sobota, 31 grudnia 2016

Nieco melancholijny wpis o tym, że wszystko się kończy i że to dobrze

Sylwester z niemowlakiem.

Dzieci starsze poszły z ojcem dzieciom na górkę puszczać sztuczne ognie. Dziecko najmłodsze śpi u mnie na klacie, gdyż nie ma to jak drzemka na mamie.
Sąsiedzi z góry, ani chybi studenci, zaczęli imprezę wczoraj, ale wczoraj muzyka nie była aż tak tragiczna, dziś słuchają czegoś między hip-hopem a disco polo, do którego teksty pisal człowiek z zespołem Touretta (na górze rurze, na dole gnuj, mam zespuł Tureta, d*pa, k*rwa, ch*j) i kilkoma innymi natręctwami z komplecie, z alkoholizmem i uzależnieniem od seksu przede wszystkim. Być może pomaga na kaca.

Ja kaca nie mam, bo skąd, za to przypominają mi się moje czasy studenckie i nasze domówki w tym mieszkaniu, w tym pierwsza, na którą sąsiadka zaprosiła nam policję, bo nie wiedzieliśmy jeszcze, jak bardzo akustyczne są mieszkania w tym bloku, a ona nie wiedziała, że nie jesteśmy poprzednimi lokatorami, z którymi miała już mocno na pieńku. Policja grzecznie zapytała, ile jest osób, na co równie grzecznie odpowiedziałam, że nie wiem, bo wchodzą i wychodzą (co poniekąd było prawdą, dopiero potem z ciekawości doliczyłam się ponad trzydziestu). Rozbawieni panowie policjanci dopytali jeszcze, kto tak imprezuje, zgodnie z prawdą odparłam, że teologia, co skonstatowali dowcipnie, że pewnie pijemy wino mszalne. Potem poprosili, żeby być ciszej, bo im się nie chce drugi raz przyjeżdżać. I poszli. Na tej samej domówce, która okazała się mocno zapoznawcza, zapukał sąsiad z mieszkania obok - miał już dość pieśni patriotycznych śpiewanych w kuchni zgodnym męskim chórem mocnych głosów.

A ci z góry nie śpiewają zgodnie, dzisiaj nie, wczoraj śpiewali weselną przyśpiewkę "A kto się w styczniu urodził", chórem mieszanym, niezgodnym i dość fałszywym. Przed jedenastą ucichli.
- Amatorzy - orzekł ojciec dzieciom.

Dla nas te czasy minęły, czasy beztroskich domówek, śpiewania przy gitarze, na której grał M., koncertujący teraz ze swoją ekipą po całej Polsce. Czasy picia wódki i filozoficznych dysput, które najlepsze są o czwartej rano, kiedy wódka akurat się kończy. Dzieci w domu, a my jesteśmy grzeczni, przynajmniej na ogół. I już nie dyskutujemy o filozofii, raczej o życiowej bieżączce, choć zawsze się wplączą w te nasze nieliczne dyskusje wątki metafizyczne, etymologiczne i logiczne. I nielogiczne też.

Kiedy się z nich wyplątujemy i zawijamy w kołderkę po przykryciu odkopanych dzieci, nakarmieniu tego najmniejszego, powieszeniu zaległego prania, które niespodziewanie okazuje się wciąż być w pralce, ekipa na górze budzi się do życia i zaczyna od nowa.
Rozważam, czy by nie iść i nie powiedzieć, żeby zaczęli puszczać lepszą muzykę.
- Mnie to właściwie nie przeszkadza - mówi ojciec dzieciom i zasypia niemal natychmiast.
A potem zasypiam ja - i, nie licząc tych trzech pobudek, już jest rano - i już jest ostatni dzień roku.

Ten, który każe myśleć o końcu.
O wszystkich końcach, które nastąpiły.
O tych domówkach, które już nie wrócą. O życiu studenckim, które już za nami. O tym, że to były te łatwe końce, które same przychodzą i się dzieją. I że o wiele trudniejsze są końce bardziej wymagające, w które trzeba włożyć trochę wysiłku. Które nie zaistnieją bez upicia się, wypłakania i śpiewania o północy nieśmiertelnych hitów z czasów podstawówki. Gdy emocje już opadną. Emigrowałem. Pamiętam dobrze. Z tobą odeszły anioły. Nie ma naaaaaas.
Tylko nie mówcie dzieciom.

Koniec roku to jeden z tych końców, który jest łatwy i dzieje się sam. I można go wykorzystać, żeby zakończyć różne sprawy, ktore same zakończyć się jakoś nie chcą. Zostawić rzeczy, które zostawić należy, bo tak nakazuje rozsądek i doświadczenie, a serce wcale nie chce. Zamknąć, zrezygnować, porzucić, odejść.

Łatwy koniec roku zmusza do trudnych podsumowań. Do myślenia o ludziach, którzy odeszli. Przede wszystkim tych, którzy odeszli po cichu, do ktorych nie zdążyliśmy zadzwonić i którzy już nie odbiorą, bo tam się ze sobą telefonu nie zabiera. I o tych, którzy odeszli, ale nie ze swojego życia, tylko z mojego, i też nie odbierają telefonu. Choć mogliby. Do myślenia o ludziach, od których trzeba odejść. Po angielsku - albo z hukiem. Koniecznie i nieodwołalnie - albo po prostu na większy dystans.

Ten ostatni dzień daje szansę, by przyjrzeć się rzeczom, projektom, relacjom i zwyczajnie je ocenić. Na chłodno. Czy coś dają? Czy pomagają, czy przeszkadzają dotrzeć do celu? A może były bardzo ważne, ale ich rola się zakończyła? Albo wręcz przeciwnie - trzeba zostawić wszystko i poświęcić energię na ten jeden projekt, który jest kluczowy, ale zabrakło na niego czasu, bo inne projektu wepchały się w kolejkę?

A potem można te wszystkie rzeczy, z których trzeba zrezygnować, spisać na kartce, opłakać i pochować. Obejrzeć fajerwerki. Złożyć o północy życzenia komuś, kogo kochamy. Napić się szampana lub innych płynów dozwolonych (Serio, nie pamiętam, kiedy ostatnio w Sylwestra piłam szampana). I poczekać na rano.


Bo rano będzie nowy dzień. I co ważniejsze - nowy rok. Stare sprawy będą zamknięte i zrobią przestrzeń na nowe. Zamiast melancholii będzie energia, zamiast smuteczków - dobre nastawienie, zamiast smętnego bluesa - radosne podśpiewywanie pod nosem.
Może być, że przy przewijaniu.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...