czwartek, 6 października 2016

Co słychać w przedszkolu

W tym roku, dla odmiany, moje dzieci chodzą do przedszkola. Dlaczego? Bo są gotowe. Piszę ten tekst z myślą o wszystkich matkach (oraz ojcach), których dzieci gotowe nie są. I którzy muszą się mierzyć ze społeczną presją z przedszkolem związaną. A nie jest to fajne, o, nie.


Zeszły rok przedszkolny skończył się dla nas w grudniu. Jakoś w połowie. Witek dostał zapalenia płuc, potem w Boże Narodzenie Joaśce wyskoczyły kropki i do świątecznych gości dołączyła ospa wietrzna. Dwa tygodnie później kropki wyskoczyły Witkowi. Pani doktor powiedziała, że jeśli tylko mogę, powinnam zostawić dzieciaki na miesiąc - półtora w domu, bo po tej ospie złapią dokładnie wszystkie wirusy, z którymi zetkną się w przedszkolu.
Więc zostali.
Później okazało się, że mogę pracować (dużo), a dzieci potrafią bawić się same. I do przedszkola nie wróciły.

Nie, żebyśmy nie próbowali. Ale czterdzieści minut spędzone na przedszkolnym korytarzu z Joaśką, która histerycznie płakała, za nic nie mogąc się zdecydować, czy wejść do sali, czy wrócić ze mną do domu, ostatecznie mnie wykończyło. Popłakałam się i ja, nadeszła na to pani dyrektor, poszła po chusteczki, przytuliła mnie i powiedziała, że my, kobiety, czasem musimy sobie popłakać. A potem dodała, że niektóre dzieci nie są gotowe na przedszkole i już. Trzeba poczekać.

Dobrze było to usłyszeć, bo dokładnie to mi mówiła moja matczyna intuicja.
Że zostawianie wrzeszczącej i kopiącej Joasi w objęciach pani, która trzymała ją, żebym mogła wyjść z sali, to nie jest najlepsza metoda. Ale na oswajanie jej z zostawaniem nikt już nie miał czasu - przecież w grupie jest dwudziestka piątka małych stworzonek.
Że jeśli Witek budzi się w nocy z płaczem i mówi, że nie pójdzie do przedszkola, bo tam będzie ktoś niemiły, nie ma sensu go tam wysyłać, skoro w dzień wciąż jest przerażony tą perspektywą. Która, uwaga, nie wzięła się znikąd. Po prostu w przedszkolu był teatrzyk. Na który Witek nie chciał iść. Ale został zabrany, bo może mu się spodoba, bo pani też chce zobaczyć. Skończyło się na tym, że musiała z nim wyjść, tak rozpłakanym, że kiedy zjawiłam się w przedszkolu dużo później, wciąż jeszcze pociągał nosem. I więcej iść już nie chciał.

Do tego moja własna psychika mówiła mi jasno i wyraźnie, że jeszcze jeden taki poranek - i sama oszaleję. Poranek, trwający półtorej godziny, polegający na tym, żeby ubrać dwa bardzo niechętne stworzonka, robiące wszystko, żeby nie wyjść z domu (a wiecie, jak bardzo dzieci potrafią opóźniać niechciane wyjście) - podczas gdy normalnie ubrać się można w osiem minut, a do przedszkola dojść w drugie osiem. Poranek, przepłakany histerycznie przez Asię, która zaczynała płakać, gdy tylko się budziła i docierało do niej, że idzie do przedszkola, i płakała dalej półtorej godziny później, kiedy na życzenie pań wpychałam ją do sali, czując w sobie sprzeciw wielkości słonia.

Więc któregoś pięknego dnia powiedziałam: dość. Bo trzy godziny, które teoretycznie miałam na pracę, kończyły się niczym: moja praca bowiem wymaga uwagi i skupienia i pierwsze dwie godziny dnia na hardkorze naprawdę w tym nie pomagają, wręcz przeciwnie. Więc ani dzieci nie korzystały z przedszkola, ani ja - z ich nieobecności w domu.

Powiedziałam: dość. A potem musiałam się zmierzyć z tysiącem uwag na temat mnie i moich własnych dzieci.
Że muszą się przyzwyczaić.
Że wszystkie dzieci płaczą w przedszkolu.
Że jak nie będą chodzić do przedszkola, będą dzikie i nie będą potrafiły się odnaleźć w społeczeństwie.
Że to im dobrze zrobi.
Że powinnam się mniej przejmować.
Że jak to! Przecież dzieci powinny chodzić do przedszkola, bo tak i już.
Że jak dziecko jest niezdecydowane, to trzeba mu pomóc i wepchnąć je do tej sali, przecież panie mu tam krzywdy nie zrobią.
Że w domu niczego się nie nauczą (sic!).
Że dla mnie jest lepiej, jak chodzą do przedszkola, bo sobie odpoczywam (taaaak).


