piątek, 11 marca 2016

Małomówna ze zmęczenia

- Mamusiu, opowiem ci teraz o tym, co się będzie działo w moje urodziny, dobrze?
- Dobrze - wtrącam.
- Bo ja tak lubię gadać! - oświadcza z dziecięcą szczerością moja córka.
Ja też lubię, córeczko. A kiedy nie lubię, to znaczy, że mam potężną chandrę albo jestem bardzo, bardzo zmęczona.

I teraz jestem właśnie bardzo zmęczona.
Tak bardzo, że nawet to słowo "zmęczona" mnie śmieszy. Co to właściwie znaczy: zmęczona?

Tak bardzo, że z tego zmęczenia nagle bierze się cierpliwośc - nie mam siły nawet podnieść głosu, a co dopiero denerwować się, że Witulek jednym ruchem wylał do umywalki pół butelki płynu do kąpieli.
No cóż, przynajmniej nie mojego.

Śmieszny jest ten stan: jakby mnie otaczał jakiś mały, absurdalny obłoczek, który oddziela mnie od rzeczywistości. Nie tak, żebym straciła poczucie bycia tu i teraz, ale na tyle, żebym nie przejmowała się rzeczami, którymi normalnie się przejmuję. Że trochę bałaganu, że dzieci wzięły coś, czego nie powinny, albo nie wzięły czegoś, co powinny. Te wszystkie drobne rzeczy, które doprowadzają mnie do szału, kiedy jestem w stresie (matka choleryk, ho, ho, ho), zupełnie nie robią na mnie wrażenia, kiedy robię się małomówna ze zmęczenia.

To jest ten specyficzny rodzaj zmęczenia, kiedy się w ciągu trzech godzin prowadziło uprzejmą, celową i dyplomatyczną konwersację z trzydziestoma osobami, z których większości nie widziało się na oczy.  Kiedy się odpowiedziało na dużo, dużo wiadomości. 

Komunikacja bywa wykańczająca. Wchodzenie w relacje też. Przynajmniej w ilości, którą aplikuję sobie ostatnio, i to odrobinę niechcący. Co najlepsze - to jest piękne i dobre, co się dzieje, kiedy człowiek wchodzi z drugim człowiekiem w relację. Piękne, dobre... i męczące.
Kwestia skali.

Kojarzy mi się to zmęczenie z pierwszym okresem po porodzie. Kiedy jest nowy, mały człowiek, bardzo chcący się komunikować, bardzo chcący wejść w relację, chociaż potrafi to tylko na swój sposób. Ile to pochłania uwagi, ile pożera energii, żeby rozumieć, odpowiedzieć, spokojnie być razem.

I znowu podobnie - tak, jak pisałam o dzieciach i dorosłych i inspirowaniu. Kontakt z drugim człowiekiem, prawdziwy i szczery - niezależnie od jego rozmiaru, jest zawsze taki sam.

Chociaż nie, to właściwie nieprawda.
Z dorosłymi jest o wiele trudniej: trudniej mówić szczerze. Dzieci mówią, co czują, oczekują prawdy, nie istnieją dla nich konwenanse. Dorośli - inaczej. Nie dzielą się drobiazgami (mamusiu, zobac, jaki slicny listek!), uważają za bzdury to, co kiedyś, dawno było piękne i ważne, chociaż małe, a za to zajmują się bzdurami, które uważają za bardzo ważne.  Poza wkurzaniem się na sąsiadów, telewizor i politykę nie pokazują emocji.


Chyba dlatego takie wrażenie robi płaczący mężczyzna. (Oceniałam wczoraj konkursowe prace i jedną z nich był reportaż o mężczyźnie, któremu nagle umarła żona w ostatnich miesiącach ciąży i córeczka w brzuchu też. W pierwszej scenie płakał. Mocne. Jeszcze bardziej - bo to było życie, nie film.)

Dlatego kiedy się zdarza dorosły, który mówi szczerze, co czuje i myśli, który nie boi się mówić o ważnych drobiazgach - odpoczywam.

Niewiele osób tak ma. Mogłabym policzyć na palcach jednej ręki - może dwóch. Jedną z nich jest ojciec dzieciom i to jedna z najpiękniejszych rzeczy, które mnie spotkały w życiu. Ale nie tylko on.

I jeśli to całe zmęczenie, które się bierze ze słuchania, mówienia, odpowiadania na wiadomości i bycia przez chwilę  albo dziesięć dla drugiego jest kosztem, który prowadzi do relacji, w której można odpocząć - to jest bardzo opłacalny interes.

Zdumiona treścią  mojego końcowego wniosku, idę się pakować. Jutro o jakiejś barbarzyńskiej porze jadę na drugi koniec Polski gadać przez cztery godziny. No, może nieco mniej.
Z przyjemną pewnością, że będzie miał kto słuchać.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...