wtorek, 10 października 2017

Dzień dobry, przyszłam się pożegnać

Taki właśnie miał być tytuł tego wpisu.
Ale nie będzie.


Bo tak naprawdę przyszłam się przywitać.
Od końca lipca nie byłam tu na blogu. Serio. I czuję się trochę, jakbym wróciła do domu po kilku miesiącach nieobecności.

Dużo pajęczyn. Mrówki założyły kolonię w makaronie, nie wiem, czemu, ale upodobały sobie Lubellę. Poza nimi z żywych stworzeń - niewiele. Stare dobre teksty, stare dobre wspomnienia, stare już niedobre ubrania.
Czas na trochę życia. Zdecydowanie.

Życie wchodzi razem ze mną. Goni na czworakach balonik aż do kuchni, a w kuchni odkrywa czerstwą bułeczkę. A gdy się ma siedem całkiem poważnych zębów i lemoniadę, sporo można z taką bułeczką zdziałać.

No więc tak, wróciłam.
Tak, tęskniłam.
Tak, jest dobrze.
Nie, tym razem nie kłamię.

Jesień przyszła i zagląda mi w okna, a raczej ja jej zaglądam w rumieniące się korony drzew z mojego punktu obserwacyjnego na siódmym piętrze. Ludzie, którzy obojętnie przechodzą koło kasztana, który przed chwilą wylądował na chodniku, wydają mi się - jak co roku - trochę podejrzani.

Odkrycie półrocza: Wróżka Zębuszka.
Odkrycie miesiąca: wiem, co chcę robić w życiu!
Odkrycie tygodnia: Piotr mówi rano do Asi: Cie, Acia!
Choć nieco niewyraźnie.

Dobrze, że przed nami dużo jesiennych wieczorów, bo mam sporo do opowiadania.
Na przykład o tym, że trzecie dziecko zmienia wszystko. Na dobre.
Nie tylko wtedy, kiedy wyciągając wtyczkę z kontaktu, wyłącza mi komputer z niezapisanym tekstem. Zaśmiewając się przy tym do rozpuku, rzecz jasna.

No więc tak, będę dalej pisać.
O życiu. O dzieciach. O sobie. O mojej szkole pisania, która powstaje bardzo intensywnie, też.
Planowałam się przerzucić na nowego bloga na mojej własnej nowej stronie (aaa! naprawdę!) i wrzucać tam czasem matkowe teksty, ale nie.
Będę pisać. Tutaj.
Chociaż postanowiłam już, że zamknę Młodą Matkę.

- To nierozsądne - powiedział mi wtedy R.
- Przemyśl to trzy razy - powiedziała mi K.
- Szkoda, to taka bardzo twoja przestrzeń - powiedziała J.
- A nie będzie ci żal? - zapytała G.

- Ale jak to?! - zawołał chór grecki.
- Tak to - chciałam odpowiedzieć, ale jakoś tak... nie mogłam.
No nie mogłam i już.
Chodziłam lepszy miesiąc z tą decyzją w głowie. Niby podjętą. Ale jak widać - nie ostatecznie.

Dziękuję, że tu byliście, kiedy mnie nie było.
Witajcie z powrotem :)



P. S. No dobrze. Wiem, że należy się Wam wyjaśnienie, czemu nie było mnie tak długo. Opowiem, w metaforycznym skrócie. Otóż nie tak dawno temu, pierwszy raz od kilkunastu lat, odważyłam się wyjść z takiej mojej jednej strefy komfortu. Złamałam wszystkie zasady, które w niej obowiązywały. Doszłam daleko, za horyzont, na szczyt góry, w miejsce tak piękne, że zapierające dech w piersiach, ale na bilecie drobnym drukiem było napisane: "Można wejść tylko raz w życiu". Nie bardzo chciałam schodzić, ale podróż to podróż, dlatego jest podróżą, że kończy się powrotem do domu, musi być tam i z powrotem, jak u Tolkiena, bo inaczej następnej podróży nie będzie.

Tylko, że po drodze... po drodze naprawdę oberwałam.
Wróciłam, niesiona na rękach.
Więc ten rok - to był trudny rok. E. napisała mi w lipcu w komentarzu, że ostatni fajny wpis to był ten o porodzie, a potem zaczęłam narzekać. I tak właśnie było, zdaje się. Kiedy to sobie uświadomiłam, przestałam pisać. Bo nie znoszę narzekać.

Ale - jak podkreśla babcia M. - wszystko mija, nawet najdłuższa żmija. To była rozgrywka za milion punktów doświadczenia. Dawno tyle się nie nauczyłam. Było warto - i jak to się ładnie mówi: materiał na książkę jest.Moja piękna i wygodna strefa komfortu przywitała mnie z otwartymi ramionami, a zasady z nóżkami z gipsie przykuśtykały się łasić do moich kolan.
Piotr ciągnie je za ogony.
I wszystko jest, jak ma być.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...