nieprzewidywalnego tygodnia, dobrze wiedzieć, że jest ktoś, kto będzie twoim wsparciem na miejscu, jeśli coś się strasznie wykrzaczy.

Od rozpoczęcia ŚDM nic się jednak nie wykrzacza – aż do czwartku. Bo czwartek to dzień, w którym mam iść na Błonia, na spotkanie z papieżem. To jedyne, o co prosiłam dla siebie: o jedną, jedyną, pojedynczą wejściówkę do sektora zero.

No i jest czwartek rano, idę po moją wejściówkę - bo wszyscy już swoje dostali wcześniej, a tylko ja nie - i słyszę, że dla mnie biletu nie ma.
No nie ma, po prostu.
I już.
I nikt z tym już nic nie zrobi. Sorry, Winnetou. A jak chcę, to mogę sobie wziąć wejściówkę do sektora VIP, bo jeszcze kilka sztuk zostało. To jak?

Głęboki wdech - ale pierwsza lekcja już odrobiona, bierz, co jest, i do przodu - więc biorę ten sektor VIP i idę.
W sercu mam jatkę.
Rok pracy. Po dwanaście godzin. Rzuciłam na ten czas wszystko inne, żeby to jedno zrobić dobrze - ŚDM. I nie ma dla mnie JEDNEGO biletu. Jednego.
Ok, ktoś mógł się przecież pomylić.
Zdarza się, prawda?

- Nieprawda – mówi cicho głosik z tyłu głowy.
Chcę go uciszyć, ale jakoś nie umiem. Gniecie mnie w gardle, a pod powiekami czuję łzy, więc wychodzę sobie na chwilę na powietrze. Niewiele się tu dzieje, namiot prasowy stoi z drugiej strony, więc jest cicho i spokojnie. Ignoruję przez chwilę telefon, który daje o sobie znać cały czas - w końcu jestem na łączach z trzydziestoma osobami naraz, non stop.

No dobra.
Lekcja pierwsza - bierz, co jest i odważnie rób z tym, co możesz.
Co mogę z tym zrobić?
Plan był taki, że ta wejściówka do sektora zero pozwoli mi iść bezpiecznie na spotkanie z papieżem; i najważniejsze, że nie będę sama. Bo sama się gubię, nie ogarniam. Imprezy masowe nie dla mnie. Kilka tygodni wcześniej rozmawiałam o tym wszystkim z przyjacielem, a on powiedział:
- No coś ty. Wpisz się do sektora zero, tam, gdzie ja, pójdziemy razem.
To mnie przekonało. Zdążyłam się już nastawić, że jednak idę.
No i właśnie wszystko trafił szlag.

Bierz, co jest, i rób z tym, co możesz.

Telefon dziko wibruje, jakiś ptaszek śpiewa nade mną, nieświadomy niczego, a ja głaszczę kopiącego Piotrusia i zaczynam widzieć jedno rozwiązanie. Nie jest doskonałe, ale w ogóle jest. Skoro jesteśmy umówieni, że idziemy razem, po prostu poproszę, żeby zmienił dla mnie sektor. Ma wejściówki do sektora zero na każdy dzień, dopilnowałam tego, choć jest wolontariuszem, a wolontariusze mają być tam, gdzie posyła ich koordynator, a nie tam, gdzie chcą. To oznacza, że w kluczowych momentach będę mieć jednego człowieka do pracy mniej - ale czego się nie robi dla przyjaciół.

Więc wracam do redakcji. Wyciągam go na przerwę.
Biorę głęboki wdech, bo wiem, o jak dużo proszę, i mówię:
- Zmienisz sektor? Pójdziesz ze mną?
I trochę serce we mnie zamiera, kiedy czekam na „Dobrze, nie ma sprawy”.
A tu cisza się przeciąga, niespodziewanie, nagle.

A potem słyszę: „Nie”.
Zwykłe, twarde "nie". Wzrok w inną stronę.
- Aaaale... czemu? - pytam jeszcze jak mała dziewczynka, bezradnie.
- Bo nie.
- Wiesz, że bez ciebie nie pójdę.
- Chcę być sam.

I na to już nie ma żadnej rady, żadnej odpowiedzi, możliwości się kończą, przed oczami wyświetla mi się napis" the end". W głowie echo słów: "zawsze możesz na mnie liczyć".

Ach, więc tak to wygląda i smakuje, kiedy "zawsze" staje się "kiedy indziej".

Wracam do biurka, przed komputer, odbieram wreszcie telefon, ogarniam kilka sytuacji podbramkowych w terenie. Emocje zostawiam sobie na potem. Dwadzieścia tekstów czeka na redakcję - i trzeba je wypuścić przed północą... Sam - to znaczy sam, każdy ma prawo być sam i już. Przez dłuższą chwilę litery dziwnie mi się jeszcze rozmazują na ekranie, ale nie ma czasu na rozmazywanie. Robota jest. Koło południa człowiek, który chce być sam, pyta naczelnego, czy może iść, bo umówił się z dziewczynami i już na niego czekają - do sektora zero trzeba wejść kilka godzin przed rozpoczęciem spotkania.

Aha.
Szybko, dajcie mi coś do roboty. Byle dużo. W cholerę dużo.

Do domu wracam jak zwykle, przed drugą w nocy.
Resztki tekstów, zdjęć i słów kotłują się w mojej głowie, a ja przyglądam im się kompletnie bez emocji i czuję, że to nie tak, że tych emocji nie ma. One po prostu czają się gdzieś w ciemności, z tyłu głowy i zamierzają mnie pożreć.
Żal. Rozgoryczenie. To obezwładniające poczucie bycia kompletnie nieważną. A wszystko spakowane w jedno, małe słówko: sam. Które tutaj znaczy trochę co innego.
"Nie z tobą".

