piątek, 21 lipca 2017

Co takiego mam z bycia offline?

Ostatnie trzy tygodnie byłam offline. I wiesz, wcale nie chce mi się wracać.
Zresztą to całkiem śmieszne: przez pół życia byłam offline i nic o tym nie wiedziałam.
A teraz nastała moda na offline. Reset, z dala od sieci, od fejsa, z prawdziwymi, żywymi ludźmi, których możesz uściskać, kiedy ci na to przyjdzie ochota.
I bardzo dobrze, że tak jest.


Co prawda nigdy za bardzo nie przejmowałam się modą, na ogół idę nie tyle pod prąd, co po prostu swoją boczną ścieżką, gdzie mi wygodnie, ale ta moda bardzo mi się podoba.
A jeszcze bardziej podoba mi się to, co się dzieje, kiedy przestaję korzystać z Internetu.


Wystarcza mi doby


Gdy nie karmię największego pożeracza czasu – nagle na wszystko mi tego czasu starcza. Wszystko, co powinno, mieści mi się w jednej dobie. I nawet zostaje parę chwil na nicnierobienie. Jasne, że nie zawsze i nie na wszystko znajdzie się czas – ale sporo nagle się go znajduje.

Kiedy już wrócę na dobre, planuję prosty eksperyment: notować dokładnie, ile czasu i na czym spędzam online. Już się boję wyników. Bo wiecie: tu trzy minuty na fejsie, tam jakaś rozmowa na komunikatorze, właściwie o niczym i po nic – i nagle pół godziny znikło, a dzieci płaczą.

 Ludzie, którzy słuchają


To moje bycie offline było o tyle nietypowe, że razem ze mną offline było tak z sześćdziesiąt osób.
Wyobraźcie to sobie: sześćdziesiąt osób bez telefonów. Bez tego nieustannego zerkania, odpisywania na wiadomości, bez uwagi podzielonej na mnie i resztę świata online. Jak dawno mi się to nie zdarzyło. I jakie to jest piękne!
Tyle dobrych rozmów, tyle zwykłej radości, która bierze się z bycia razem, z robienia kawy we wspólnej kuchni, z gadania na korytarzu do pierwszej w nocy. Słuchanie się nawzajem, z uwagą i bez rozproszenia. Czas dla ludzi, którzy są obok, blisko, a nie gdzieś tam, po drugiej stronie internetu.

Informacyjny detoks


Nie da się ukryć, że jestem dziennikarką. Psim i podstawowym obowiązkiem dziennikarza jest robienie prasówki – czyli porządnego przeglądu wiadomości - każdego dnia.
No więc przyznaję się bez bicia: zrobiłam sobie wakacje od prasówki.
O tym, że Trump przyjechał do Polski, dowiedziałam się na… kazaniu, zresztą wcale nie politycznym i bardzo dobrym. Pomniejsze katastrofy, straszne wakacyjne wypadki i klęski żywiołowe umknęły mi w całości, a co tam, panie, w polityce, nie mam bladego pojęcia.
I dobrze mi z tym. Bardzo.

Mózg mi odpoczywa, nie bombardowany setkami nie pasujących do siebie informacji. Bo na ogół bycie online to dla mnie coś jak nieustanne układanie puzzli. A konkretnie – siedmiu różnych obrazków po dwa tysiące kawałków każdy, zmieszanych ze sobą i niekompletnych. Nie do zrobienia, a mój umysł i tak wciąż i wciąż próbuje, zbyt zajęty informacyjną układanką, żeby wymyślić coś fajnego na obiad.
Bez tego chaosu nagle jest spokój, czas na własne myśli, na dobrą zabawę z dziećmi, na rozmowy o tym, co ważne, a nie tylko o tym, co konieczne na bieżąco.

Kogo wpuszczam do mojego życia?


To dopiero jest niezłe.
Kiedy jestem offline, w moim życiu są ci, których tam chcę mieć.
Owszem, zdarza mi się spotkać ludzi, których nie mam ochoty więcej spotykać, ale są spore szanse, że więcej się na nich nie natknę. I w realu jakoś łatwiej ich unikać.

Kiedy jestem offline, to ja decyduję o tym, z kim i gdzie spędzę czas. Z kim będę rozmawiać. Do kogo zadzwonię, napiszę, z kim się zobaczę.
Kiedy jestem online, też decyduję – ale to o wiele trudniejsze. Bo w rzeczywistym czasie i przestrzeni jestem w stanie spotkać określoną liczbę osób. Na przykład teraz, w górach, mogę spotkać moje dzieci, rodziców i teściów. Mogę spotkać sąsiada, jeśli akurat przyjedzie. Dwa dni w tygodniu mam szansę spotkać objazdowego piekarza. Przez ostatnie sześć dni nie zdarzył się żaden niespodziewany gość.

A w przestrzeni wirtualnej co chwilę ktoś mnie „odwiedza”. Na fejsie mojego walla odwiedzają reklamodawcy albo nieznajomi, których aktywność Facebook postanowił mi wyświetlić, bo uznał, że mnie to zainteresuje. W skrzynce mailowej odwiedzają mnie producenci dobrze zakamuflowanego spamu. We wpisach i komentarzach moich własnych znajomych odwiedzają mnie ludzie, z którymi nie chcę mieć nic wspólnego – ale łażą po mojej tablicy, jak chcą. I ja ich, niechcący, wpuszczam do mojego życia. Zaprzątam sobie nimi głowę.
Tylko po co?


