sobota, 27 sierpnia 2016

Między sierpniem a wrześniem

Wrzesień zawsze jest dla mnie jak nowe otwarcie. Ale przed tym otwarciem dzieją się różne zamknięcia. Co roku inne, co roku - konieczne. I co roku tak samo trudno mi się do nich zabrać.
Dlaczego?

Może dlatego, że na dworze jeszcze lato, upał, wakacje - a tu konkrety, poważne plany, jakieś decyzje do podjęcia. Może dlatego, że dopiero wróciłam i jeszcze się aklimatyzuję, czytaj: snuję po domu, próbuję czymś zająć ręce, bo myśli zajmują się same sobą, piję kawę w nadziei, że mnie obudzi. Podróżne torby domagają się rozpakowania, dzieci - nawet nie domagają się uwagi, bo odzyskały swoje zabawki, utracone na czas wyjazdu. Z kuchni zerkają jabłka, przywiezione na ocet, z balkonu - ocaleńcy spośród balkonowych roślin, z szafy patrzą z wyrzutem rzeczy, których zamierzam się pozbyć - ba, zamierzam. Muszę, bo się uduszę. Na dysku popiskują teksty, które kończę redagować na cito, w skrzynce - nieodebrane maile, bo kiedy wyjeżdżam, żeby odpocząć, nie odbieram maili z zasady.

I kiedy już wrócę, to wszystko, co zostawiłam, wita mnie z szeroko otwartymi ramionami, kartkami, drzwiami i gałązkami. Te niezałatwione sprawy, nieodebrane maile, niepodjęte decyzje i niewyprane ubrania. A tu aklimatyzacja, a tu spowolnienie, a tu upał i słońce wdzierające się przez zasłonięte balkonowe okno.

I coś z tym w końcu trzeba zrobić, więc siadam i spisuję sobie listę wszystkiego, co bym chciała w tym nowym otwarciu, od września, co mi chodzi po głowie, co obiecałam sobie albo innym, co muszę albo czego potrzebuję. Lista pęcznieje, wpisuję na nią wszystko, co mi przychodzi do głowy, nawet gitarę, nawet wyrzucanie notatek ze studiów. Bo to nie jest jeszcze lista zadań, żadne to-do, tylko myślodsiewnia. Stary sposób na myśli brzęczące w głowie jak muchy. Spisać. Unieruchomić na papierze. Przyszpilić i potem spokojnie się przyglądać, bez całego tego bzyczenia i trzepotania.

A potem już spokojnie mogę rezygnować. Rezygnowanie mi przyszło w pakiecie z macierzyństwem I nie ma nic wspólnego z poświęcaniem się, raczej ze zdrowym rozsądkiem. Ani ze stawianiem cudzych planów nad moimi - nie, tu wszystko na razie się rozgrywa w moim ogródku. Krojenie na kawałki czasu - jak tortu. Klasyczne pytanie: ile mogę zjeść, żeby się zwyczajnie nie zżygać. Nie dołożyć sobie za dużo, bo takie optymistyczne podejście powakacyjne zazwyczaj każe myśleć, że dzieci, praca, doktorat, blog, prowadzenie szkoły pisania, dwa języki, gitara i dom pełen kwiatów są jak najbardziej do pogodzenia. A przecież już wiem, że owszem - może i są do pogodzenia, ale koszty tego pogodzenia są zazwyczaj zbyt duże. Moje koszty: niewyspanie, zmęczenie, jazda na oparach cierpliwości. Frustracja, że na jakimś odcinku zawsze nawalę, że nigdy nie da się spokojnie wszystkiego, że doba się nie rozciąga. Więc plany trzeba ciąć, ograniczać, dokładać powolutku, trochę to wygląda jak ładowanie osła albo wielbłąda - chociaż nie czuję się jak osioł, o, nie. Czuję się dobrze i tak też wyglądam, sporo satysfakcji sprawiają mi męskie spojrzenia, takie przelotne, na ulicy, w sklepie, po drodze - bo one to potwierdzają: że dobrze. Że pięknie. Taka skromna jestem. I myślcie sobie co chcecie, ale kiedy się zaczynam czuć jak ciężarówka, a do tego wszystko idzie mi powoli, zwłaszcza nogi, i odpoczywam z częstotliwością godną stuletniej staruszki - takie chwilę za długie spojrzenie, takie "zagapiłem się na piękną kobietę" bardzo poprawia mi nastrój. A z nastrojem, kiedy się jest w siódmym miesiącu ciąży, bywa naprawdę różnie. I ten dobry pomaga. Pomaga podejmować decyzje, pomaga rezygnować z rzeczy, działań, ludzi, z których wiadomo, że trzeba, ale jakoś do tej pory nie wychodziło, nie było czasu albo może odwagi.

A najbardziej ten dobry nastrój pomaga patrzeć na rzeczywistość z dystansu. Dystans za to pozwala ocenić, co jest naprawdę ważne. I tym się właśnie zajmować, z satysfakcją zostawiając nieważną resztę na wąskim marginesie życia.

To wszystko - spisywanie, rezygnowanie, dystans - prowadzi do pytania: czego ja tak naprawdę chcę? Dzisiaj, w tym miesiącu, w tym roku, który się powoli kończy, chociaż ledwo się zaczął?
I zaraz potem do drugiego pytania: czego już więcej nie chcę? Co mogę sobie odpuścić, żeby zamiast żalu czuć ulgę, a zamiast frustracji - satysfakcję?

Tak, tak właśnie działa na mnie ten moment zawieszenia między sierpniem a wrześniem, między letnim lenistwem a jesiennym ogarnianiem rzeczywistości, między planowaniem a działaniem.
I kiedy już sobie o tym przypomnę, od razu robi się lepiej.
I wystarczy - jak zawsze - wziąć pierwszą rzecz z prawej strony i odłożyć ją na miejsce. A potem następną. I następną. I po półgodzinie mija sierpniowa chandra powakacyjna, aklimatyzacja chowa się w kąt i wracam do zwyczajnego życia. Nie mylić z Chmielewską.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...