wtorek, 14 maja 2019

A właśnie, że powiem


Film Sekielskiego skończyłam oglądać o drugiej w nocy, gdy miał jeszcze niecałę 300 000 wyświetleń. Teraz ma dwanaście milionów.
Marzą mi się po nim trzy rzeczy.
Pierwsza? Żeby kilku biskupów na wspólnej konferencji prasowej, oficjalnie i bijąc się w piersi, złożyło rezygnację.




Za Sekielskim to ja za bardzo nie przepadam (pan wybaczy, panie Tomaszu). Może dlatego, że ładnych kilka lat temu siedziałam mocno w temacie polskiego dziennikarstwa śledczego i musiałam się wszystkim uważnie przyglądać. Teraz już nie jestem na bieżąco, ale i tak do filmu podchodziłam z oporem: coś, co musisz obejrzeć, choć wiesz, że będzie ci się chciało rzygać. Ale nie możesz nie wiedzieć.

Może dlatego tak trudno mi się pisze ten tekst, już trzeci dzień, że boli mnie potrójnie: jako matkę (moja córka ma osiem lat, tyle, ile tamta dziewczynka, gdy dorosły facet masturbował się jej rączkami!). Jako teologa - bo jestem mocno wrośnięta w Kościół i znam bardzo wielu księży, i wiem, że dla wielu z nich ten dokument Sekielskiego będzie jednym z najtrudniejszych filmów w życiu. Że  o świeckich nie wspomnę. Jako dziennikarkę - bo wiem, że zaraz zaczną się argumenty z prawa i lewa, próby obrony, próby wykorzystania sytuacji do jeszcze bardziej zaciętego ataku, idą wybory, zaraz ruszą trolle i hejterzy, posypią się życzenia, z których te dotyczące zwykłej śmierci będą najżyczliwsze.

To jest szansa dla Kościoła

Pierwsza myśl po obejrzeniu filmu?
To trochę jak w Starym Testamencie, gdy Izrael przestawał być wierny. Pan Bóg dawał wtedy dwie możliwości: ubrać się w wór pokutny i się nawrócić, czyli wrócić do prawdy i dobra, albo iść dalej w zaparte i skończyć bardzo nędznie. I tak bardzo się boję, że część z nas, z Kościoła, wybierze opcję B... Nie wykorzysta tej szansy, by zrobić porządek tam, gdzie do tej pory było coś strasznego.

To trochę jak cuchnąca rana: można ją kryć pod opatrunkiem, wstydząc się tego, jak wygląda i jak śmierdzi, i tego, co ludzie powiedzą, i że może niektórzy odejdą - ale przecież ta rana jest, i jedyny sposób na nią - to ją oczyścić. Wiedząc, że będzie bolało.

Pierwsze emocje?
Nie, nie wstrząs, o którym tak wiele osób mówi. Bo temat nie jest dla mnie nowy.
Raczej mdłości. Ściśnięte serce. Bezsilność i potężny żal.
I wdzięczność dla ofiar, które odważyły się stanąć przed kamerą.

Chodzę z tym filmem w głowie i czytam wiadomości.
Jeden z "antybohaterów" dzień po premierze poprosił o przeniesienie do stanu świeckiego.
Co do dwóch innych - okazało się, że ze stanem duchownym już się pożegnali: jeden z nich już cztery lata temu. Kolejni byli współpracownikami SB. To drobiazgi, ale ważne. Bo film palcami ofiar wskazuje na zaniedbania hierarchów, a powoli się okazuje, że nie do końca było tak, jak na to wygląda. Padają też takie słowa o biskupach, że "każdy na każdego coś ma" i dlatego wszyscy milczą i nic nie robią. To tylko jedno zdanie, ale tak łatwo brzmi... aż sobie człowiek nie przypomni opolskiego i łódzkiego arcybiskupa.
Bo na przykład oni już z tej szansy korzystają.
Działają. Zanim pokazał się film.
Z pokorą biorą się za wyciskanie ropy i opatrywanie ran.

To jest szansa dla Kościoła - bo nam tego potrzeba.
Świeckim.
Żebyśmy wreszcie - tylko nie zrozumcie mnie źle - przestali traktować księży jak kastę wyższą. Żebyśmy nie bali się iść i po bratersku upomnieć.
Bo to przecież widać, gdy ksiądz zaczyna się "psuć". Jak się człowiek uważnie przyjrzy, są pewne symptomy, które jasno wskazują na to, że miłość do Jezusa zaczyna zastępować jakaś inna miłość - lub jej substytut. I wtedy, właśnie wtedy trzeba postawić sprawy jasno.
Tylko kto pójdzie?
Ksiądz się pogniewa, obrazi, nakrzyczy, będzie się mścił, na ogłoszeniach coś niemiłego powie. Będzie robił problemy dzieciom przy sakramentach. Przy pogrzebie babci. Pracy nie da. Wojna będzie, nie idź, po co. Księdza upominać? Nie wypada.

I myślę, że to się tutaj właśnie zaczyna: czyny pedofilskie kapłanów też.
W poczuciu, że mogą więcej i nikt im nic nie powie.
Że mogą w tajemnicy i nikt się nie dowie.
Zaczyna się od bycia niedostępnym gburem i niedotykalskim dupkiem, co chce wreszcie od życia "coś dla siebie", od małych aktów nieposłuszeństwa, od braku czasu na prawdziwą modlitwę.
Kończy się czasem daleko, daleko poza moją wyobraźnią, z penisem w rękach siedmiolatki.

Czy zostaje nam bezsilność i płacz?

Bo co ja mogę. Co ja mogę?

