poniedziałek, 27 lutego 2017

Spacerek, psia jego mać

[Dramat prozą w kilku aktach]

Wiosna. Słońce. Piętnaście stopni. Z okna widać Babią Górę - jednak wiać, to nie drzewa ją zasłaniały, to smog. A teraz smogu nie ma. Wirusy niemal wytępione. Więc na spacer. Wyczekany. Wymarzony, przez całą tą cholerną długą zimę.

Najpierw Piotr, zamiast zwykłych czterdziestu pięciu minut, śpi trzy godziny.
- Nie docekam się - mówi Witek.
- No kiedy on się wreszcie obudzi - pomiaukuje Asia.

Budzi się za kwadrans dwunasta. Dobrze, to się nakarmimy, przewiniemy, ubierzemy i myk! Na spacer.

Witek z radości szaleje i biega po domu w samych majtkach.
Asia mierzy buty, kilka par po kolei, bo można założyć cienkie.
Piotr je. A potem się przewijamy. A potem wskakujemy w białego niedźwiedzia. Dolną połową wskakujemy. Aśka z Witkiem niemal ubrani, pakują koty do wózków. Ja - też niemal ubrana. Spojrzenie w lustro - nieuczesana, znowu, szlag. Trudno. Będę mieć taki warkocz rozwiany, co to był w modzie zeszłego lata. Może nawet dalej jest.

Piotr zaczyna pomiaukiwać na kanapie. Dzieci starsze w drzwiach, Piotr w niedźwiedzia do końca, suszarka w dyktafonie rusza na wszelki wypadek, woda, jabłka, drzwi, klucze, winda, schody. Drzwi.
Aha, i jeszcze czapka dla Piotrka. Bo niby piętnaście stopni, ale mały jest, pokasłuje jeszcze, lepiej może w tej czapce. W końcu luty.
Zakładam.
Czapka rozwala system.
Wychodzimy. Po stu metrach Piotr zaczyna ryczeć pełnym głosem.
Biorę go na ręce.
Jeszcze gorzej.
A smoczek został w domu.
Szlag.

Zarządzam szybki powrót na chwilę.
Rozczarowanie, dwie buzie na mnie patrzą - jak to wracamy? Przecież wyszliśmy przed sekundą!
- Wracamy tylko po smoczek - mówię. I jeszcze nie wiem, że to będzie kłamstwo. Choć niechcący.

Bo w domu Piotr zaczyna ryczeć na dobre.
Zdejmujemy niedźwiedzia. Lepiej. Trzeba by coś innego, ale, kurka, nic nie ma. Bo Piotr może i ma trzy miesiące, ale jest rozmiaru półroczniaka. A ubranka na dziecko siedzące nie pasują na dziecko leżące. I już. Więc nie ma. Nie ma. Framuga pusta, aaaaa*.
W końcu na body zakładamy dwa kaftaniki i grubszą bluzę. I starczy.
Piotr uśmiecha się miło.
To może jeść i spać?
Jeść - nie.
Może spać. Na rękach. Tak, u ciebie, mamo.
Skoro na rękach, to może w nosidle pójdziemy.
Nie,w żadnym nosidle! Spać, ale w ludzkich warunkach, nie na jakimś spacerze, nie w wózku, w domu, normalnie, mamo, czemu mnie włóczysz gdzieś zamiast dać mi spać? I nie, tylko nie w nosidle! Nawet nie próbuj! Będę krzyczał! Krzyczę! Nie zamierzam przestać, póki mnie z tego nie wyjmiesz!

Wyjmuję.
Piotr zaczyna zasypiać.
Witek się nudzi. Asia też.
Drzwi na korytarz otwarte, na korytarzu Witek i hałas, w domu - przeciąg.
- Witulek, zamknij drzwi, dobrze? - proszę cicho nad zasypiającym Piotrkiem.
Nie słyszy.
- Chcę zamknąć drzwi - mówię głośniej.
Nie słyszy.
- Witulku, wejdź do środka!
- Nieeeeee! - krzyczy Wit.
A potem zgodnie ze zwykłym repertuarem zaczyna warczeć, piszczeć, a na końcu zawodzi i łka.
Na moich rękach swój koncercik zaczyna Piotr.
Udaję, że nie słyszę. Kosy ćwierkają, wróble śpiewają czy tam odwrotnie. Mewy skrzeczą. O.

