czwartek, 15 września 2016

Przedszkole dla chłopców

Na jednym blacie młotki, gwoździe, śrubokręty. Na podłodze - wióry. Na drugim blacie sterowane autko rozkręcone na części. Trzylatek niemal z nabożeństwem patrzy na trzymane w rączce małe śrubki. Czterolatek podaje panu Michałowi śrubokręty. W drugiej sali pan Marcin z ekipą małych mężczyzn turla się po podłodze. Taka przedszkolna wersja zapasów.

Nawet nie wiecie, jak bardzo chciałabym teraz napisać: i właśnie do takiego przedszkola chodzi Witek. Ale nie chodzi. Bo u nas chłopcy chodzą do przedszkola dla dziewczynek.

"Zauważyłem, że najczęściej kierowanym do chłopców zwrotem jest: "nie rób tego". Nie wspinaj się na to, nie łam tego, nie bądź taki agresywny, nie hałasuj, nie rób bałaganu, nie podejmuj wariackiego ryzyka." (John Eldredge, Dzikie serce)


Tak. Dokładnie tak. Sama tak mam i tego nie znoszę: jedna trzecia komunikatów wysyłanych do mojego syna zaczyna się od "nie". Choćbym nie wiem jak się starała i próbowała komunikaty typu "nie rób" przekształcić w "przestań", a "nie ruszaj" w "zostaw" - wciąż wisi w powietrzu to chrzanione "nie". Które ani trochę nie zachęca do eksploracji wszechświata - a przynajmniej nie po męsku.

Z Joasią nie ma tego problemu.
Tak, jest starsza.
Tak, jest dziewczynką.
I różnią się z Witkiem jak dzień i noc.

Kupiliśmy koraliki w znanym szwedzkim sklepie meblowym. Do nich - płytki do układania.
Joaśka siedzi sobie i układa: serduszka, kwiatuszki, dzieli kolorami.
Witek wysypuje koraliki na stół, zrzuca je do miski, niesie do łazienki, dolewa wody, miesza patykiem. Zanim do niego zajrzę, doda tam jeszcze mydła, pasty do zębów i wszystkiego, co ma w zasięgu ręki w łazience, a potem przecedzi do umywalki przez chusteczkę nawilżaną.

Spacer.
Joasia zbiera kwiatki i robi bukiecik.
Witek w ciągu pierwszych piętnastu sekund spaceru znajduje patyk. Patyk musi być. A potem tym patykiem wali w chodnik, drzewa, ławki, kosze na śmieci.
Mówiąc między nami, jestem tym znajdowaniem patyków zafascynowana. Bo zazwyczaj dałabym głowę, że nie mam w zasięgu wzroku żadnego kawałka gałęzi. Ale mija piętnaście sekund - i Witek już jakiś ma. I jestem przekonana, że znalazłby solidny kawał patyka na środku najdroższego pola golfowego.

Niedawno odwiedziła nas A. z małą J., rok starszą od Joasi.  Po pięciu minutach zgodnie układały wzorki z koralików. Witek w tym czasie budował "skomplikowaną konstrukcję" (tak przynajmniej powiedział) z poduszek i kołder na tapczanie. I tankował niewidzialny pojazd giętką rurą od odkurzacza.

Można powiedzieć: no dobra, to kwestia wychowania i nastawienia. Dziewczynkom kupujemy lalki i ubieramy na różowo. Chłopcom kupujemy samochody i ubieramy tylko-nie-na-różowo. Tylko, że ja nie mam żadnych oporów przed tym, żeby założyć Witkowi różową koszulę, a Asi kupić miecz.

Właściwie przeprowadzam na nich coś w rodzaju eksperymentu, nie mówiąc im, że coś jest "tylko dla dziewczyn" albo "tylko dla chłopaków". 


Jeśli to słyszą, to na pewno nie ode mnie. I bardzo, bardzo rzadko.

A mimo to Witek bawi się w pokonywanie mieczem smoków (wystarczyły mu do takiej narracji ze trzy przypadkiem obejrzane obrazki w książce o wszystkim i niczym, w tym o średniowiecznych rycerzach, i jedna historyjka o smoku). Smoki dzielą się na złe i groźne oraz na małe i miłe, które przynosi na rączce i mówi o nich, że są słodkie.

A mimo to Joasia bawi się w leczenie i karmienie zwierzątek, prasuje lalkom ubranka (ja nie prasuję, żeby było jasne!), organizuje przyjęcia z herbatką i bale w długich sukniach.

Kiedy dostają coś uniwersalnego - na przykład plastelinę - Asia lepi śliczne torciki,a Witek zgniata wszystko w jedną kulę i sprawdza, co się stanie, jak się zmiesza, pokroi, napluje do środka i zagniecie jeszcze raz. No dobrze,  a kiedy bawią się razem, na przykład klockami Lego? Witek buduje pojazdy techniczne i organizuje pościgi, a Asia zbiera skarby do różowej skrzyni i buduje ludzikom ładne samochodziki do jeżdżenia na wycieczkę.

Kiedy ktoś mnie pyta, czy chciałabym zapisać Witka na jakieś dodatkowe zajęcia - odpowiadam, że bardzo chętnie. Najlepiej na biegatsu z elementami krzyczondo.


Wróćmy teraz do przedszkola.
Przedszkole jest bardziej dla dziewczynek, naprawdę.
Nie wolno biegać. Nie wolno krzyczeć. Bawić się trzeba spokojnie.  Sale są nie za duże i jest w nich gorąco.

Od razu przychodzi mi do głowy historia, którą opowiadał chyba w jednym z felietonów Aleksander Nalaskowski: o męskiej szkole, w której nowa klasa zaczynała od zbicia sobie ławek i zorganizowania przestrzeni w sali.

I wiecie, to nie znaczy, że nasze przedszkole jest złe. Panie-ciocie są miłe. Ogarniają. Dają się lubić, przede wszystkim dzieciom, rodzicom też. Ale jedynym facetem na pokładzie jest pan konserwator.
Z jednej strony to nic dziwnego: kobietom łatwiej jest się zajmować dużą ilością małych dzieci na raz. Z drugiej strony - zdecydowanie brak męskiego pierwiastka. A przecież mali mężyczyźni potrzebują dużych mężczyzn, żeby widzieć, jak facet powinien się zachowywać. I już. Tymczasem tego przebywania w męskim gronie mali chłopcy mają zdecydowany deficyt.

I właśnie dlatego marzy mi się przedszkole dla chłopców.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...