poniedziałek, 15 lutego 2016

O pisaniu

Kiedy się pisze dziesięć godzin z dwiema półgodzinnymi przerwami, gdy człowiek już skończy, czuje się jak pudełko po Fantazji, wyskrobane do ostatniej łyżeczki.

Kiedy piszę cały dzień, wieczorem nie mam już żadnych słów, które mogłyby się złożyć w zadania. Jestem jak studnia, z której ktoś wybierał wodę, aż pokazało się dno. Przez noc studnia się napełni i rano słowa znowu będą mogły płynąć, ale wieczorem jest pusto. Tak pusto, że nawet mówić mi się nie chce, milczę, piję herbatę, patrzę przez okno, nie patrzę w stronę komputera. Czytam, żeby najeść się słów na zapas. Na jutro. Na kolejne pięć, siedem, dziesięć godzin.

Ten stan można określić dosadnie, brzydką metaforą: rzygam pisaniem.

I tak to trwa, od połowy stycznia, i będzie trwało niemal do Wielkanocy.
I znowu cierpi na tym blog, ilość tematów zapisanych do realizacji dobiła do dwustu, zapisuję pomysły przy zmywaniu, na kartce przyklejonej do ściany papierową, żółtą taśmą, wycierając ręce, żeby jej nie zmoczyć, żeby nie rozpłynęły się wcześniejsze notatki.

Piszę. A ponieważ nie potrafię pisać inaczej, niż tylko najlepiej, jak potrafię - więc piszę najlepiej, jak potrafię, piszę rano, dzieci rozumieją i idą się bawić do swojego pokoju, kiedy wena zaczyna odfruwać, żebym miała spokój, żebym mogła złapać te najlepsze myśli, któr trzeba zapisać od razu, bo kiedy się człowiek rozproszy jakąs drobnostką, uciekają i już nigdy nie wracają w tym pierwszym, najlepszym kształcie.

Piszę już od tylu lat, że w głowie pojawiają mi się gotowe zdania, nie przeżywam terroru białej kartki, bywam obiektem zazdrości innych piszących znajomych, bo pisanie idzie mi szybko, bo siadam - i jest, bo nie muszę poprawiać. Rzadko się do tego przyznaję. Moje męki twórcze polegają raczej na tym, że nie mam kiedy napisać wszystkiego, co bym chciała. Przestałam już dawno pisać ręcznie, tylko na klawiaturze komputera, bo nie nadążam z zapisywaniem, a jeśli nadążam, po dwóch dniach nie wiem już, co właściwie zapisałam, z trudem odcyfrowuję własne hieroglify, m, rz, n, sz, w, wyglądają dokładnie tak samo.

Więc piszę te dziesięć godzin, w dzień, potem jeszcze w nocy, żeby dokończyć, żeby zdążyć, żeby było na wtedy, na kiedy ma być. Jestem zmęczona, chociaż to mało powiedziane: jestem wykończona. Padam z nóg.
Tęsknię za książkami, które zaczęłam (pisać, nie czytać) i nie mam czasu skończyć, ale na książkach się nie zarabia, nie na moich, jeszcze nie teraz. Więc zarabiam, pisząc małe teksty, ulotne. Jednorazowe. Znikają gdzieś w otchłani - tekstów-może-przez-kogoś-przeczytanych. I te bardziej wielorazowe, do których ludzie wracają, czytają., podają dalej, zachwycają się.

Piszę - i wiem, że to kocham. Że do tego jestem stworzona. Że to właśnie potrafię - bez wątpliwości, bez dwóch zdań. Piszę - i wiem, po co piszę. Dlaczego. Dla kogo. Wiem, że to jest dobre i potrzebne - wiem, bo mówią tak ci, którzy mnie czytają.

Piszę - i wiem, że mogłoby być inaczej.
I jestem wdzięczna. Bardzo wdzięczna. Że mogę robić to, do czego jestem stworzona.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...