Asia zaszyła się gdzieś w swoim pokoju i postanowiła przeczekać.
Wygląda na chwilę, w oczach ma nieme pytanie: kiedy pójdziemy?
Udaję, że nie widzę.

I w końcu. W końcu! Piotr zasypia.
Do wózka go. Suszyć, żeby się nie obudził. I żadnej czapki.
Przykrywam go cienkim kocykiem.
Dzieci gotowe. Entuzjazm jakby wrócił. Asia bierze kota w wózku, Witek - hulajnogę.

Drzwi, korytarz, winda, schody, drzwi.
Słońce.
Przestrzeń.
Leciuteńki wiaterek, nie tam żadne sto dwadzieścia kilometrów na godzinę, jak ostatnio.
Idziemy.

Trzy minuty później i trzysta metrów dalej Witek oznajmia, że nie chce już hulajnogi.
- Nie mam jak jej nieść - mówię.
- Ale ja jej nie chcę! - wrzeszczy Wit.
- To ją wyrzuć - mówi bezlitośnie zła matka we mnie. - Tam jest kosz.
To, oczywiście, nie pomaga.
W końcu rozkładamy hulajnogę i wciskamy pod wózek.
Piotr niespokojnie rusza się w środku.
O nie, tylko się nie budź.

Idziemy.
Witek biega, Asia pcha swój wózeczek z kotem.
Dwieście metrów dalej pęka.
- Nie chcę już pchać wózka - mówi. - Zmęczyło mnie to pchanie.
- Nie mam gdzie go włożyć - mówię, i tym razem to najprawdziwsza prawda.
- Ale ja nie chcę go pchać - oho, jesteśmy na granicy płaczu. Znaczy ona, nie ja. Ja jestem na granicy czegoś zupełnie innego.
- To go tu zostaw - mówię, choć chciałabym nie mówić.
- To go zostaw, Asiu - wtóruje mi nie wiadomo czemu Witek, waląc przy tym patykiem w chodnik, czym doprowadza Asię do ostateczności.

Słońce miło świeci.
Kosy śpiewają.
Idziemy w samych bluzach.
Wiosna.
Doprowadzona do ostateczności Asia szlocha i łka.

Balansuję na granicy cierpliwości jak uczeń linoskoczka. Mało pojętny uczeń.

Biorę głęboki wdech, żeby nie powiedzieć "a nie mówiłam, żebyś nie brała wózka".
I wtedy budzi się Piotr.
On też bierze głęboki wdech, ale w przeciwieństwie do mnie nie zamierza się powstrzymywać.
Słyszy go chyba całe osiedle, bo po naszym osiedlu dźwięki ładnie się niosą.

I tak sobie idziemy, przodem Witek tłukący patykiem co popadnie, potem ja z Piotrkiem na jednej ręce i wózkiem w drugiej, potem Asia pół idzie, pół biegnie, pcha wózek, szlocha i łka.
Do domu.

Miły sąsiad, co to zazwyczaj się nagle pojawia, kiedy potrzebuję dodatkowych dwóch rąk, wnosi mi pusty wózek po schodach, otwiera drzwi windy i prowadzi uprzejmą konwersację.
Jestem mu wdzięczna, och, jak bardzo. Za tę konwersację najbardziej, bo wtedy muszę się opanować, ogarnąć i rozmawiać miło, i głęboko schowana furia typu blind, która leniwie podnosiła już swój paskudny łeb, uspokaja się i zasypia.

Piotr za to nie zasypia. Ale gdy tylko przekraczamy próg mieszkania, uśmiecha się i zaczyna gadać.
Au! Ałe! Agu! M-mm-ma! Ghhhhgulgulihahaha!
Asia też przestaje łkać.
- A jutro pójdziemy na spacerek?

Dyplomatycznie nie odpowiadam.
Kurtyna.


*Mumio, of kors.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...