Od kiedy ruszyły ŚDM, wracałam do domu przed drugą w nocy i zasypiałam w parę sekund. Ale dziś nie mogę zasnąć. Wiem, że to się bardzo źle skończy, jeśli nie prześpię się chociaż trochę. I wiem, że nie mogę odkładać na później tego, co powarkuje na mnie z tyłu głowy.
Muszę coś zrobić, tu i teraz.

Więc robię.
Zamykam oczy i wbrew wszystkiemu, co czuję, mówię na głos:
- Wybaczam.
Trzymam się przy tym kurczowo myśli, że wybaczenie to akt woli. Konkret. Działa, nawet jeśli od razu nie widać. Nie czuję się ani odrobinę lepiej, ale mogę wreszcie zasnąć.

I nawet się nie domyślam, jakie będą owoce tej decyzji.
Że dzięki niej - dużo, dużo później - powstanie coś bardzo dobrego, co wielu ludziom pozwoli - po prostu - spotkać się z Jezusem.

I to jest druga ŚDM-owa lekcja. 

Wybaczaj natychmiast. 


Skutki wybaczenia są jak miliardowe odszkodowanie za złamaną rękę. To czyste szaleństwo - ile dobrego może się stać, gdy po prostu wybaczysz, niczego nie oczekując.

Trzecia ŚDM-owa lekcja jest nawet zabawna.

Jest piątek, a właściwie to już sobota, bo zegar wskazuje grubo po północy, gdy wychodzę z redakcji i staram się zdążyć na nocny autobus. Z kampusu są trzy wyjścia - i jednym z nich nawet w zaawansowanej ciąży jestem w stanie dotrzeć na przystanek w ciągu trzech minut. Gdy jest zamknięte, muszę robić wielkie koło i iść osiem minut. I nie ma żadnych reguł, żadnych godzin otwarcia - nic. Loteria: będzie otwarte czy nie?

Mam dziką nadzieję, że tak, bo umieram ze zmęczenia. Chciałabym usiąść gdziekolwiek i po prostu zasnąć. Rozsądek mówi, że najbezpieczniej będzie jednak w domu.
Jest ciepły, letni wieczór, echo moich samotnych kroków niesie się między budynkami. Idę bardzo powoli, a w głowie zaczynam widzieć, jak odjeżdża mi sprzed nosa mój nocny autobus. Ale szybciej nie mogę już iść.

Gdy jestem blisko wyjścia, na moich oczach ochroniarz stawia przy bramce ciężki, metalowy płotek i podchodzi do mnie leniwym krokiem.
- Proszę iść dookoła, ta bramka jest już zamknięta.
- Ale spóźnię się na autobus! - protestuję ostatkiem sił. – Przed sekundą ją pan zamknął, nie może mnie pan przepuścić?
- Nie, bo takie mam rozkazy - patrzy na mnie kpiąco.

Coś pstryka mi w środku, jak przełącznik w kontakcie. Cały dzień walczyłam z oporną rzeczywistości i na koniec, na sam koniec, jeszcze coś takiego! A autobus odjedzie za trzy minuty!
- Przecież wystarczy odsunąć ten płotek, przed chwilą go pan zasunął - mówię jeszcze.
- Rozkaz to rozkaz - rozkłada ręce z uśmieszkiem i zaczyna odchodzić.
O nie. Nie, nie, nie.

- Ma pan dowódcę? - wołam za nim.
- Mam - zatrzymuje się, lekko zdziwiony.
- To niech pan do niego dzwoni i powie, że jestem w szóstym miesiącu ciąży, mam trzy minuty do autobusu i dookoła nie zdążę. I niech mi da pozwolenie na przejście - o rany, to naprawdę ja to mówię? I to głosem nie znoszącym sprzeciwu? Najwyraźniej tak, bo gość posłusznie bierze radio i zgłasza się do dowódcy. Powtarza, co mówiłam. I dowódca daje pozwolenie!
Uszom nie wierzę.
Ochroniarz otwiera przede mną tę nieszczęsną bramkę. Docieram na przystanek chwilę przed autobusem. Chwała ci, dowódco, dobry człowieku.

I właśnie ta trzecia lekcja – choć nieco zabawna - jest dla mnie najtrudniejsza.

Dbaj o siebie. 


Nie pozwalaj sobie na to, żeby poświęcać się dla całego świata - a siebie mieć gdzieś.
I nie, to nie ma być egoizm, to ma być zdrowa miłość. Bez niej zamienisz się w narzekającego, zmęczonego, rozgoryczonego człowieka, które tyle dobrych rzeczy robi na zewnątrz, a dla siebie nie potrafi znaleźć dziesięciu minut, żeby wypić ciepłą kawę. Żeby chwilę odpocząć.

Traktuj się dobrze. Pozwól sobie na to, żeby czasem wymagać czegoś tylko dla siebie. Bo gdy masz się dobrze, potrafisz obdarowywać innych o wiele, wiele bardziej, niż wtedy, gdy masz się źle.


Patrzę dzisiaj na te zdjęcia z Panamy: roześmiane twarze, kwiaty, szerokie spódnice, piękne lato, flagi na wietrze. I przypomina mi się 2016 rok. I to, gdzie w życiu byłam wtedy.

Działaj z tym, co masz.
Wybaczaj natychmiast.
Dbaj o siebie.


Te trzy lekcje sprawiły, że teraz, dwa i pół roku później, jestem w zupełnie nowym miejscu. Innym, niż się spodziewałam.
I piękne jest to miejsce. I lubię tu być.

Ale to jest już zupełnie inna opowieść.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...