czwartek, 27 lipca 2017

Wakacje, czyli tu kto komu zazdrości




Od miesiąca nie byłam w domu. Siedzę w górach, stając się obiektem zazdrości znajomych, zwłaszcza, gdy dodaję, że nie zamierzam wracać do Krakowa przed końcem sierpnia, zahaczając jeszcze o morze. - Ale ci dobrze! – słyszę. – Też tak chcę!
Nie ma sprawy, dam ci klucze - weź tylko ze sobą moje dzieci.


Nie, żebym narzekała albo miała ich dość. Skąd! Są piękne, inteligentne i samodzielne i dobrze nam ze sobą. Ale wakacje z dziećmi to nie urlop ze wstawaniem w południe, długimi nocnymi rozmowami i robieniem tego, na co ma się ochotę i kiedy się ją ma. Oj, nie, zupełnie nie.

Kto ma dzieci, wie, o czym mówię.
Kto nie ma, zazdrości.

Że w górach.
No tak, siedzę w górach, a góry mają średnio 600 m i oglądam je z codziennie z okna i ogródka. O zdobywaniu szczytów mowy nie ma, no, chyba, że da się tam wjechać samochodem i popatrzeć, jak jest pięknie, z punktu widokowego. Poza tym dla dzieci góry same w sobie nie stanowią żadnej atrakcji – dla nich ważny jest basen i to, czy się będzie można w nim wykąpać, fajne place zabaw, machanie podpalonymi w ognisku patykami albo zamrażarka pełna lodów.
No i niezależnie od tego, czy są w górach, czy w zupełnie innym miejscu, Aśka z Witkiem będą chodzić spać najpóźniej, jak się da, umierając przy tym ze zmęczenia (Witek), za to Piotr będzie wstawał najwcześniej, jak się da, czyli o wschodzie słońca, który o tej porze roku następuje o mało przyzwoitej godzinie. To wszystko sprawia, że czas bez dzieci skraca się do marnych sześciu godzin, w które trudno wepchnąć cokolwiek oprócz snu, przerwanego ze trzy razy (ma, ma! Mamama!, a potem „Buuuu, mamusiu, tu coś lata, chcę się psytulać!”, a jeszcze potem „Boję się, jak jest tak ciemno!”).

I te nieustanne konflikty interesów.

Kiedy Piotr śpi, ja chcę zjeść śniadanie, Witek chce strzelać z nowego, hałasującego pistoletu, dziadek – kosić trawę, a Aśka – żeby jechać do sklepu i kupić plastikowe szlachetne kamienie, które jej będą pasować do pierścionka z kiosku za dwa złote. Bo nie może się inaczej bawić w księżniczkę.

Kiedy Piotr nie śpi, Joaśka z Witkiem chcą do basenu, słońca nie ma i wieje zimny wiatr, a ja chcę kawy, dużo, szybko i gorącej, zanim zasnę z nosem w brudnej pieluszce.

Kiedy Piotr marudzi i chce się przytulać, Witek chce puszczać latawiec, co się sprowadza do biegania z nim po drodze, po której co prawda raz na godzinę, ale przejeżdża jakiś samochód, a Aśka chce grać w piłkę albo się kąpać albo wszystko jedno co, byle ze mną i wyłącznie ze mną, tylko ona i ja. I jak najdłużej.

Na szczęście proporcje dzieci do dorosłych są dla mnie bardzo korzystne. Bo są albo ciocie, które się pobawią, dopilnują, dadzą pić i zaśpiewają piosenkę, albo dwa komplety dziadków, którym mogę zostawić Joaśkę z Witkiem i przez dłuższy czas nie interesować się ich losem, wiedząc, że cztery pary dziadkowo-babcinych rąk zaopiekują się nimi o wiele lepiej niż moja jedna. Dlatego mogę porzucić ćwiczenia z bilokacji i dać odpocząć oczom, które z nawyku biegają dookoła głowy. Mogę siedzieć i gapić się w przestrzeń albo złapać aparat i porzucić na kwadrans cały świat, żeby tkwić w dziwnej pozycji przed puszkiem ostu, który niezdecydowanie zbiera się do odlotu na tle granatowych gór i złotopurpurowych chmur, przetykanych fioletem i spóźnionymi pszczołami. Mogę siedzieć przed komputerem i wstukiwać w worda te długaśne zdania, zapominając o tym, że zagotowała mi się woda na kawę i że w ogóle mam jakieś dzieci.

Bo tak naprawdę na wakacje wyjeżdżam z lenistwa, z miłą wizją dzieci świetnie i samodzielnie bawiących się w ogródku, uciekając przez betonowym upałem siódmego piętra. I dopiero na miejscu przypominam sobie, jak to wygląda naprawdę. Ze wszystkimi owadami, pardon, szczegółami, włącznie. Ale wtedy nic mi już nie przeszkadza, żeby na liście rzeczy najważniejszych mieć totalne ignorowanie bieżącej polityki, chodzenie boso i opalanie się, ile wlezie. Choćby to miało być dwadzieścia minut dziennie.

A potem jedziemy na chwilę w ostępy najbliższej cywilizacji, patrzę na samotne pary, które idą sobie spokojnie i elegancko, za rączkę na lody, bez pośpiechu, które się nie dwoją i nie troją, nie wydają stu poleceń na raz i nie omijają w sklepie regałów ze słodyczami ani zamrażarek z lodami, a na ulicy straganów ze szmelcem i chińskim badziewiem, czyli - tłumacząc na język przedszkolaka - jaskiń ze skarbami. Które nie bujają na rękach ciężkiego i marudnego niemowlaka, przyglądając się bezradnie, jak nowiutkie buty ich średniego dziecka pokrywają się gliną, bo owo dziecko dziwnie a nagle ogłuchło, gdy tylko znalazło się na brzegu jeziora z zakazem tych butów zdejmowania, bo wieczór i ziąb. Które mają czas na nocne życie i wrzucają na fejsa foty ze szczytów zdobytych razem lub osobno. Patrzę, wzdycham i zazdroszczę.

Ale nigdy, przenigdy bym się nie zmieniła.
I wcale nie mówię tego dlatego, że jestem dziś wyjątkowo wyspana.
Serio.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...