poniedziałek, 12 sierpnia 2019

Dzieci są nudne

Oho, zdaje się, że wdepnęłam w temat tabu.
Kto z Was się przyzna na głos, że dzieci są nudne?
Nie od razu, rzecz jasna, nie od razu. Ale po kilku latach...


Macie tak?
Bo ja na przykład czasami już nie mogę.
Co z tym zrobić? Czy jest jakiś sposób?
No jest, jest.
Ale po kolei.

"Czy głupio zabrzmi jeśli napiszę, że odkąd jestem mamą nudzę się okropnie?" - pisze u siebie jedna z blogerek (i pewnie nie on jedna, ale wujek G. podrzucił mi ją jako pierwszą)
Oczywiście, że głupio, bo powinnaś być mamą kreatywną, która kocha to, co robi, i ma się świetnie między jedną nudną zabawą w wyścigi autek a drugą nudną zabawą w sklep. I w trakcie tych zabaw też.

A na początku mi się wydawało, że będzie tak kreatywnie już do osiemnastki!
Rysowanie. Masy plastyczne każdego rodzaju. Eksperymenty z wodą, mąką i resztą jadalną zawartości kuchni. Plastelina. Uwielbiam kreatywne zabawy dla dzieci... ale dzieci już niekoniecznie je uwielbiają. No, przez jakiś czas było super, ale potem wyrosły. A poza tym dwie trzecie to u mnie chłopcy, którzy z ciastoliny raczej zrobią kulki, którymi obrzucą sufit, siebie, sąsiadkę przez okno i gołębie na parapecie, niż ulepią coś jakkolwiek kształtnego. Kilka kulek zjedzą, żeby nie było, a resztę utopią w umywalce, zostawiając mi sprzątanie (choć sprzątnęliby z ochotą sami, ale na to jakoś nie jestem jeszcze gotowa). Oł, je. Można by powiedzieć: nudy nie ma.

Ale nuda jest.
Gdy już nie czytasz ksiażeczki, tylko recytujesz ją z pamięci z zamkniętymi oczami, bezbłędnie odwracając strony w odpowiednim momencie. Kiedy kupujesz dziecku nowe książki nie dlatego, żeby mu sprawić przyjemność, tylko żeby uratować własną psychikę.
Gdy bawisz się z dzieckiem klockami Lego, co polega na tym, że ono buduje, a ty patrzysz, ale nie wolno patrzeć w pozycji horyzontalnej z zamkniętymi oczami, bo się nie liczy.
Gdy grasz w najnudniejsze na świecie gry, które skądś dostało Twoje dziecko, a jedynym ożywczym i emocjonującym momentem jest ten gruby ryk, gdy ktoś, kto nie umie przegrywać, właśnie przegrał. I życzysz ich autorowi (gier, nie dzieci), żeby trafił mu się kiedyś bardzo deszczowy weekend w górach w miejscu, gdzie jedyną rzeczą do robienia jest granie w jego gry, he, he.

Jak długo możesz z pasją, zaangażowaniem, entuzjazmem i uśmiechem robić rzeczy, które kompletnie nie sprawiają ci przyjemności? Obstawiam, że nie dłużej niż sześć-siedem lat, jeśli dobrze ci idzie w te klocki (bo ktoś pozwolił ci budować, dla odmiany).

No i ostatnio, w jakiejś szczerej nocnej rozmowie z ojcem dzieciom wyszło mi prosto z serca, że ja się z dziećmi w domu nudzę wręcz straszliwie. Że bawienie się z nimi zmieniło się w rodzaj przymusowych występów w cyrku kreatywności, za które nikt mi nie płaci lub też płaci niezadowoleniem i kwikiem. Samą mnie to odkrycie zdumiało, bo wydawało mi się, że nie jest tak źle, że po prostu jestem trochę zmęczona, jest mi trochę gorąco i trochę potrzebuję wyjechać z miasta. Lecz nie, nic podobnego. Ja po prostu umieram z nudów.

Dlaczego?
Bo nam się nie zazębiają przestrzenie zainteresowań, w dużym skrócie.
Mnie interesuje porządek w kuchni - chłopaków dużo rozmazanej brei z mąki, wody, oleju, kawy, sody i octu jabłkowego w przynajmniej sześciu naczyniach na głowę.
Mnie interesuje dynamiczna gra w piłkę - a moje dzieci kopanie piłki w kierunku bramki, na której stoję, choć w osiemdziesięciu procentach przypadków piłka leci w zupełnie inną stronę i zawsze się wtedy zastanawiam nad strasznym losem bramkarzy, którzy grają ze zbyt dobrym atakiem i obroną.
Mnie interesuje przyroda, drzewa, żyjątka, zależności między nimi - co moją córkę nudzi, o ile na drzewo nie da się wspiąć, a chłopaków interesuje o tyle, o ile można to coś wystraszyć, żeby uciekało.

I koniec końców czuję się jak na takiej tragicznej imprezie, na którą przychodzisz, bo musisz, teoretycznie wszystkich znasz i lubisz, ale w sumie to ani nie ma nic fajnego do jedzenia, ani żaden temat się nie klei, (za to podłoga, a jakże!) a gdy desperacko (w środku) i z uśmiechem (na zewnątrz) próbujesz zainicjować jakieś działanie, rozmowę, cokolwiek, wszyscy tylko patrzą na ciebie ciężko i pytają, czy mogą coś obejrzeć albo kiedy przyjdzie tata.

I co z tym robić?
Banał, ale doświadczyłam go ostatnio mocno i co lepsze, wciąż działa.
Znaleźć coś wspólnego.
Co daje mnie i dzieciom tyle samo radości. Co pozwala mi najpierw poczuć się znowu dzieckiem, a potem - po prostu być i robić to, co sprawia, że zaczynam się śmiać w głos.

U nas to dwie rzeczy: kąpiel w Bałtyku (albo innej wodzie, byle zimnej! Wtedy dopiero osiąga się ten przyjemny stan euforii) i jazda na rowerze, który stał sobie odłogiem ostatnie, ho, ho, może i dziewięć lat i dopiero w tym roku, nie chcąc biegać za dwukółkowymi dziećmi na plażę, zapakowałam najmłodszego na bagażnik składaka (w foteliku, spokojnie) i przypomniałam sobie, jakie to cudne uczucie: porządnie się rozpędzić z górki.

I wtedy działa.
I wtedy nie jest nudno.
I wtedy się da bawić razem, nurkować, chlapać, pływać, ścigać się i robić drifty na żwirze.
I część tej wspólnej radości zostaje na potem, bliskie wspomnienie, że przecież przed chwilą bawiliśmy się razem tak świetnie, że nie może nam być do tego daleko.

Więc z dziećmi w domu można nudzić się straszliwie. I można mieć kłopot, żeby się do tego przyznać - nawet przed sobą. A można też się przyznać i zacząć szukać wspólnych radości, by z nich czerpać siłę do spokojnego przeżywania tych najnudniejszych momentów, w których flaki z olejem dryfują pod sufitem i nie ma na nie siły.

Bo nuda, sama w sobie, nie jest zła, wręcz przeciwnie.
Ale w nadmiarze - jak wszystko - potrafi wyssać z energii, radości i cierpliwości.
A tego przecież nie chcemy, prawda?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...