poniedziałek, 3 października 2016

#jakiprotest


Biały czy czarny? A może wcale? Czy jeśli teraz powiem, że popieram czarny protest, stanie się coś dobrego i nowego? Czy jeśli teraz powiem, że popieram biały protest, zostanę zakwalifikowana jako szalona prolajferka?


Mnie też, tak jak pewnie Wam, od prawie dwóch tygodni jadą przez fejsbukową tablicę na przemian czarne i białe protesty, wolne macice, dzieci we krwi i cała reszta tego zamieszania. Chociaż nie wiem, czy zamieszanie to jest dobre słowo.

Jestem zmęczona, naprawdę zmęczona medialnym wałkowaniem tematu, takim bez polotu i z poteżnym ładunkiem dezinformacji. Młody kopie mnie w żebra, a ja patrzę na dzieci mniejsze od niego, z urwanymi rączkami i na Polskę Walczącą zamienioną na macicę i myślę sobie, że nie o to w tym wszystkim chodzi.

Nie o to chodzi, do jasnej cholery!

Wybór. Kobieta ma mieć wybór. Albo ma go nie mieć, bo prawo za nią wybierze - a przynajmniej takie plotki krążą. Więc protestujmy. Ma być wybór!

Ten wybór determinuje wszystko, słowo - klucz, słowo - wytrych, wybór, wybór, wybór!
Musisz mieć wybór!


No dobra, Młoda Matko. O co ci właściwie chodzi?

Otóż, moi drodzy, chodzi mi o to, że umyka nam tu jedna kluczowa rzecz.
Wyboru dokonuje się na podstawie danych. Nie da się dobrze zdecydować, jeśli się ich nie ma. Albo ma - zafałszowane.

Nie da się dobrze decydować, jeśli się nie decyduje w wolności. W dodatku - w wolności sumienia.

Sumienie, osąd, rozum, zwijcie jak chcecie. Chodzi mi o decydowanie bez nacisków, w pełnej świadomości i wolności, z dostępem do kompletu prawdziwych danych.


Kobieta ma decydować. Tylko, że kobieta nie jest wyizolowana ze swojego środowiska. Ma swoją rodzinę, ma koleżanki, ma lekarzy, na których trafi. I to wszystko składa się na ten nieszczęsny wybór. Bo rodzina doradza. Lekarz doradza. Koleżanki doradzają. A, i jeszcze fora internetowe. I telewizja. I fejsbuk! I własne emocje. Zazwyczaj te trudne. A najbardziej - strach.

Znalazłam takie badania z Minneapolis. Przez dziesięć lat badano tam kobiety po gwałcie. Niewielki odsetek z tych kobiet to te, które po gwałcie były w ciąży. Amerykanie szacują, że to mniej więcej jedna kobieta na tysiąc. Ale badania nie zakończyły się na sprawdzaniu, która po gwałcie jest w ciąży, a która nie. Zbadano genetycznie wszystkie dzieci po tych gwałtach: abortowane i urodzone. Okazało się, że żadne, żadne z nich nie było gwałciciela. A wszystkie - partnerów tych kobiet.

Powtórzę to, żeby nam nie umknęło.
Żadne dziecko nie było dzieckiem gwałciciela! Wszystkie z tych kobiet były w ciąży, zanim zostały zgwałcone. Ze swoimi mężczyznami.


To trochę zmienia postać rzeczy, prawda? Świadomość, że to dziecko wcale nie jest gwałciciela, tylko twojego faceta. Kogoś, kogo kochasz. I twoje.


Kiedy byłam w ciąży z Joaśką, podczas tzw. USG genetycznego wyszedł nam zespół Downa. Pani doktor zawołała pana doktora na konsultacje, poszeptali, po czym oświadczyli, że sytuacja jest taka, że markery są trochę za wysokie, i gdybym chciała, to mogę... Zero konkretów. Zero nazywania rzeczy po imieniu. Dziki stres.
Dlaczego tak wyszło? Bo nikt nie zwrócił uwagi na to, że mamy na liczniku 14 tygodni i dwa dni. Czyli o trzy dni za dużo.
Za to ja zwróciłam uwagę na to, że pomiarów dokonuje się ręcznie za pomocą komputerowej myszki na obrazie z aparatu USG, a znaczenie ma tu dziesiąta część milimetra. Bo 2,5 mm to jeszcze ok, a 3 mm to już trzy razy większa szansa na obciążenie trisomią.
Co odpowiedziałam pani doktor, możecie się domyślać. Ale przesłanka medyczna - była. Gdybym tylko chciała.

Potem rozmawiałam o tym z moim ginekologiem. Mówił mi o właśnie opatentowanych przez Chińczyków metodzie wykrywania zespołu Downa z krwi - pobrana krew leciała na lodzie samolotem do Chin. Wrócił niedawno z jakiejś konferencji i właśnie o tej metodzie obszernie tam opowiadali. Wykrywalność - podobno 99%.
A jeszcze później okazało się, że Chińczycy, żeby zdystansować konkurencję, trochę sobie zawyżyli tę wykrywalność. O ile pamiętam, o kilkanaście procent... 
Kilkanaście procent.


Jak można decydować w kwestii czyjegoś życia, nie mając pewności co do tego, czy informacje, które posłużą do podjęcia wyboru, są prawdziwe?


A przecież kobieta ma decydować. Świadomie.

Pamiętacie te historie z amerykańskich klinik aborcyjnych, w których personel miał  zakaz pokazywania płodu na USG, bo mogło się przypadkiem okazać, że wygląda jak... dziecko? I że na pytanie, jak teraz wygląda ów płód, ciężarne kobiety dowiadywały się, że jak skrzep, a mowa była o dwunastotygodniowym dziecku, które na USG to już może mamie pomachać rączką?

Czy na pytanie, jak wygląda aborcja, nie odpowiada się, że to prosty zabieg? I nic się nie mówi o tym, że, na przykład, jeśli abortowany płód nie umrze podczas zabiegu, będzie umierał na szpitalnej sali. Cierpiąc. Doprowadzając do małego obłędu personel. Nikt nie mówi kobietom, które decydują się na ten prosty zabieg, jak się po nim czują i co myślą niektóre ich poprzedniczki. Żeby się przypadkiem, przypadkiem nie rozmyśliły. Co z tego, że inne badania, też amerykańskie, pokazały, że 88 procent kobiet, które dokonały aborcji, nigdy by żadnej kobiecie nie poleciło takiego rozwiązania. Co z tego. Ma być prawo wyboru.

A wsadźcie sobie głęboko takie prawo wyboru.

I wiecie co?
Zrozumiałabym, gdyby panie na czarnym proteście walczyły o prawo do pełnej i dokładnej informacji medycznej. Do kompetentnego wyjaśniania zawiłości procentowych wyników różnych testów. Gdyby walczyły o darmowe badania genetyczne dla matek dzieci teoretycznie poczętych z gwałtu. O porządne wsparcie dla kobiet, niezależnie od tego, co wybiorą. Gdyby domagały się prawdy, bo tylko na podstawie prawdy można podejmować tak poważne decyzje - a nie na podstawie domysłów, emocji, cudzych przekonań, nie do końca wiarygodnych badań.
Ale o tym jakoś zupełnie nic nie słychać.



P.S. Świadomie pominęłam tu kwestię wyboru między życiem matki i dziecka, a także udział ojców w decydowaniu o ich dzieciach, mimo, że ojcowie nie mają macicy.  Oraz inne aspekty sprawy. Podniosę sobie nimi ciśnienie kiedy indziej.








Brak komentarzy:

Prześlij komentarz





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...