środa, 4 stycznia 2017

Mój ambitny plan na nowy rok

Jest druga w nocy. Cisza. Wszyscy śpią, a przynajmniej nie dają znać, że wstali. Nikt do mnie nie mówi, nikt niczego nie chce, zwłaszcza cycusia albo na rączki. Zaparzyłam sobie herbatę i wypiję ją ciepłą! Tak. I zjem serek waniliowy, psując koncepcję i zostawiając w lodówce ilość nieparzystą. I napiszę wreszcie ten noworoczny wpis.

Tak, tak, to wciąż wpis noworoczny, co z tego, że jest czwarty stycznia, rok się jeszcze nie zestarzał przez te kilka dób. A ja zrobiłam się jakby nawet młodsza.
Magia drugiej w nocy.

Przyznam się Wam zresztą, że gdy za dziesięć druga weszłam do kuchni, spojrzałam na zegar i pomyślałam sobie: o cholera, druga, a ja nie mam zrobionego obiadu! I to nie jest żart, naprawdę, chociaż bardzo chciałabym, żeby był.

No dobra, ale miało być o ambitnym planie.
Bo na ten rok znowu mam plan.Tylko - tym razem - zupełnie inny niż zwykle.

Bo zwykle mam plany zawodowe. Jakieś teksty, książki, bloga, kursy, redakcje, zajęcia, studentów.
W tym roku nie zamierzam mieć nic.
Uwaga, powtórzę: nic.
I nie, to nie znaczy, że to jest ostatni wpis na blogu, że przez rok nie tknę klawiatury, że nie zrobię żadnego projektu. Może zrobię. Jeśli starczy czasu. No i mam jeszcze kilka zeszłorocznych rzeczy do skończenia, a jedną nawet - do zaczęcia.

A na co w takim razie przeznaczę czas?

Na coś, co jest ogólnie źle widziane. Na coś, co zwłaszcza mężczyźni, zwłaszcza z branży, na ogół bezdzietni patrzą z szeroko otwartymi oczami i nie mogą uwierzyć. Że ja, taka utalentowana, tak się będę marnować.

Wiecie już, moi drodzy, prawda?
Tak. Macie rację.
Będę siedzieć z dziećmi w domu.

Będę czytać książeczki, a czasami nawet książki. Będę przytulać. Słuchać. Rozmawiać. Chodzić na długie spacery i wracać z nich wtedy, kiedy będziemy mieć ochotę, a nie kiedy dedlajn nas zmusi. Będę też sprzątać, wieszać pranie i zmywać - jak zawsze.
Będę. Uważna i obecna.

I to jest, wbrew pozorom, cholernie trudny i ambitny plan.

Bo tak łatwo jest przed rzeczywistością domu i rodziny uciec do pracy.
Tak łatwo w niej zostać i mentalnie z niej nie wracać.
Świeżo miniony rok przyniósł mi właśnie takie doświadczenie.

Jak wiecie lub nie - "robiłam" ŚDM. Miało być tak zwyczajnie - redakcja, teksty do napisania, czasem do zredagowania, zwykła, prosta robota. Kilka godzin dziennie, kiedy dzieci będą w przedszkolu. Miało być prosto - ale nie było. Praca się nagle rozmnożyła do dziesięciu - dwunastu godzin dziennie. I nocnie. Robota ze zwykłej reporterki zamieniła mi się nagle w zbieranie zespołu, który będzie w stanie dziennikarsko ogarnąć lipcowe wydarzenia potężnego rozmiaru. W ogarnianie informacji i wydarzeń z czterdziestu jeden diecezji, w odpowiadanie na pilne maile od przynajmniej dwustu osób tygodniowo, w bardzo intensywne szkolenia przez internet i w realu - na drugich końcach Polski. Żeby było zabawniej, dzieci od stycznia nie chodziły do przedszkola, a ja od lutego byłam w ciąży. Wiadomo, poprzeczka musi być wysoko.

Co lepsze, poza tymi zadaniami w moim kalendarzu pojawili się ludzie. Dużo ludzi. Bardzo potrzebujących jednej prostej rzeczy - bycia wysłuchanym. A tak się składa, że umiem słuchać. I wiem, kiedy człowiek po drugiej stronie przestaje być dziennikarskim źródłem informacji, a zaczyna być po prostu drugim człowiekiem. Który kiedyś i komuś musi się wreszcie wygadać, bo inaczej pęknie albo trafi go szlag. I jeśli mniej więcej raz na dwa tygodnie obdzwania się czterdzieści jeden diecezji, a w przynajmniej połowie z nich jest ktoś, kto chce w zaufaniu pogadać... No cóż: gdybym od stycznia po każdej czterdziestominutowej rozmowie robiła kreskę na ścianie, do lipca brakłoby mi ściany.

Informacje. Teksty. Zadania. Ludzie. Załatwianie rzeczy niemożliwych - i to na wczoraj.

I to było dobre, piękne, czasem przerażające, a przede wszystkim totalnie wyczerpujące doświadczenie. Dochodziłam do siebie przez cały sierpień, czując się jak po bitwie, lecząc rany i patrząc, jak bardzo się w tym czasie zmieniły moje dzieci.
Jak urosły.
Jak samodzielne się zrobiły.
A przede wszystkim widząc, jak wiele rzeczy mi umknęło.
Jak bardzo im mnie brakowało. Takich zwykłych rzeczy: bitwy na poduszki, tygrysich zapasów, długich rozmów przy śniadaniu, budowania zamku z piasku, takiego wielkiego. Prostego, spokojnego bycia razem.

To nie znaczy, że nie było mnie wcale. Żelazna zasada - niedziela z rodziną - to ostatnia rzecz, z jakiej rezygnowałam, choćbym miała w tygodniu nie sypiać wcale. Ale ta niedziela to było za mało. O wiele za mało.

I właśnie dlatego taki mam plan na 2017 rok.
Być.
Nie spieszyć się.
Nie mieć żadnych ważnych telefonów do odebrania, kiedy Witulek opowiada mi o tym, jaki zbuduje czołg. Kiedy Joasia snuje historie o małych kotkach, pieskach i morzu. Kiedy chcemy z ojcem dzieciom spokojnie pogadać.
Nie mieć żadnych dedlajnów, może poza dedlajnem na cycusia, obiad i na powieszenie prania.

Kiedy Joasia miała cztery miesiące, wróciłam do pracy. Było jej, jak to w moim zawodzie, dużo. I nie do przewidzenia. I trochę mi umknęło z jej pierwszego roku. Z Witulkiem też tak było: dwójka maluszków, trochę chaos, ojciec dzieciom w nowej pracy, jakieś moje zlecenia - i ciągle pośpiech, ciągle mało czasu. Z Piotrusiem nie chcę tego powtarzać.
Chcę móc spokojnie popatrzeć, jak rośnie.
Nie chcę niczego przegapić.

Chcę, żeby moja rodzina w tym roku była dla mnie priorytetem.
Ludzie, nie zadania.
Chcę mieć w życiu jeden taki rok.
Właśnie ten.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...