piątek, 4 marca 2016

Jak dzieci, czyli o mocy inspiracji

- Pobawisz się ze mną... - zaczyna Witulek, a ja podświadomie czekam, aż dokończy "mamusiu?" i już się zastanawiam, jak delikatnie odmówić. Bo właśnie zamierzam siąść do pracy.
Tymczasem dzieje się co innego.
- Pobawisz się ze mną, Asiu? - mój syn mija mnie w przedpokoju, Asia się zgadza, biegną do pokoju, umawiając się po drodze, kto będzie chorym kotkiem, a kto - lekarzem.


Czuję dumę. I trochę żalu.
Dumę, bo tak dobrze razem egzystują, bawią się, działają. Wspierają. Owszem, kłócą - ale godzą. Żal - bo coraz mniej jestem im do zabawy potrzebna. Urośli, układają własne fabuły, wykorzystują do maksimum dom i wyobraźnię. Chyba też po cichu przyzwyczaili się, że mam dużo pracy, naprawdę dużo, i nie mogę robić przerwy co chwilę. Chociaż kiedy jest źle, muszę.

Za każdym razem zdumiewa mnie, jak niewiele wtedy potrzeba.

Chcą tę samą zabawkę. Albo chcą bawić się w tym samym miejscu, ale każde inaczej. Witulkowi coś nie wychodzi, więc wściekły wyżywa się na siostrze. Joasia boi się, że jej coś zniszczy albo zabierze, więc odstrasza go krzykiem i płaczem. Norma i klasyka.

I wtedy wystarcza przytulenie. Mała pogawędka o złości - nie tam żadne próby zdyscyplinowania dzieci (natychmiast przestańcie! Musicie się pogodzić!) - tylko podejście empatyczne.

A kiedy sytuacja jest w miarę opanowana i widzę, że przyczyną kłótni jest chwilowy brak inwencji, wystarczy ich zaispirować. Niesamowite, jak to działa.

Wystarczy, że przyjdę do sklepu pod stołem i kupię jedną rzecz, którą ma do sprzedania Witulek - a od razu obrażona na niego Asia przychodzi na zakupy, a zły na siostrę Witek uprzejmie jej sprzedaje bardzo ważne klocki.

Wystarczy, że dwa autka podniesione z podłogi pojadą na wspólną wyprawę, albo dwa koniki będą szukały jeziorka, żeby się wykąpać. Trzy minuty inspiracji - i dalej bawią się sami, wymyślają i rozbudowują scenariusz, który im podrzuciłam, chwilę później zupełnie go zmieniają, porzucają - już w zgodzie. Trochę tak, jakby sami chcieli z tej złości wyjść, pogodzić się, tylko jeszcze nie potrafią. I ta inspiracja im w tym pomaga, pozwala się pozbierać.

A kiedy nie są na siebie źli, jeszcze łatwiej jest ich zainspirować. Wystarczy odrobina wysiłku z mojej strony, trochę czasu i miłości.

I to jest cecha, z której się nie wyrasta. A przynajmniej niektórzy nie wyrastają.

Zawsze mnie to zachwyca, kiedy mam do czynienia ze studentami - a teraz z uczestnikami kursu, który prowadzę przez internet. Że wystarczy na początku dać coś od siebie, pokazać; że wystarczy impuls, żeby zachęcić, zainspirować do samodzielnego działania. Nie wszystkich, nie zawsze.

Za to kiedy patrzę na sukcesy tych, którzy dali się zainspirować - jestem dumna. Nie z siebie. Z nich. Że tyle potrafią, że są tacy kreatywni, że działają z poświęceniem, że nie boją się wykorzystywać swojego talentu.


Coraz częściej zauważam, że traktuję ludzi, których uczę, trochę jak dzieci. W tym dobrym znaczeniu. Bo dzieci są kreatywne, zafascynowane światem, tym, co nowe. Swoich talentów używają w naturalny sposób, bez zastanowienia, ciesząc się z tego, co robią, co potrafią. I chwalą się nimi bez fałszywej skromności, bez udawania. Takie "Zobaczcie, co ja potrafię!"
Te cechy zostają w dorosłych, czasem trzeba je tylko wydobyć. Przypomnieć.
Zainspirować.

Takie rzeczy ze mną wyprawia macierzyństwo.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...