poniedziałek, 1 lutego 2016

Kokaina, czyli narkotyki wkraczają w moje życie

Dzisiaj napiszę Wam o dwóch książkach i jednym filmie. Nie dla dzieci. Zupełnie dla dorosłych, choć bez momentów.
Takiej Młodej Matki matki jeszcze nie znacie.


Pierwsza książka to Clancy. Stary Clancy.

Dla tych z Was, którzy nie są na bieżąco w klasyce amerykańskiej literatury sensacyjnej, zrobię krótkie wprowadzenie. Otóż Tom Clancy, nieżyjący już od dwóch lat z górką amerykański pisarz, pisał książki sam i na spółkę. Sam stworzył w młodości, ekhem*, cykl powieściowy o analityku CIA, Jacku Ryanie, a kiedy osiągnął sukces, zaczął pisać powieści na spółkę. Te na spółkę nie bardzo nadają się do czytania, ale podobna rzecz zdarzyła się większości amerykańskich pisarzy sensacji, nawet, jeśli do końca pisali - w teorii - sami. Natomiast pierwsze książki Clancy'ego, począwszy od "Polowania na Czerwony Październik" - do czytania nadają się jak najbardziej. No i właśnie "Stan zagrożenia", czyli czwarty tom cyklu, wydany w 1989 roku (tak, dobrze widzicie), wciągnął mnie na półtorej doby.

O czym to książka?
O bardzo nieoficjalnej i bardzo nielegalnej wojnie z kartelem narkotykowym z Kolumbii. Zarządzonej w tajemnicy przez amerykańskiego prezydenta, zdenerwowanego faktem, że komuś ze znajomych kokaina zaszkodziła. Wybierają się na nią młodzi żołnierze, najlepsi z najlepszych, nie wiedząc jednak, po co jadą i dokąd.

Dygresja numer dwa. Charakterystyczną cechą prozy naszego autora jest to, że przykładał się on mocno do szczegółów, zwłaszcza technicznych. Podobnie jak Morell (autor powieści "Rambo", tak, tak, to była powieść) potrafi przez trzy strony rozwodzić się nad budową i działaniem broni, turbiny czy techniką skradania się w dżungli, a kiedy przez te trzy strony przebrniemy, wiemy. Wiemy dobrze i na pewno.

I po przeczytaniu "Stanu zagrożenia" też wiemy. Wiemy, że kokaina oznacza ogromne, niewyobrażalne pieniądze i władzę. I że te dwie rzeczy budzą w człowieku chęć posiadania ich na zawsze, co jest straszliwe w skutkach. Nędza, przemoc, tortury i śmierć - w dużym i oględnym skrócie. To po stronie kartelu. Po stronie rządu - lekkomyślność, pycha i szafowanie cudzym życiem. No i oczywiście jest w tym wszystkim główny bohater, który ratuje system. Wiadomo, wymóg fabularny, żaden tam spojler.

A kiedy skończyłam "Stan zagrożenia" i już, już bałam sie, że nie mam nic do czytania na Święta, rozpakowałam prezent i znalazłam "Zero Zero Zero".

Roberto Saviano, włoski dziennikarz śledczy. Znany ze swojej poprzedniej książki, "Gomorry" (była zresztą ekranizacja). "Gomorra" była o włoskiej mafii, odkrywała zakątki rzeczywistości, od których włos się jeży na głowie i spojrzenie zmienia się na zawsze.

Po przeczytaniu jego nowej książki o kokainie - z podtytułem "Jak kokaina rządzi światem" - oświadczam, że "Gomorra" przy tym blednie. Ponieważ Saviano dokładnie, krok po kroku pokazuje drogę, jaką kokaina przebywa w świecie - i w ludzkich duszach. W oszczędnych słowach opisuje staczanie się. Nawet nie, nie staczanie. takie samousprawiedliwianie się, które prowadzi do zezwierzęcenia, takie "tylko wykonywanie rozkazów", które kończy się stosem trupów. Prawdziwych. Żaden tam Tarantino, aktorzy nie wstają i nie idą na przerwę.

Najbardziej dołująca ksiażka na świecie, od której trudno się oderwać, bo odsłania podszewkę rzeczywistości. To, co się kryje za bankowym kredytem i za zakupami w Lidlu. Ten mechanizm samorozgrzeszania się, pokazywania sobie samemu tych, co robią gorzej, kradną więcej, biją mocniej, na śmierć. A ja tylko przewożę paczkę. Tylko udeptuję liście. Tylko zarabiam na chleb dla moich dzieci, a ci, co kupują - przecież mają wybór.

Setki historii.
Tysiące śmierci.
Setki tysięcy kilogramów białego proszku.

Poczucie totalnej bezsilności. Bo zjawisko jest, rozszerza się, pochłania kolejnych ludzi, miejsca, dobro. Bo wydaje się niepowstrzymane, bo jest jak ośmiornica, jak hydra, wykorzystuje wszystkie, nawet najmniejsze ludzkie słabości, a najbardziej - słabość do bycia trochę bogatszym, Chociaż trochę. Choćby raz. Albo przynajmniej - mniej biednym.
Zjawisko, które zawłaszcza przestrzenie, których nigdy nie podejrzewalibyśmy o to, że mają coś wspólnego z kokainą. Nie, że gangi, że przemytnicy, że dilerzy, że półświatek, że nawet służby - banki, linie lotnicze, małe miasteczka, rodziny. Dzieci.

A jeden film?
"Sicario". Z 2015 roku.
Film o tym, jak służby (oczywiście amerykańskie) pogrywają sobie z kartelami (a konkretnie meksykańskim) - a może to kartel pogrywa sobie służbami. Główną bohaterką jest agentka FBI, rozwiedziona i bez dzieci (przynajmniej tyle), która niechcący wdeptuje w bagno i wyplątuje się z niego z mocno obitym kręgosłupem moralnym, i tym prawdziwym też. Przy okazji dowiadując się, że jej życie, przekonania i wierność nic nie znaczą, kiedy w grę wchodzi kokaina.
Film oczywiście krwawy, a jakże, niezbyt dobrze wprowadzający w temat meksykańskiego kartelu, jeśli przed obejrzeniem filmu nie ma się choćby małego backgroundu. Miejscami niejasny, zatrzymujący się raczej na odczuciach i historii bohaterki. Ale też pokazujący jedno - bezsilność. Kokainę, która rządzi światem. To, że my, na końcu łańcucha, nic nie możemy.

I z jednej strony to mnie przygnębia. I boję się o to, w jakim świecie moje dzieci będą żyć.
A z drugiej strony - wiem, że to nie jest pełna wizja rzeczywistości. Że to przygnębiający wycinek, ale tylko wycinek, nie odpowiadający prawdziwym proporcjom świata.
I to mnie pociesza.


U góry - kadr z filmu z Emily Blunt.




*Kiedy Clancy napisał "Polowanie...", miał 37 lat.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...