sobota, 15 grudnia 2018

Patrz oczami, nie smartfonem

Podczas któregoś z przedszkolnych przedstawień poszłam z aparatem za występujące dzieciaki, żeby sfotografować twarze rodziców, ich wzruszenie, zaciekawienie. Marzyła mi się taka fota: z przodu nieostre dzieci w swoich przebraniach - a za nimi, na drugim planie, wpatrzeni w nie rodzice, jak widzowie w najlepszym teatrze.

Nie zrobiłam tej foty.
Nie zrobiłam, bo zamiast twarzy rodziców było widać... smartfony.
To był śmieszny moment: poczułam się przez chwilę jak, nie przymierzając, papież Franciszek.

Wiecie: podczas ŚDM w Krakowie byłam na spotkaniu papieża z wolontariuszami. Minął mnie o metr, może dwa. Mogłabym mieć świetny portret i trochę marzyłam o takim, dopóki nie zobaczyłam, że wszyscy wokół mnie trzymają przed oczami aparaty i telefony. I mają zasłonięte twarze. A papież zamiast ludzkich twarzy widzi wystawę elektroniki.
Więc opuściłam aparat.
Żeby dla odmiany ktoś popatrzył mu w oczy.

I to jest to, czego chce Twoje dziecko, gdy przygotowuje dla Ciebie coś specjalnego.
Chce móc popatrzeć Ci w oczy.
Zobaczyć w nich miłość, zachwyt, podziw, akceptację.
Chce w ogóle te oczy zobaczyć.



- Wiesz, mamusiu, będziesz mogła postawić sobie gdzieś telefon - mówi mi Witek przed świątecznym przedstawieniem.
- Postawić telefon?
- No, gdzieś go sobie postawić i nagrywać.
- Ale ja raczej nie będę nagrywać, Witulku, pewnie wezmę aparat i zrobię kilka zdjęć. Czemu myślisz o nagrywaniu?
- Bo rodzice często nagrywają i jak sobie postawią gdzieś telefony, to będą mogli sami patrzeć, wiesz? Na dzieci, jak występują.

Nie wiem, czyj to pomysł: dzieci czy pań.
Ale wiem, dobrze wiem, z czego wynika.

Niemal wszyscy zachorowaliśmy ostatnio na przymus dokumentacji. Robienie zdjęć, nagrywanie filmów jest tak proste, dostępne od ręki, za jednym dotknięciem. I mamy poczucie, że to dobrze, że to jest zapis historii, że to już się nigdy nie powtórzy, nigdy nie będzie takiego lata, że tak sobie sparafrazuję poetę, nigdy przestawienie nie bedzie takie piękne, a moje dziecko takie odważne. Nigdy. Już nigdy. To jest tylko raz, tylko teraz, tylko tutaj.

Więc trzeba to nagrać, trzeba pokazać tym, co nie byli, trzeba odtworzyć w domu jeszcze trzydzieści razy, dzieciom, babciom, dziadkom, ciociom, sąsiadom, koleżankom w pracy, znajomym na fejsie. Trzeba zachować na dysku, żeby potem sobie mogli obejrzeć, jak bedą duzi, żebyśmy mogli obejrzeć, jak oni będą duzi. Trzeba wejść na krzesło, gdy ci, co przede mną, trzymają ręce z telefonami w górze i zasłaniają mi widok. A jak stoją na krzesłach, to trzeba wejść na stół.







Trzeba złapać tę chwilę, smartfonem jak szpileczką, dorzucić do struchlałej kolekcji - zamiast po prostu popatrzeć tu i teraz na ulotne piękno, które machnie skrzydełkiem i za moment bedzie gdzie indziej.

Ale my żyjemy w mentalym rozkroku.
Połową mózgu w świecie realnym, drugą - w smartfonie.
Trochę przyrósł do ręki. Trochę bez niego się nie da.
I patrzymy przez niego na świat, na nasze dzieci w roli śnieżynek, aniołków i górali.
Zasłaniamy nim siebie, zakładamy jak okulary, tyle, że przez okulary widać oczy, a przez smartfona - nie.



Tak bardzo chcemy zachować w pamięci - że zapominamy o tym, że pamięć może być wewnętrzna i że w głowie mamy takie urządzenie do zachowywania wspomnień i do zamieniania ich w opowieści. I że opowieści to są gołe fakty ubrane w filtry naszego patrzenia, naszych emocji, naszych skojarzeń i naszych miłości. I są lepsze od najlepszego filmu.


Tak bardzo chcemy zachować wszystko, dokładnie wszystko w pamięci, że zapominamy o tym, że na wszystkich szkolnych i przedszkolnych przedstawieniach świata nie jesteśmy po to, żeby pamiętać, tylko po to, żeby BYĆ.

Tu i teraz.
Wzruszać się śnieżynkami tańczącymi prawie jezioro łabędzie do instrumentalnej wersji "White Christmas". Pasterzami, z których jeden śpiewa kolędę solo, bo "jego mama jest wielką aktorką i go przygotowała". Niezgrabnymi ukłonami i radosnymi podskokami.

Tu i teraz.
Patrząc oczami. Samymi oczami.

Bo nie wiem, czy jest coś smutniejszego niż moment, gdy występujesz, czekasz na to, aż mama cię zobaczy, aż tata cię zobaczy - i nie możesz widzieć twarzy mamy, jej zachwytu, podziwu taty.
"Przyszli wszyscy, których kochamy" - tak dziś śpiewała nasza grupa na świątecznym przedstawieniu.
Szukasz wzrokiem tych, których kochasz - ale nie możesz spojrzeć im w oczy.
Zapatrzeni w ciebie, ale nie na żywo, tylko na małym ekraniku.

W ten sposób teatr zaczyna być telewizją. Miejscem, w którym nie chodzi o przeżycie czegoś ważnego, ale o nagranie i przekazanie treści. Nie o bycie tu i teraz, ale o zdobycie zapisu przebiegu sytuacji.
W ten sposób gubimy coś bardzo ważnego, tę bliskość, to bycie dla siebie - aktorzy i widzowie - bez żadnych przeszkód i przegród.

W ten sposób rośnie nam pokolenie dzieci, które żyją do kamery. Pokolenie dzieci, które będą nagrywać, zamiast być. Które wyrosną w tym rozkroku umysłu i będzie dla nich naturalny jak spanie i jedzenie. Może to nieuniknione, nie wiem, ale czasem jestem przerażona, gdy myślę, że rosną ludzie, dla których wyzwaniem będzie po porostu być tu i teraz, chłonąć wrażenia, bez nagrywania wszystkiego, bez dzielenia się ze światem.
Bo to nie jest złe.
Jest rozpraszające.
Nie pozwala nam doświadczyć życia w pełni. Zapomnieć o wszystkim i być.

My, dorośli,  też zapominamy, jak to się robi.
I niedużo brakuje do tego, żebyśmy my przestali na tych przedstawieniach być widzami, najważniejszymi, dla których się to wszystko robi, przygotowuje, gra - a zaczęli być tylko statywami do smartfonów.
W końcu dzieciaki przestaną nas pytać "Jak ci się podobało, mamusiu", a zaczną: "Dobrze się nagrało?" "Wysłałaś już babci?"
I wtedy, wtedy będzie nam bardzo żal.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...