środa, 5 kwietnia 2017

Oswajanie

Kiedy byłam mała, zaprzyjaźniłam się z kotem.
Kot był szarym dachowcem, urodzonym przez podwórkową kotkę pod garażem sąsiada. Nikt nie mógł go pogłaskać - ba! nawet do niego podejść. Poza mną. Ja mogłam wszystko.


Oswajanie go trwało długo. Siadałam w pobliżu i - po prostu - siedziałam. Bez ruchu. Przynosiłam coś dobrego do zjedzenia. Pozwalałam się obwąchiwać, nie próbując pogłaskać. W końcu oswoiliśmy się. I zaprzyjaźniliśmy. Miałam swojego własnego kota podwórkowego - bo w naszym mieszkaniu w bloku wtedy na kota nie było miejsca.

Kiedyś na nasze podwórko przyszła znajoma pani. Mieszkała kilkaset metrów dalej, w domu z pięknym ogrodem. Chciała kota. A ten szary był pięknym kocurem. Zapytała, czy mogę go jej złapać.
Mogłam, oczywiście.
Po co ma się na podwórku marnować i marznąć zimą, kiedy może mieć prawdziwy dom.
Więc złapałam.

Tylko, że kot nie chciał mieć domu, chciał swoją wolność podwórkowca. Wrócił na drugi dzień.


I nigdy więcej nie pozwolił mi się pogłaskać.
Straciłam jego zaufanie. Już nie byliśmy oswojeni.

Na szczęście z ludźmi jest inaczej.



Ten mój kot przypomina mi się zawsze, kiedy coś się psuje w relacjach z dziećmi. Moimi własnymi.
 Kiedy podejmę kiepską decyzję, kiedy zrobię coś, czego nie powinnam. Albo kiedy dzieciaki zrobią.
Wtedy nagle robi się źle, a my jesteśmy mocno zdziwieni. Bo wydaje nam się, że relacja powinna być cały czas taka sama. Najlepsza. A jeśli jest inaczej - to porażka, koniec i dno.

A tymczasem relacja to nie jest stały stan, osiągnięty i potem pozostający w bezruchu i bez zmian.


Relacja jest jak morze. Są przypływy i odpływy, jest miły lekki wietrzyk i wietrzysko, które sypie piachem i urywa głowę. Jest woda gładka jak stół - i jest ryczący sztorm, któremu lepiej przyglądać się z daleka. 


I nie ma co oczekiwać, że będzie cały czas tak samo. I cały czas - dobrze. Bo każdy człowiek się zmienia w miarę upływu czasu, a dzieci zmieniają się najszybciej. Za każdą zmianą idzie nowe. Znowu trzeba się trochę siebie uczyć i trochę dopasować. Trochę wymagać - i trochę ustępować.
Ale najważniejsze jest, żeby pokochać się od nowa.

Witulek na moich oczach zmienia się z dzieciaka w małego chłopca. Trudny proces. Bolesny trochę. Dla niego i dla mnie też, bo nagle mój synek na przykład przestaje mnie słyszeć. I słuchać. Odwraca głowę, kiedy o coś proszę. Patrzy w ścianę.
- Nie słysałem, bo mówis niewyraźnie - oznajmia.
A to tylko wierzchołek góry lodowej.

Jeszcze parę miesięcy temu byliśmy blisko, teraz jakoś oddalamy się od siebie i tak, brzmi to jak kiepskie romansidło.


Już się nie przytulamy porządnie, już nie rozmawiamy o tajemnicach innych wszechświatów, o mechanizmach  i maszynach, o sposobach działania świata. Kłócimy się o totalną niechęć do sprzątania, o wyrzucanie jedzenia, które się "jednak nie zmieściło", o tłuczenie Aśki ze złości, że ona wygrała puchar zbudowany z Lego, a on przegrał i go nie dostał.


I w końcu następuje moment, w którym nawet nie chce mi się rozmawiać o tych maszynach przy obiedzie. Ani opowiadać bajek. Ani się bawić. Bo jestem zmęczona tym, że ciągle coś nie tak. Bo tyle energii pochłania relacja w fazie kryzysu.



Dzieciaki też to czują i stosunki robią się jakby bardziej odległe i ostrożne, jesteśmy trochę niepewni, trochę oficjalni, zawieszeni w bliskości i rozumieniu się bez słów.

Ale - na szczęście - zawieszeni nie na długo.
Bo wystarczy się trochę pooswajać.
Posiedzieć razem na podłodze i pogadać o pająkach.
Poprzytulać się wieczorem.
Odłożyć na bok różne Bardzo Pilne Sprawy i po prostu dla siebie być.

Wyszarpać czasowi z gardła dwudziestą piątą godzinę w ciągu doby. I siedzieć tę godzinę przy obiedzie i wymyślać nowe, fantastyczne maszyny i historie pełne strzelania, pożarów, tyranozaurów, głębokich dołów i najwyższych dźwigów na świecie, strzelających klejem w niemiłą sąsiadkę, która taki dźwig rusza bez pozwolenia (tak, ze nie będzie mogła sprać z ubrania, jak w nią stseli dźwig!).

I już znowu jesteśmy oswojeni, już znowu my, a nie ja tu i ty tam, znowu jest blisko i dobrze, i tajemnice można opowiadać po prostu, a nie tak, jak wcześniej - na ucho (wies, mamusiu, juz skoncylem jesc, wiecej mi się nie miesci. Mówię na ucho, zebyś się nie gniewała).


Bo na szczęście z ludźmi jest inaczej niż z kotami.
I można się oswajać tyle razy, na ile starczy miłości. 





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...