środa, 6 marca 2019

Możesz mniej

Jest północ. Kończę właśnie składać notes. Dzieci śpią, ojciec dzieciom - nie. Moglibyśmy miło rozmawiać, ale robota czeka i kwiczy, więc nie rozmawiamy, tylko od czasu do czasu wysyłamy do siebie na WhatsApp jakieś głupotki, między kuchnią (laptop) a pokojem (konkret).


Za minutę - Wielki Post.
W zeszłym roku było zabawnie, bo przez calutki Wielki Post wstawałam o przed piątą rano, żeby napisać maila wyzwaniowego, a potem wrzucałam na fejsa różne konieczne do wrzucenia rzeczy.
W tym roku spełniam marzenie i żegnam się z fesjem na te czterdzieści (z górką) dni.
Bo mogę mniej.

Mogę mniej: to nie ograniczenie.
To ratunek przed przeładowaniem, przesytem, nadmiarem.

Za dużo prania, za dużo newsów, za dużo takich-mądrych-obrazków na fejsie, za dużo zabawek w pokoju dzieci, za dużo wiadomości, za dużo pomysłów, za dużo książek. I to wszystko krzyczy: musisz dużo, musisz dużo.
A guzik.
Wcale nie muszę.

Mogę mniej i już.

Chociaż minimalizm mi nie wychodzi.
Choć w tym roku znowu złapałam się na tym, że postanawiam robić mniej (i zaraz potem, jak mówię to na głos, A. wybucha śmiechem i mówi: seeeerio? Chcę to zobaczyć) - i to noworoczne mniej szybko zamienia się w dużo za dużo.

Ostatnio podczas wywiadu odkryłam (znowu!) niechcący ważną rzecz. M. zapytał mnie o macierzyński multitasking, w kontrze do mojej szumnej deklaracji, że nauczona przykrym doświadczeniem staram się robić jedną rzecz na raz. Jak to - jedną, skoro mam trójkę dzieci? No jedną, ale zawodową. Bo tyle mam już rzeczy narzuconych z zewnątrz, od list zadań z placówek edukacyjnych począwszy, na różnych potrzebach własnych dzieci skończywszy, że mi wystarczy.

Do tego jeszcze to niezmiennie mnie irytujące hasełko, które jak paskudny refrenik przewija się przez niemal wszystkie okołorozwojowe tematy: możesz wszystko, a jak nie wszystko, to przynajmniej możesz więcej.

A ja nie mogę: ani wszystkiego, ani więcej.
Gorzej: uważam to za zwykłe oszustwo. Taaak, mogę to powtórzyć: nie mogę więcej. Głównie dlatego, że zbyt wiele razy sprawdziłam na własnym, ledwo żywym organizmie, jakie są koszty tego więcej. I coraz mniej mam ochotę za nie płacić: niewyspaniem, zmęczeniem, złością, brakiem czasu, frustracją z powodu tego wszystkiego wymieszanego w jednej szklance, pardon, matce.

Krąży po fejsie (tak, tak) taka graficzka, parafrazując: jeśli nie dasz rady, to nie znaczy, że jesteś beznadziejny: to znaczy, że nie dasz rady.

Jeśli nie możesz więcej, to nie znaczy, że coś jest z tobą nie tak: po prostu możesz mniej.
I już.

I to się powinno powtarzać wszystkim rodzicom świata: zwolnij. Rób mniej. Przestań się przejmować tym, że inni tyle robią, że inne matki mają czwórkę dzieci, własną firmę, czas na SPA, kino, mycie okien raz na tydzień, prasowanie wszystkiego i szorowanie sanitariatów do lśniącej bieli.
Tak, tak, mówię to ja, posiadająca dwa blogi, jedną szkołę pisania, jedną mocno zaczętą nową powieść, składająca właśnie w nocy maluczkowy notes drugi raz, bo przy pierwszym razie wyłączyło mi się myślenie, i mogłabym tak jeszcze wymieniać.
I właśnie dlatego obcinam, co mogę.

Żeby być bardziej, a nie móc więcej.
Sama do siebie to piszę, ale może i Tobie się przyda.

Wielki Post bardzo w tym pomaga. W ograniczaniu się, celowym i treningowym. W przyglądaniu się swojemu życiu. W rezygnowaniu z rzeczy, które uwiązują mnie do siebie, z relacji, które chcą mnie zagarnąć, z więcej, które chce mnie zjeść.
I ostrzy sobie zęby.
I patrzy: rzucę mu się prosto w paszczę z entuzjastycznym okrzykiem, czy będzie musiało jeszcze poczekać?

A przecież łatwo mogę je pokonać, uzbrojona w obosieczne mniej.
Obosieczne, bo nie tylko mnie dotyka. Bo trochę zabiera mnie sprawom i ludziom. Trochę odcina od tego ciągłego dużo za dużo.

I jak odetnie, to jest bardzo, bardzo dobre uczucie.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...