poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Wystarczył mi kwadrans

Kiedy mnie pytają, jak było nad morzem, mówię bez ogródek: to były moje najgorsze wakacje nad Bałtykiem w życiu. W dniu wyjazdu obiecywałam sobie w duchu, że w przyszłym roku pojadę w góry. Albo nad rzekę. Albo gdziekolwiek, byle nie nad morze.

Obraziłam się, jednym słowem. Obraziłam się na moją pierwszą miłość - i tyle. Albo aż tyle. Powodów było sto, i wcale nie armaty były na pierwszym miejscu*. I nawet nie pogoda. Po prostu wszystko szło nie tak, jak chciałam. Elastyczność przećwiczona na wiele sposobów, opanowywanie sytuacji kryzysowych na czterysta procent i takie tam smętne historie.

Starałam się, naprawdę się starałam. Kiedy przedział sześciomiejscowy, w teorii dość wygodny i zdatny do jazdy całą noc, okazał się w pociągu czeskim ośmioosobowym z wąskimi leżankami, na których ledwo mieściły się dzieciaki. Kiedy tuż po przyjeździe okazało się, że ktoś mi ukradł z  krzaka całą aronię. Tak sobie, po prostu, bez pytania, wziął. Kiedy Witulek rozbił sobie głowę (straszny ryk, krew lejąca mi się ciurkiem aż do łokcia, oczywiście wszystko tuż przed wyjazdem na plażę, do tego płacząca z żalu, że nie jedziemy, Joaśka - sami wiecie). Kiedy dyżurny ginekolog w szpitalu, zamiast mnie zbadać, poinformował, że musi mnie najpierw przyjąć na oddział na przynajmniej dwie doby, a pewnie na cztery, a jeśli mi się nie podoba, to niech sobie poszukam prywatnej wizyty. I tak dalej, i tak dalej, chociaż dalej nie było wcale dużo, bo w sumie z dziesięć dni. Ale się nazbierało. Jak nigdy chyba. Do tego ciążowe skoki nastrojów naprawdę nie pomagają ogarniać buntującej się rzeczywistości. Więc dotrwałam do końca: co innego mogłam zrobić. Z poczuciem porażki (nic mi nie wyszło, jak chciałam) spakowałam się i posprzątałam. A potem zamknęliśmy domek, wsiedliśmy do auta zapakowanego po dach i pojechaliśmy się pożegnać z morzem.

Obiecałam dzieciakom, że na pożegnanie będą mogły się wykąpać, a że nie lubię nie dotrzymywać słowa, mogły. Choć planowane pożegnanie odbyło się z pięć godzin później, o zachodzie słońca.

Dzień był piękny, pierwszy taki. Powietrze nagrzane, woda niemal też. Lekki wietrzyk. Złotopomarańczowe słońce nieuchronnie zmierzające ku tafli morza. Te wszystkie ciepłe róże, pomarańcze, fiolety i żółcie rozchlapane na chmurkach i powierzchni wody.
Joaśka w trzy sekundy się rozebrała do kostiumu, wskoczyła do kółeczka i rzuciła się do wody.
Ja za nią, w samych majtkach, bo w pośpiechu zapomniałam zmienić na kostium.
Ludzie na plaży, poubierani w bluzy albo pozawijani w koce, czekający na zachód słońca, patrzyli na nas z lekkim rozbawieniem.
A Joasia w kółeczku.
Pływa. Kręci się wokół własnej osi. Śmieje się i zachwyca. Twierdzi, że wcale nie jest jej zimno.

Pływała tak kwadrans. W oczach miała czystą radość. A na twarzy - uśmiech jeszcze czystszego szczęścia.
- Teraz się pożegnam z morzem pożegnalnymi obrotami, a w przyszłym roku przyjedziemy znowu - powiedziała na koniec.

I wiecie, co w tym wszystkim jest najpiękniejszego?
Kiedy tak sobie na nią przez ten kwadrans patrzyłam, wszystko mi przeszło. Rozczarowanie, żal, złość. Bo może moje wakacje nad morzem nie były zbyt udane - ale jej były. I warto było zapłacić taką cenę za ten kwadrans. Za piętnaście minut oglądania czystej radości w zimnej wodzie.

I po tym kwadransie już wiedziałam, że w przyszłym roku przyjedziemy znowu. I że to już może wcale nie będzie dla mnie. Tylko - dla niej.









*Dla tych, którzy nie wiedzą: to historia o Napoleonie. Kiedy jak cesarz przejeżdżał przez małe francuskie miasteczko, nie oddano salwy honorowej na jego cześć. Zapytał, dlaczego. W odpowiedzi usłyszał: powodów jest sto. Po pierwsze - nie mamy armat.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...