Czy da się upilnować dorosłych ludzi, żeby nie popełniali przestępstwa, żeby nie krzywdzili dzieci? Czy da się zmusić, żeby nie chronili, tylko pozwolili doświadczyć przestępcom konsekwencji działania, do tego działania adekwatnych? Ze wszystkimi ich straszliwymi konsekwencjami, vide więzienna samotność w izolatce trosce o zdrowie życie, bo w więzieniu strasznie nie lubią pedofilów?

Co ja mogę?
Dwie rzeczy.
Upominać i przypominać, gdy widzę, że coś w kapłaństwie idzie nie tak. I modlić się. Bo wierna modlitwa za kapłana czyni cuda. I to jest naprawdę dużo, i naprawdę robi różnicę.
Chcemy mniej takich ran i złamanych ludzkich biografii - to odwagi i do roboty.
No i mówić. Mówić!

Kto jeszcze

Patrząc na tych księży z filmu, którzy nie wiedząc, że są nagrywani, nagle zostają skonfrontowani z prawdą o sobie, zaczęłam się zastanawiać, kto jeszcze.
A ci księża, których znam?
Jacy są naprawdę?
Czy któryś z nich...?
Uczę moje dzieci sympatii do księży.
Czy powinnam przestać?

Szanuję ich i cenię, i jestem za nich wdzięczna, choć i tak dzielę ich na tych, którzy są pobożni i porządni, i na tych, którzy zapędzili się gdzieś w myśleniu o sobie. Gdzieś, gdzie nie powinni.
Na szczęście - w większości mam wokół siebie tych dobrych i bożych, którzy potrafią napisać na Facebooku na przykład tak: "Film: porażający i potrzebny. Od wielu miesięcy noszę kilka takich historii, jestem zmęczony od smutku... Arcybiskup Głódź: potworny wstyd." (autora nie podam, za to serdecznie pozdrawiam)
Myślę sobie też, że przydałyby się dwie rzeczy.
Seria przykładnych procesów z  publicznymi wyrokami. Duchownych, świeckich, wszystkich. I "Tylko nie mów nikomu" obowiązkowo puszczane klerykom na trzecim roku w każdym seminarium i nowicjacie, i siostrom zakonnym przed ślubami też, bo molestowanie seksualne dzieci przez kobiety to jest temat, którym Sekielscy powinni się zająć jako następnym. Choć szczerze wątpię, czy to zrobią. 


I to druga rzecz, która mi się marzy: żeby naprawdę porządnie podejść w seminariach do przygotowania tych facetów do bycia dojrzałymi i odpowiedzialnymi. Zrobić to tak, żeby żadnemu z nich nie przyszło do głowy, że można spojrzeć na dziecko inaczej, niż jak na dziecko. I żeby naprawdę porządnie podejść do tematu kapłańskiej troski wzajemnej.



Gdzie były matki

To kolejna rzecz, która nie mieści mi się w głowie.
Matki.
Które nie widziały.
Które wysyłały dziecko z księdzem samo (!!!) na tydzień na Wyspy Kanaryjskie! Nie sprawdzały, jak i co. Które swoje ambicje stawiały ponad dobrem swoich dzieci.

Nie wiem, może nieświadomie. Może czasy były inne. Nie mieściło się w głowie. Może teraz jesteśmy ostrożniejsi, ale na litość! Przecież takie zranienia pozostawiają widoczne ślady, i nie mam na myśli tych fizycznych, ale te psychiczne! Przecież to niemożliwe, żeby matka się nie zorientowała, że coś jest grubo nie tak.

To nie są oskarżenia czy próba rozłożenia odpowiedzialności.
Mnie się to po prostu nie mieści w głowie.
Nie mieści i już.

Czy idą zmiany?

Biskup Ryś wypuścił w świat dokument o ochronie dzieci, z bardzo szczegółowymi zaleceniami dotyczącymi kontaktu fizycznego między kapłanami (i nie tylko) a dziećmi. Pracowali nad nim w łódzkiej przez rok. Pomnik niesławnego kustosza znika z Lichenia z dnia na dzień. Ksiądz, co łamał zakaz sądu i biskupa, odchodzi z kapłaństwa ze skruchą (czy prawdziwa, nie mnie oceniać).

Na koniec taka historia.
W podstawówce był u nas pan woźny. Pan woźny obmacywał sobie dziewczyny, gdy w celach szkolnych przychodziły do jego warsztatu. Mnie dźgnął palcem w pierś tylko raz, ale chyba nigdy nie zapomnę tego uczucia. Długie lata przechodziłam na drugą stronę ulicy, żeby nie mówić mu dzień dobry.

Pan woźny został w końcu nakryty, były rozmowy z dziewczynami, rodzicami i dyrekcją, i zamiast wylecieć z pracy na zbity (na przykład przez ojców) pysk - został.

Moja siostra szła do szkoły, a on sobie w swoim warsztacie przycinał listewki i może miał zakaz kontaktu z uczniami, ale co z tego.
Wciąż tam był.
Długo nie mogłam uwierzyć w to, że on z tej pracy nie wyleciał.


Newsy pokazują, że na naszych oczach, teraz, zmienia się prawo na bardziej surowe, i bardzo dobrze!
I to jest moje trzecie marzenie.

Żeby te zmiany naprawdę się zaczęły, i to mocno.
Żeby po księżach przyszedł czas na nauczycieli, trenerów, opiekunów, woźnych i wszystkie inne  grupy zawodowe, które w swoich szeregach mają większe szanse na zboczeńców. Nie kiedyś tam, od razu.
Żeby powstała mapa pedofilii w Polsce, nie samej kościelnej, ale ogólnej.
Żeby zaczął funkcjonować specjalny telefon zaufania dla osób molestowanych, dla dzieci i dla tych dzieci, które ze swoją straszną krzywdą dorosły.

Żebym się - po prostu - nie musiała o moje dzieci bać.






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...