sobota, 8 października 2016

Piętnaście kadrów z lata i jesieni

Lato minęło, zaczęła się jesień. Liście zrudziały i ja też, i wreszcie znalazł się czas na to, żeby zerknąć w zdjęcia. Ostatnie osiem miesięcy aparat leżał niemal odłogiem i dopiero w sierpniu zatęskniłam i zaczęłam zabierać go na spacer.

A jest co fotografować.

Joaśka przestała być dzieciakiem, a zaczęła być małą dziewczynką. I jest po prostu śliczna. Mówię to z dumą. Z drugiej strony widzę, że ma trochę tak, jak ja: kiedy chce błyszczeć, trudno nie zatrzymać na niej wzroku, kiedy jej nie zależy, wygląda jak rozczochrane dziecko lasu. Różnica jest taka, że ja, z racji wieku i doświadczenia, jestem skromniejsza.





Ostatnią miłością Joasi, poza klejnotami, cekinami i brokatem, są piórka. Zbiera je wszędzie, zachwyca się i przekazuje mi do schowania. Więc chowam. Potem w torbie mam tyle piórek, że śmiało można by powiedzieć, że oskubałam gołębia. Ale spokojnie, mieszkam w Krakowie. Tu nikt z własnej woli nie oskubie gołębia, choćby umierał z głodu.
Wracając do dzieci: tacy duzi już są. Samodzielni. Potrafią tyle nowych rzeczy. Robią sobie sok i kanapki - czasami nawet mnie przy okazji. Kiedy chcą się bawić w spokoju w nowo wymyśloną fabułę, zamykają sobie drzwi do pokoju albo łazienki. Pewnego upalnego sierpniowego dnia urządzili sobie na stole studio tatuażu. Wyszabrowali cichcem moje dobrze schowane mazaki (od Szweda, nietoksyczne i łatwo zmywalne ze wszystkiego) i Joasia na zamówienie rysowała Witulowi koty, wiewiórki, smoki, Witki i Joasię tu i tam. Na szczęście jednak głównie tu.















A potem zrobił się wrzesień. Dojrzały kasztany. W niedzielę przed południem nikomu się ich nie chciało zbierać - poza nami, oczywiście.




















Później słońce wyjechało gdzieś w interesach, a wrzesień zamienił się w deszczową i zimną zapowiedź listopada. Ale na koniec zrobiło mu się żal i zafundował nam weekend pożegnania z latem. Rano R. sprzedał mi meteo-niusa o tym, że weekend ma być piękny i ciepły. O dwunastej stwierdziliśmy, że jest naprawdę pięknie i chyba tak zostanie. O pierwszej odebraliśmy dzieciaki w przedszkola i lepsze dwie godziny później staliśmy już w korku na działkę, zostawiając za sobą nieumyte gary, niesprzątnięte zabawki i - dla odmiany - powieszone pranie.
Było pięknie.
W michałkach, które zaczęłam nagle lubić, kiedy umarł dziadek M., grasowały pszczoły i motyle, leniwie bzycząc na słoneczku (te pierwsze) i od niechcenia pozując do zdjęć ( te drugie).






Słońce, przejęte wczesną jesienią, złociło się i pomarańczowiło, nad jeziorem zawisła złocista mgiełka, góry otuliły się jesienną poświatą.A ja biegałam z ganku na balkon, udając, że schody nie robią na mnie żadnego wrażenia i obiecując sobie pod nosem, że kiedyś poucinam te druty i prądu nie będzie, za to będzie wreszcie nieskalany niczym widok. Jak za każdym razem, kiedy robię zdjęcia na naszym szczycie góry. I za każdym razem widok, nawet z drutami, zapiera mi dech w piersiach i w tym samym momencie czuję, że nagle mogę oddychać. Stoję, patrzę, pstrykam i wiem. Wiem, że piękno po to właśnie jest: żeby można było odzyskać spokój.







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...