piątek, 19 lutego 2016

Radość z małych rzeczy

Tylko dziecko potrafi skakać z radości na widok lizaka i głaskać kwiatki po listkach, bo tak ślicnie zafitły. Dorośli uśmiechają się z wyższością.  Co w tym takiego nadzwyczajnego, że lizak, że kwiatki. Kiedyś mu przejdzie. Dorośnie.

A ja tak nie myślę. Może dlatego, że wciąż jestem trochę dzieckiem. I wciąż potrafię cieszyć z się z drobiazgów.

Jakich?

A takich.
Że kiedy poszłam zrobić kakałko, bladym świtem, półprzytomna, za oknem zaczął się wschód słońca. Zapierający dech w piersiach.
Że tulipany, schowane w lodówce, żeby "przezimowały" - wypuściły kiełki i szykują się do wiosny. Że małe żonkile zakwitły na parapecie.
Że kawa (Inka) wyszła mi naprawdę dobra i mam trzy minuty na delektowanie się nią w spokoju, bo dzieci akurat zatapiają w łazience łodzie podwodne.


Małe rzeczy, do których można się uśmiechnąć,  przerywają pasmo równie małych i okropnie wkurzających nieszczęść. 

 


Znacie te paskudne ciągi wydarzeń: budzi nas marudne dziecko i na dzień dobry, razem z sennym ciepełkiem, odfruwa od nas cały dobry nastrój. Potem w kuchni mleko się rozlewa, miód skleja włosy, tłucze się szklanka. Im dalej w dzień, tym więcej denerwujących drobiazgów, potknięć, złych mikrodecyzji. Nic konkretnego, nic, o czym można by opowiedzieć, gdyby ktoś życzliwy zapytał, co się stało. Po prostu: nic się nie stało, wszystko mnie wkurza.

I na to bardzo pomaga umiejętność cieszenia się z małych rzeczy.

Bo żeby się ucieszyć - trzeba je dostrzec.
A żeby je dostrzec - trzeba zmienić optykę.

W zasadzie to bardzo prosta cecha ludzkiego skupienia uwagi. Kiedy spodobają mi się czerwone buty, natychmiast zaczynam je widzieć wszędzie, chociaż wczoraj nigdzie ich jeszcze nie było.  Tymczasem nie, one były - to tylko mój umysł był wtedy zajęty czym innym, nie nastawił się jeszcze na wypatrywanie czerwonych butów. Ale kiedy już się nastawi, te buty zaczynają być natrętne jak komary o zmierzchu. Tu, tam, siam, nie da się ich nie widzieć.

I tak samo jest - na moje oko - z ciągami małych, wkurzających zdarzeń. Jak już się nastawimy, że dzisiaj nie idzie - to przestaje iść, choćby szło jak złoto.Kolejne drobiazgi irytują nas tak, że w połowie dnia mamy już wszystkiego dość. A wystarczy jedna mała rzecz, która przełamie ten schemat patrzenia na rzeczywistość - i znowu zaczyna być dobrze.

Nieustanne nastawienie na to, co może małe, ale dobre, piękne, radosne.
To jest właśnie optymizm.

 


Zawsze myślałam, że to coś naturalnego i wrodzonego, coś, o co nie trzeba się starać. A teraz widzę jednak, że trzeba, i to jest dobra wiadomość, bo oznacza, że nie tylko urodzeni, nieuleczalni optymiści moga być właśnie optymistami. Wszyscy inni też - potrzebują tylko skupienia uwagi, ćwiczenia się w znajdowaniu małych, dobrych rzeczy. I nie chodzi mi o ukryte w szufladzie biurka krówki, serio.

Takie nastawienie do życia, w którym jest czas, żeby się ucieszyć z małych rzeczy, to mój pomysł na szczęście. Brzmi to trochę poważnie, a trochę kuglarsko - ale cóż zrobić, kiedy tak właśnie jest.


Szczęście nie jest celem na horyzoncie. Jest ukryte w małych, prostych rzeczach, w pojedynczych momentach, w tych chwilach, kiedy czujesz, że jest dobrze. Że tutaj, teraz niczego Ci nie trzeba.



Ten wpis chodził za mna długo: ostatecznym katalizatorem okazał sie tekst Małgorzaty Pawlińskiej - bardzo go polecam. Małgorzata cytuje w nim Bartłomieja Dobroczyńskiego - doktora psychologii z UJ. I ja zacytuję za nią.

"Przyjmujemy zwykle dwie strategie szukania sensu – czyli szczęścia – w życiu. Pierwsza: ustawiasz standardy jak najwyżej i próbujesz im sprostać. (...)  Druga jest taka: zrobić ze sobą coś takiego, żeby umieć być szczęśliwym z powodu wypicia filiżanki zielonej herbaty. Jeśli to umiesz, to możesz być szczęśliwy codziennie. I to dwa razy dziennie." - pisze Dobroczyński.

I to jest właśnie radość z małych rzeczy.
Chociaż u mnie to raczej nie jest zielona herbata.

P.S. Foto - Ojciec dzieciom.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...