piątek, 2 czerwca 2017

Kiedy przestanę być dzieckiem

Dzień Dziecka od zawsze kojarzy mi się z lodami. Więc po powrocie z przedszkola proponuję dzieciakom lody.
- Pójdziemy i kupimy duże pudełko, dobrze?
- E, ja wolę iść na rower - mówi Witek.
- A ja na rolki - mówi Asia.
- Czyli rezygnujemy z lodów? Ale na pewno? - pytam jeszcze z nadzieją.
Przytakują, paskudy.

Wzdycham, bo wyjątkowo też miałam ochotę na lody, ale dobra, niech będzie. Czy raczej: nie będzie.
A chciałam być fajna, w końcu Dzień Dziecka jest. Trudno.

No i idziemy.
Witek oznajmia, że będzie prowadził. Prowadzi i prowadzi, aż w końcu skręca ku alejce prowadzącej do sklepu. Tego, w którym kupujemy lody.
- Gdzie jedziesz, Witulku? - pytam.
- Po lody, przecież mieliśmy kupić lody - mówi z miną niewiniątka.
Bardzo, bardzo śmieszne, synu.
Ale jest Dzień Dziecka, ach.
- Dobra, może jakoś ogarniemy - mówię i ruszamy.

Jak na biegun.
Jak na Mount Everest cierpliwości i opanowania.

Ze sklepu wychodzimy bez obrażeń, z pudełkiem lodów, bezami, toffi, dwoma piłkami z automatu (nie chciałem takiej! - krzyczy Witulek), trzema balonami na patyku i marudzącym Piotrem. Wciąż jeszcze nie brakło mi cierpliwości. Dziwne to, ale niech trwa, proszę.
- Chodźmy szybko do domu, bo mam ochotę na te lody - mówię z uśmiechem.

Więc idziemy szybko - na miarę naszych możliwości. Witek wywraca rower i tłucze kolano. Asia śmiga na rolkach. Próbuję za nimi nadążyć. Jedną ręką trzymam trzy balony, które wiatr chce mi pozrywać z patyczków; chwilę wcześniej wywiał je z wózka i pogonił wąskim przesmykiem między samochodami i płotem. Piotr w wózku nie wytrzymał, więc dynda w nosidle i niemal składa się w pół, żeby do nich dosięgnąć. Z lodów pod wózkiem jak nic robi się zupa.
- No mamusiu, szybciej chodź! - poganiają mnie.

Idziemy alejką w cieniu, pod sklepieniem z liści i gałęzi, pada topolowy śnieg, promienie słońca, przesiane przez liście, tworzą na asfalcie ruchomą mozaikę. Pachnie latem, świeżo skoszoną trawą, para synogarlic goni się po gałęziach klonu. Panowie z ławeczki odprowadzają mnie długimi spojrzeniami, wmawiam sobie, że to dlatego, że tak ładnie dziś wyglądam. I już, już prawie dom.

Na ostatniej prostej spotykamy sąsiada z nowym psem. Pies ma historię, a historię trzeba opowiadać,  więc sąsiad opowiada, wiatr szarpie balony, Piotr też próbuje, Witek miauczy o kolanie i plasterku, a Asia jeździ dookoła na rolkach.
W końcu żegnamy się i Joaśka, która milczała dotąd jak zaklęta, mówi tonem zdecydowanym:
- Mamusiu, ja też chcę psa!

I wtedy wybucham śmiechem. Takim nie do powstrzymania. Słyszy mnie pół osiedla, ludzie patrzą dziwnie, a mnie łzy leją się po policzkach i nie mogę przestać, gdyż - ach! gdyż wyobraziłam sobie, jak do tego wszystkiego, do tych balonów, rowerów, kolan, rolek, nosideł, lodów topiących się pod wózkiem i trójki dzieci, mam jeszcze na smyczy PSA.
I trzymam tę smycz w zębach.

A potem docieram wreszcie z tym cygańskim taborem na siódme piętro, ogarniam kolano Witulka, kładę Piotra spać, nakładam dzieciom lodów, które po drodze jednak nie zamieniły się w zupę i robię sobie kawę z lodami i bezami cytrynowymi. Dorzucam jeszcze toffi.

Niedługo potem do domu wraca ojciec dzieciom z szerokim uśmiechem, trzema paczkami czipsów i czterema litrami soku. Oraz cukierkami, oczywiście.
Cieszę się jak dziecko.

Bo wiecie, ja wciąż jeszcze jestem dzieckiem. Chociaż własnych mam trójkę.

Skąd to wiem?
Bo kiedy nikt nie widzi, jem śliwki w czekoladzie na śniadanie i wyżeram ze słoika dżem oblizaną łyżeczką. Śpię w ubraniu albo w ogóle w niczym. Chodzę po murkach z szeroko rozłożonymi rękami i skaczę boso po kałużach, zupełnie nie zwracając uwagi na miny sąsiadów.

Mówię, co myślę, zanim pomyślę, żeby nie mówić. Zadaję więcej pytań niż dwulatek - i, co gorsza, oczekuję odpowiedzi natychmiast.

Postanawiam, że już nigdy w życiu nie odezwę się do B., żeby tydzień później całkiem o tym zapomnieć. Wysyłam ojcu dzieciom na komunikatorze świnki, pandy i selfie-komentarze video, żeby się nie nudził w pracy. Przez godzinę opowiadam mamie przez telefon straszne historie z dziś, których jutro żadna z nas nie będzie pamiętać.

Wciąż jestem naiwna, uważam, że ludzie są mili i wystarczy poprosić, żeby dostać - i wierzę, że wszystko będzie dobrze. I dobrze mi z tym.

Tylko lodów już nie mogę zjeść tyle, co dawniej.
Nie mówiąc już o toffi.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...