piątek, 28 października 2016

Nieustanna potrzeba kontaktu


Kilka dni temu, obijając się na fejsie, trafiłam na wpis K. - taki zwykły, że telefon mu nie działa i kontakt przez FB właśnie. Na komentarz pod wpisem K. odpowiedział komuś: "z tobą mam nieustanną potrzebę kontaktu".  Niby nic, ale doznałam olśnienia - że sobie tak literacko pozwolę.

To jest właśnie to, w co grają moje dzieci. W co ja gram. W co wszyscy gramy, tylko najczęściej boimy się przyznać. 


Bo nie wypada, bo dorośli nie powinni, bo takie to nieogarnięte. Dzieci  radzą sobie o wiele lepiej niż dorośli, bo ich serca wciąż jeszcze są szczere. I nie boją się mówić, czego pragną.W każdy możliwy sposób.

Emocjonalnie będzie i z grubej rury, ale wiem, że mi wybaczycie - bo czego się nie wybacza kobiecie tuż przed porodem, prawda?

A więc: nieustanna potrzeba kontaktu.
To nieznośne dziecięce zwracanie na siebie uwagi - mówieniem wierszyka albo ciągnięciem kota za ogon, wszystko jedno. Dokuczaniem sobie nawzajem. Pluciem, ciągnięciem matki za spodnie (jeśli są na gumce, to po prostu tego nie cierpię), jedzeniem rzeczy niejadalnych, niejedzeniem rzeczy jak najbardziej jadalnych, marudzeniem, pytaniami, prośbami o wszystko, zmienianiem zdania dwadzieścia razy w ciągu pięciu minut (Chcę kawki. Nie, heubatki. Nie, jednak kawki. Ty mi wsyp. Nie, ja sam wsypię. Nie, ty wsyp. Ja wleję mleko. Ciepłe mleko. Nie, zimne mleko. Nie, jednak ciepłe. Nie, ty wlej. Nie, jednak ja sam wleję. I daj mi miodu. Nie, sam wezmę. Nie, jednak ty mi daj. Nie, chciałem sam! Chcę sam miesać! Ty mi pomiesaj, bo jednak nie umiem, wies? - i to jest autentyk, żebyście nie myśleli).

Wniosek, jaki wyciąga z tego otoczenie: do dzieci trzeba mieć świętą cierpliwość, są rozpieszczone, nie dają spokoju, w dokuczliwy sposób zabierają czas. Ale cóż zrobić, otoczenie nie ma naszych dzieci na co dzień i łatwo mu się pomylić.

Gorzej, jeśli takie same wnioski wyciągamy my, rodzice. Kiedy się dystansujemy, oddalamy, chcemy odpocząć, oddać dzieci do całodobowego przedszkola albo po prostu zamknąć się za drzwiami łazienki i nie wychodzić przez cały dzień.
Wiecie, ja też tak czasem chcę.

Ale kiedy przyjrzę się tym wszystkim sytuacjom uważnie i z miłością, widzę w nich tylko jedno pytanie, jedno jedyne, najważniejsze: czy mnie kochasz? 


I za minutę też będziesz mnie kochać? Za godzinę? Jutro? Czy nigdy nie przestaniesz? Czy zawsze będę dla ciebie najważniejszy? Czy zawsze będę dla ciebie jedyna? Czy jestem ważniejszy od wszystkich twoich pilnych spraw, od telefonu, od komputera, czy jestem ważniejsza od mojego złego humoru, od smutków, od złości, która cię do mnie zniechęca?

I po to właśnie ta nieustanna potrzeba kontaktu. Wzrokowego. Fizycznego. Bycia blisko, rozmów o niczym ciągnących się w nieskończoność.

To witulkowe przeciąganie wspólnego czasu przy posiłku, którego wcale nie je, to pojawianie się w moim łóżku o czwartej rano z zimnymi stópkami i nieodłącznym "Wies, baodzo zmazlem, mamusiu, i psysedłem się ugzać", to zmienianie butów przez dziesięć minut, choć potrafi w minutę. To pytające "wies?", które nie kończy się żadną historią, tylko ma mnie skłonić do zwrócenia uwagi.

To joasiowe "chcę się przytulać" w każdym najmniej odpowiednim  momencie, to jej "Mamusiu?", po którym mówię "Słucham" i słucham naprawdę, chociaż ona wtedy zupełnie nic nie mówi, nic nawet nie chce mówić, chce tylko mieć poczucie, że dla niej jestem, że jest słuchana, że jest ważna. To jej wciąganie mnie w swoje sprawy, w wybieranie ubranek, w plany na zimę i lato, na urodziny i święta, na jutro i na za chwilę.

To proszenie o rzeczy, które sami doskonale potrafią: pokrój mi kotlecika, pomoz mi zalozyc buty - tylko po to, żebym była. Dla nich. Przez chwilę i wyłącznie.


Kiedy się nad tym nie zastanawiam, po prostu tego wszystkiego nie znoszę. Bo dlaczego nie mogą sami, skoro są duzi? Czemu ja nie mogę spokojnie zrobić tego i tamtego? Kiedy wreszcie będę mieć chwilę spokoju, ciszy, samotności, odpoczynku?

A potem w nagłym przebłysku widzę wszystko tak, jak jest. I wiem, że czują właśnie to: że są duzi. Coraz więksi. Że są dobrymi obserwatorami i widzą, że dorośli już tak nie potrafią, że ich nieustanna potrzeba kontaktu jest głęboko schowana. Ukryta. Zapomniana. Że potrzeba bliskości jest przywalona stertą różnych ważnych i pilnych rzeczy, żeby przypadkiem nie wystawiła łba, nie wyła i nie zwracała na siebie uwagi - bo przecież nie wypada. Nie wypada bardzo tęsknić. Nie wypada zajmować komuś dużo czasu. Nie wypada się przyznawać do tego, że tak się właśnie czuje.


Dorosłym nie wypada manifestować tej potrzeby nieustannego kontaktu z ludźmi, których się kocha, których chce się mieć blisko, choćby przez chwilę, choćby przez telefon odebrany w pracy między jednym zadaniem a drugim, szeptem, pod biurkiem albo w biegu.


Nie wypada pisać smsów przez cały dzień, nie wypada dzwonić w środku nocy, nie można się spodziewać, że się będzie ważniejszym od pracy, od snu, od wszystkiego. Nie można wymagać, żeby w środku ważnego zadania robić przerwę na kawę tylko po to, żeby przez chwilę ze sobą pobyć. Choć bardzo by się chciało.

Mam tak.
Ty też tak masz.
Ale tylko dzieci się jeszcze tego nie wstydzą.
Domagają się nas, dorosłych, naszej uwagi, bliskości, zainteresowania, miłości - każdym sposobem, który zadziała. Rozczulają tym - i wkurzają naraz. I przypominają, że tak można. Nawet jeśli nie wypada.

I to, właśnie to, jest w nich piękne.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...