Pięciu(set) przyjaciół


Psychologia mówi, że człowiek jest w stanie tworzyć dwanaście bliskich relacji. To znaczy chyba tak mówi, bo jestem offline i nie będę teraz tego sprawdzać, ha. Przyjmijmy, że tak jest: dwanaście osób.
I to naprawdę wystarcza. To tyle, że mogę wiedzieć, co u nich, jak się mają ich dzieci, psy i koty, gdzie będą w weekend, jak ocenił nowy projekt ich szef, jakie w końcu kupili buty i gdzie naprawiają samochód, z kim się naprawdę nie lubią i jaką kawę piją.
To dużo danych.

Nie da się tyle wiedzieć o setkach znajomych z fejsa -  a fejs uparcie próbuje nam udowodnić, że jest inaczej. Że możesz się podzielić ze wszystkimi swoim życiem, a wszyscy zwrócą uwagę, polajkują i zapamiętają, a potem jeszcze o tym z tobą pogadają na messengerze.
Więc próbujesz nadążyć.
W rezultacie więcej wiesz o tym, co dzieci twojej koleżanki z kursu hiszpańskiego sprzed dziesięciu lat lubią jeść na obiad, bo co chwila wrzuca zdjęcia – a nie wiesz, co lubią twoje własne. Wiesz, gdzie aktualnie przebywa koleś, którego na studiach nawet nie kojarzyłeś z imienia, a nie wiesz, gdzie jedzie na wakacje twój własny brat. Wiesz, jak wyglądają koty twojej koleżanki, ale nie masz pojęcia, że jej mama umiera na raka - a wciąż wydaje ci się, że jesteś na bieżąco.
Słabo, prawda?

No i offline te sprawy ładnie porządkuje. Bo kiedy jesteś offline, myślisz o ludziach, którzy są obok – i o tych, którzy są daleko, ale bliscy i ważni, za którymi tęsknisz. Nie o tych, których wpis wskoczył ci na początek fejsa. O pięciu, nie o pięciuset. O ważnych, a nie o tych, którzy się tacy wydają, bo często coś publikują tu albo tam.

Miłość, czas, uwaga


Na tym czasie offline najbardziej chyba korzystają dzieci.
Dzieci, które nie słyszą „poczekaj, zaraz, tylko odbiorę, odpiszę, sprawdzę, zadzwonię”.
Dzieci, które widzą rodziców rozmawiających, śmiejących się, poznających innych ludzi na żywo, a nie wpatrzonych w ekrany i ekraniki i śmiejących się do komputera. Z którymi ktoś się bawi, przytula, gra w piłkę albo śpiewa piosenki, zamiast dawać im starego smartfona, żeby się czymś zajęły, kiedy dorośli rozmawiają… na czacie.

Dzieci, które mogą uczestniczyć w życiu dorosłych, a nie tylko obserwować samotnego człowieka piszącego coś na klawiaturze, śmiejącego się nie wiadomo z czego albo złoszczącego się nie wiadomo o co. Które mają się od kogo uczyć, jak się z kimś zakolegować, jak rozmawiać, jak rozwiązywać konflikty – bo widzą obie kolegujące się, rozmawiające czy rozwiązujące konflikt osoby, a nie tylko jedną z telefonem w ręce.

A przecież dzieci stale są offline. I tego samego potrzebują od nas.
Jeśli nie dostaną – wtedy dopiero będzie lipa.
No i, parafrazując pewien obrazek, wspólne wspomnienia nie powstają na fejsbuku, na skype ani na żadnym messengerze. Na żywo. I już.

Nie da się tak



Dzień przed wyjazdem, oczywiście w kuchni przy robieniu kawy, zaczęłam opowiadać M. o tym, że te wszystkie skejpy, facebooki, whatsappy i inne komunikatory są całkiem niezłe, bo nawet, jeśli ma się kogoś naprawdę daleko, da się utrzymywać z nim kontakt.
M. spojrzał na mnie znad kubka i powiedział:
- Nie da się tak.

I najgorsze jest to, że miał rację.
I najlepsze też.

Najgorsze, bo czasem tak bardzo by się chciało mieć kontakt z kimś, kogo poznało się przypadkiem i niechcący odkryło się w nim „pokrewną duszę”. Więc wysiadamy z tego pociągu albo wracamy z wakacji, znajdujemy się na fejsie – i nagle koniec. Nie gra. Chociaż widzimy swoje wpisy i rozmawiamy na czacie - nie iskrzy. Przepadło, znikło, wyparowało.

Najlepsze, bo pozwala... posprzątać. Spriorytetyzować. Przemyśleć, na kim mi - tu i teraz - najbardziej zależy, na co chcę mieć czas. Kto jest ważny? Kto ważniejszy? Kogo trzeba odpuścić? Na kim się skupić, o kogo zadbać, komu dać swój czas w realu, a nie w sieci? Z kim iść na kawę, na spacer, na pogaduchy, zamiast wymieniać wiadomości na komunikatorze?

Relacje są jak jazz. Jazz musi być grany na żywo, inaczej traci sens i przestaje być sobą.
I po to jest właśnie ten cały offline.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...