poniedziałek, 17 października 2016

Z porodem jest trochę jak z końcem świata


Z porodem jest trochę jak z końcem świata. Wiesz, że nastąpi, ale nie wiesz, kiedy. Wiesz, że potem wszystko będzie zupełnie inaczej - ale nie wiesz, jak.

Z porodem jest trochę jak ze śmiercią. Bo jest trochę jak śmierć. Radykalnie zamyka starą rzeczywistość i równie radykalnie otwiera nową. Bez żadnego stanu przejściowego, bez prób, przymiarek, ustaleń. A jeśli nawet są jakieś przymiarki czy ustalenia, wszystko może być zupełnie inaczej. A skoro może, to na pewno będzie.

I ten czas tuż przed terminem, kiedy wiadomo, że już nadchodzi, jest wyjątkowy. Nie, wcale nie jakiś super. Wręcz przeciwnie: na pytanie "jak się czujesz" odpowiada się "dobrze", bo tak naprawdę długo by mówić. I szkoda czasu i oddechu. Bo tym, co wiedzą, jak jest w dziewiątym miesiącu, dużo nie trzeba tłumaczyć, a tym, którzy nie wiedzą, i tak się wytłumaczyć nie da. Bo co powiedzieć? Że brak oddechu, że wszystko dwa razy wolniej, że kręgosłup? To najprościej. Najtrudniej wytłumaczyć to, co najważniejsze, niefizjologiczne, co się dzieje w głowie.

To poczucie, że coś się kończy. I już nigdy nie będzie tak samo.
To pragnienie, żeby ostatnie chwile przed jeszcze spokojnie wykorzystać. Iść na spacer. Na kawę. Zadzwonić do tych, co daleko. Pobyć, porozmawiać, posłuchać, pomilczeć.
Ten żal, że się ze wszystkimi nie da. Że świat się nie chce dopasować do tempa ciężarnej, do porodowego kalendarza. Że każdy ma swój własny mały koniec świata, swoje sprawy, swój pośpiech i bieżączkę. Że nikt nie rzuci wszystkiego, żeby teraz, przez chwilę jeszcze, być. Zanim nowy obywatel świata zabierze czas, sen, siłę i ochotę, żeby w ogóle z kimś jeszcze się spotykać i rozmawiać.
Ta radość, że jednak czasem się uda. I wdzięczność za małe, drobne rzeczy, za to, że ktoś dzwoni tylko po to, żeby jeszcze zdążyć z tobą spokojnie porozmawiać, za wsparcie, za ludzi, którzy są na wyciągnięcie ręki i ostatnie nieznośne chwile potrafią zamienić w coś o wiele lepszego.
Te myśli, które krążą w głowie jak pawie oczka nad kępą fioletowych michałków: jak będzie? co będzie? Zwykły lęk, bo znowu trzeba stanąć oko w oko z nieprzewidywalnym, na które nie ma się wpływu, chociaż wydaje się, że jednak można go mieć.
I ten spokój, który się bierze nie wiadomo skąd i daje pewność, że wszystko będzie dobrze.

Wszystkie te uczucia nie ustawiają się grzecznie w kolejce, o nie. Nie da się ich wpisać do planu dnia: od dziewiątej do dziewiątej trzydzieści będę się bała porodu, potem zrobię pięć minut przerwy i zacznę się cieszyć z tego, że to już niedługo, a po kwadransie przejdę do analizowania listy obaw, żeby zakończyć ją wykonaniem trzech telefonów do ludzi, z którymi tymi obawami można się podzielić. I fajrant. Nie, wcale nie. Bo to ciąża, wiecie, ten okres, kiedy hormony dają w tyłek, a jeszcze bardziej w głowę i wszystko dzieje się niemal na raz, jak na huśtawce, najpierw góra, dół, znowu góra, radość z latania i poczucie, że zaraz będę rzygać.

Kropką nad i w dziewiątym miesiącu jest niezdecydowanie. Nie że tam jakieś takie ogólne, tylko bardzo konkretne: trudno się zdecydować, czy lepiej byłoby urodzić już, teraz, od razu, kiedy tylko stuknie trzydziesty ósmy tydzień, czy wręcz przeciwnie, brać przykład ze słoni i poczekać sobie na dogodny moment choćby i kolejne dwa miesiące. Najzabawniejsze w tym niezdecydowaniu jest to, że decyzja i tak nie ma żadnego znaczenia. Najmniejszego. Bo jeśli wszystko przebiega, jak należy, o terminie porodu decyduje dziecko.

I to wcale nie jest ładna metafora. Dziecko decyduje i już. Jego organizm wysyła sygnał do organizmu matki, że to teraz. A zadaniem matki jest cierpliwie na ten sygnał czekać.
Jak na koniec świata.


[Focił ojciec dzieciom, któż by inny]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...