Dawno tak bardzo nie musiałam bronić własnego zdania, na którego poparcie miałam jeden argument: intuicja mi mówi, że nie są gotowi.
Przecież żadne dzieci nie są gotowe, co to za bzdury!
Przecież wszystkie inne dzieci są gotowe, czemu twoje nie są? Coś tu nie gra! Jesteś nadopiekuńcza! Nie można tak kurczowo trzymać dzieci przy sobie, bo to niezdrowe!
No, można by tak długo.

Sensownie za to do problemu podeszła pani dyrektor, która - mając doświadczenie z różnymi dziećmi oraz wgląd w to, co się działo w ich grupie - po prostu przyznała mi rację. Opowiadając na pocieszenie kilka historii innych dzieci, które w pierwszym roku nie chciały kroku zrobić bez mamy i zostawienie ich na sekundę w przedszkolu było niemożliwe, a w kolejnym roku biegły radośnie do sali, machając tylko na pożegnanie - i już. Podchodziłam do tych historii nieco sceptycznie. Umowę na następny rok podpisałam (bo robi się to na wiosnę), przy okazji umawiając się, że jak we wrześniu nie ogarną, po prostu ich wypiszę i ktoś inny będzie miał miejsce.

A potem czas przyspieszył, nagle zrobiła się połowa sierpnia i trzeba było znowu zacząć myśleć o przedszkolu.
Brrr.
Na samą myśl o porankach miałam dreszcze i niemal ból głowy.
Oświadczyłam ojcu dzieciom, że proszę bardzo, mogę dzieci odbierać, ale odprowadzać nie będę. Za nic. Ani razu. Nie i już. Więc, biedny, musiał ten obowiązek przejąć. I przejął. Bez marudzenia.

I okazało się, że dzieciaki dorosły.

Że Joasia przez pierwsze parę dni zostawała z oporem i płaczem, po czym oznajmiła, że z przedszkolem jest tak, że przez pierwsze dwa dni dzieci się trochę boją, a potem już nie, i że ona tak właśnie ma. Ciocia I., jedna z pań opiekujących się jej grupą, mówiła mi właśnie, że Joasia jest cały czas uśmiechnięta i w porównaniu do zeszłego roku to zupełnie inne dziecko.

Że Witulek protestujący rano ("Nie chcę iść do psedskola! Nie chcę iść do psedskola!) oświadczył pewnego dnia w szatni, sam z siebie, że dzisiaj wejdzie do sali z uśmiechem.
I wszedł.

Nie znaczy to, że jest idealnie.
Joaśka odnajduje się o wiele lepiej niż Witek. W drugim dniu miała już koleżankę, jest zachwycona tym, co się w przedszkolu dzieje, uwielbia gimnastykę, lubi rytmikę, z dumą oświadcza, że nauczyła się nowych słów na angielskim. Bryluje. Serio. Potrafi się rozpłakać na wieść, że jutro sobota i nie idzie do przedszkola, a ona chciała iść i kiedy wreszcie będzie poniedziałek, mamusiu?

Witek ma się gorzej, ale nie na tyle, żeby się nie dało nad tym pracować. Odnajduje się wolniej i trochę inaczej. Ale - uwaga - w ogóle się odnajduje.

Po prostu był im potrzebny ten rok - czy raczej osiem miesięcy.
Wtedy nie byli gotowi, a teraz są. Teraz, dopiero teraz: Asia, niemal pięć i poł roku, i Witek - cztery bez kwartału. Żadne tam trzy czy dwa i pół. Nie u nas.

I jeszcze jedno.
Kiedy w zeszłym roku biłam się mocno z myślami, moja A. powiedziała mi jedną bardzo ważną rzecz. Że ile razy zamiast swojej matycznej intuicji słuchała innych, mądrzejszych lub nie - zawsze żałowała. I tak właśnie jest. Jeśli chodzi o ich małe dzieci, matki zazwyczaj wiedzą najlepiej.
W kwestii przedszkola - też.
I tego trzymać się trzeba*.



*Stachura. Swoją drogą - całkiem na temat, choć metaforycznie. Całość tu: KLIK!
















Brak komentarzy:

Prześlij komentarz





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...