czwartek, 16 lutego 2017

Poczucie straty

- Baadzo chciałbym iść na spaceu - mówi Witulek, tęsknie patrząc za okno.
A za oknem wiosna, wielkie kałuże zamiast śniegu, słońce, gawrony skaczące po trawniku i smog.
Rano - sześćset procent normy, więc już, już miałam powiedzieć, że ze spaceru nici, kiedy mnie tknęło. Bo przez okno było widać drzewa na horyzoncie.
A skoro widać - nie może być sześćset procent. Najwyżej dwieście.
Sprawdzam.

Jest dwieście.
- Wies - ciągnie dalej Witulek - nawet na taki kótki spaceu. Napawdę kóciutki. Ale ty z Piotlusiem nie mozes, pawda? - patrzy na mnie, w wielkich oczyskach nadzieja, że jednak nie, że można iść.
- A-gu-łe - komentuje z bujaczka wspomniany Piotluś.
Decyduję się w ułamku sekundy.
- To spróbujmy iść - mówię.
Pisk, radość, podskoki.
Dwadzieścia minut przygotowań - Asia z Witulkiem z entuzjazmem ubierają się sami - i już możemy iść na spacer.
Na kwadrans.

Gdyby mi ktoś powiedział te parę lat temu, że kiedyś będę się cieszyć jak głupia z kwadransa spaceru w żółwim tempie dookoła paru bloków na osiedlu - postukałabym się w głowę. Bo wtedy spacer oznaczał dla mnie przynajmniej dwie godziny łażenia po łąkach, polach i lesie.

Im dłużej jestem mamą, tym bardziej widzę, że podstawowym uczuciem w macierzyństwie jest właśnie poczucie straty.
No tak. Wiem, jak to brzmi - ale tak właśnie jest.
Jasne, że radość. Że miłość, wdzięczność, duma. Tak.
Ale przede wszystkim - poczucie straty.

Psychologia mówi, że jest z nim jakoś tak:

"Poczucie straty to stan emocjonalny pojawiający się w reakcji na wewnętrzne przekonanie o „braku”: człowieka, przedmiotu, możliwości. To emocja o nieprzyjemnym zabarwieniu, służąca uświadomieniu sobie potrzeby, którą trzeba zaspokoić innymi niż do tej pory (przed stratą) metodami." [źródło]

Zaraz, jak to? - zapytacie. Macierzyństwo i poczucie straty? Przecież to żadna strata. Zysk, rozwój, nowe życie, więcej do kochania, same pozytywy!

Owszem, tak. Ale kiedy zostaję matką, bezpowrotnie tracę niektóre rzeczy, które wcześniej się wydawały oczywiste i nieutracalne. Jak ten spacer. Wewnętrzne przekonanie o braku tego, co było wcześniej, aż kwiczy mi w środku.

Brak człowieka? Proszę bardzo. Pisałam już o tym, ale napiszę jeszcze raz. Nic tak dobrze, jak macierzyństwo, nie oczyszcza relacji. Wśród znajomych dokonuje się selekcja naturalna. Życie towarzyskie toczy się na fejsie i przez telefon. To, co wcześniej nie miało znaczenia, nagle staje się rozstrzygające: nie można sobie wsiąść w pociąg i pojechać na drugi koniec Polski, nie można spontanicznie wyskoczyć na wycieczkę, czy zwyczajnie do knajpy wieczorem wyjść. Ci, co tego nie rozumieją i nie potrafią przyjąć, znikają z rozkładu szybciej, niż moje dzieci zużywają pudełko plakatówek.

Brak przedmiotu? O rany. Gdybym miała spisać listę rzeczy, których przestałam używać, bo dzieci, zajęłaby parę stron. Od silnych detergentów począwszy, przez łańcuszki na szyję, szpilki, biały cukier, na pięknych a trujących roślinach pokojowych skończywszy. A na drugiej liście byłyby te wszystkie stłuczone ulubione miseczki, poplamione ukochane bluzki, wykąpane w umywalce tusz do rzęs i puder, zabazgrane notatniki (ciężkie przestępstwo!), połamane ukochane kredki i nadgryzione akwarele (sic!).

Brak możliwości? Ależ proszę. Nie mogę się napić wina, nie mogę zrobić siku w samotności, napisać tekstu bez przynajmniej pięciu przerw, odebrać telefonu przez pół dnia, przespać ośmiu godzin w jednym kawałku, wyjść z domu w dowolnym momencie, polecieć do Francji, nie mogę przyjąć wymarzonej oferty pracy, zrealizować dawno obiecanej sesji foto, odwiedzić babci. I tak bez końca. I co chwilę coś nowego.

Tak, macierzyństwo świetnie uczy, co to poczucie straty.
Ale uczy też, jak sobie z tym poczuciem radzić.
I to jest o wiele ważniejsze.

Początek, owszem - jest trudny i sprowadza do parteru.
Ale potem jest tylko lepiej.

Tak niewiele można - a tyle jednak da się zrobić, kiedy się człowiek uprze, zepnie i zorganizuje.
Rzeczy niszczą się, gubią albo trzeba z nich zrezygnować - i nagle się okazuje, że w zupełności wystarcza mniej.
Kończą się relacje, znikają ludzie - ale tych, którzy zostają, nic nie przestraszy, nie znudzi ani nie zniechęci.

Oglądaliśmy ostatnio z dzieciakami "odcinek pana Wojtka" - (czytaj: Cejrowskiego) o kopalni złota. Na środku brudnawej rzeki - wyglądająca jak domek menela konstrukcja, w której paru facetów o nieco zakazanych gębach wydobywa z dna rzeki piach i żwir. Wysypują go na jakąś starą wykładzinę zamocowaną tak, żeby płynęła po niej woda. Śpią nad tym w hamakach, zęby myją, plują, sikają do wody. Woda przepłukuje błotko wrzucone na wykładzinę. A potem jej włókna robią się... złote.

I ta domowej roboty kopalnia złota wydała mi się świetną metaforą tego, co posiadanie dzieci robi z człowiekiem.
Gdzie tu poczucie straty?
No cóż, jest trochę jak ta woda, która wypłukuje wszystko, co nie jest złotem.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...