piątek, 6 stycznia 2017

Mówi Piotr. #2 Czas świateł

Cześć!

Na początek - brejking nius: nie jestem już noworodkiem! To znaczy nie jestem już od jakiegoś czasu, ale mama zorientowała się dopiero niedawno, a tak dokładnie to wtedy, kiedy jej przypomniała Ciocia Wielorybka.

Miałem do niej mały żal - do mamy, nie do cioci - bo to w końcu duża różnica jest, ale przestałem, bo trudno mieć długo żal do kogoś, kto się do ciebie cały czas uśmiecha. I umie zrobić mleko.

No więc jestem niemowlakiem. Tylko coś mi się tu nie zgadza, bo niemowlak znaczy, że się nie mówi, a ja właśnie zacząłem mówić. Umiem powiedzieć całkiem sporo. Na przykład "au". I "uuu". I nawet "A!". Najlepiej mi się rozmawia z Joasią. I z tukanem. I z tym dzwoniącym lewkiem koło przewijaka też. I z tymi takimi dziurkami w ścianie, które mama czasem zatyka białym sznurkiem, a czasem czarnym. Jak białym, to słychać takie "chlup chlup chlup" i "bam bam bam". A jak czarnym - to szumi. I to znaczy, że będzie kąpiel.

Szczerze mówiąc, na początku kąpiel nie kojarzyła mi się zbyt dobrze. Co innego pływanie. Pływanie było fajne, można było robić fikołki i połykać wodę, i nawet ją wypluwać. Ale potem pływanie się skończyło. A jak się skończyło, zaraz potem zrobiło się zimno.

Pierwszy raz umyli mnie w szpitalu. Dobrze, że mama tego nie widziała. I potem już wiedziałem, że kapiel to nie jest nic fajnego, nic zupełnie. Nie można pływać. Nie można połykać wody. Nie jest ciepło. I obracają cię jak lalkę, nie pytając o zdanie!
Ale jakoś to przeżyłem.
Ta pani, co mnie kąpała, mówiła, że płuca to ja mam. Ale gdzie mam, już nie mówiła. Pan doktor też tak mówił, jak mnie badał. Może widać je tylko wtedy, kiedy jestem na golasa?

Potem mama chciała mnie wykąpać w domu, ale za pierwszym razem wytłumaczyłem jej, że naprawdę tego nie lubię i dała spokój. Nie na zawsze. Tak na trochę. W sam raz. Bo kiedy zabrała się do kąpania drugi raz, poszło jej o wiele lepiej. Włączyła ten miły szum z czarnego sznurka i od razu zrobiło się cieplutko. A potem zanurzyła mnie w wodzie. Całego. No, prawie, bo chciałem zanurzyć głowę też, ale mi nie pozwoliła. Napić się wody też mi nie pozwala, bo twierdzi, że w wodzie jest jakiś płyn i nie będzie mi smakować. Tylko skąd ona to wie, skoro sama nie próbowała? Ten płyn ma przecież kolor mleka, więc może smakuje jak mleko? Ale na razie nie udało mi się sprawdzić, bo mama za dobrze mnie trzyma. A tata to już w ogóle. Udało mi się tylko przekręcić na brzuch.
Mama była mocno zaskoczona. Wiem, bo spojrzała na mnie z podziwem i powiedziała "O rety!". Czyli - że jest ze mnie dumna. W końcu jestem duży i silny, jak na mężczyznę przystało, więc powinna być, prawda?

No i od tamtego czasu kąpiel bardzo mi się podoba. Chociaż nie za każdym razem udaje mi się przekręcić na brzuch. Ale za każdym razem próbuję. I kiedyś znowu mi się uda. Jestem pewien, że tak.

Poza kąpielą jest inna fajna rzecz. Światła.

Hmm. Światła. No więc z nimi to jest tak. Rzeczy są ciemniejsze i jaśniejsze i te jaśniejsze to właśnie światła. Ale tylko niektóre. I one tak jakby jaśnieją ze środka.
Na przykład ściana to nie jest światło. Chociaż światło się na niej pojawia i wtedy mój nos robi bardzo dziwną rzecz.
Ale to na górze - chyba nazywa się lampa - już jest.
I za oknem jest.
I są takie kolorowe małe niedaleko mojej kołyski. Na takim jakby kwiatku. On się chyba nazywa choinka i ciągle coś jest na rzeczy z podlewaniem. Dlatego myślę, że to kwiatek. I kwitnie na świecąco.
I jest jeszcze światło Joasi i światło Witulka. Joasia ma czerwone, a Witulek - żółte. Tak przynajmniej mówi mama.
A ostatnio dużo świateł było za oknem. Mama chciała mi pokazać, ale te światła nie dość, że świeciły krótko i nie mogłem się im dobrze przyjrzeć, to jeszcze robiły hałas. Huk i szum, i świst, i pstrykanie. Niezbyt miłe. I to w porze spania! Powiedziałem mamie, że wolę oglądać naszą lampę. Ona się zachowuje przyzwoicie i tak nie hałasuje. Nie to, co te fawe... fare... fajerki. Czy jakoś tam.
Tata powiedział, że jak będę większy, to będę takie puszczał. Z nim. No nie wiem. Jakoś nie jestem przekonany. Ale nie mówiłem tacie, żeby mu nie było przykro. Tak fajnie się uśmiechał, kiedy mi o tym opowiadał.

O, właśnie. Odkryłem wreszcie, o co chodzi z tym uśmiechaniem!
Jak zrobię z buzią taką śmieszną rzecz, żeby się zrobiła szersza na boki, to mama pokazuje mi dużo zębów. Bo ona ma zęby. Ja nie mam. I Joasia też ma zęby. I Witek ma. I tata. I babcia. Sprawdzałem u wszystkich. Do tego właśnie służy uśmiechanie. Niezbyt praktyczne, ale przynajmniej można się czegoś dowiedzieć.
No i mama lubi, jak się uśmiecham.
A ja lubię ją, więc mogę jej czasem zrobić przyjemność. Nie za często, żeby się nie przyzwyczaiła. Bo jak się przyzwyczai, to się nie będzie tak cieszyć - a jak mama się cieszy, to wygląda bardzo miło. I nawet mleko lepiej smakuje.

A właśnie, mleko.
Ale o mleku opowiem następnym razem.
Zieeeew.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...