środa, 6 stycznia 2016

Znalazłam rozwiązanie

Miałam czekać jeszcze, żeby ankietę wypełniło przynajmniej 10% stałych czytelników (według Googla). Ale nie mogę wytrzymać.


Czytam Wasze odpowiedzi. Jest ich dużo. Są piękne. Dodały mi mnóstwo energii, ale przede wszystkim - pomogły zdiagnozować problem. I już wiem, czemu miałam dość i chciałam zostawić pisanie bloga.

Nie dlatego, że nie mam z tego żadnych profitów, bo - jak napisało kilka osób w ankiecie - kocham pisać i się w tym spełniam. Możliwość pisania w miejscu, gdzie jestem czytana, to jest wypas. I już.

Miałam dość - bo nawalam.
Nie znoszę nawalać.
Jeśli mi coś nie idzie według planu, wolę to zostawić, niż mieć poczucie, że nawalam. Że obiecuję i nie dotrzymuję słowa, że planuję i nie wykonuję planu.
A tak właśnie jest - tak właśnie jest od roku w moim życiu ze wszystkim, z blogiem też.
Mogłabym napisać Wielką Księgę Tłumaczeń i Wyjaśnień Marty Łysek i nie uwierzylibyście, że takie rzeczy dzieją się naprawdę. Czasami wolę się nie tłumaczyć, bo tłumaczenia brzmią jak wyssane z palca.
A wcale nie są.
Wiem, dlaczego tak  jest, spodziewałam się tego, ale sądziłam, że będe w stanie nad tym zapanować - i nie jestem.

I dlatego nie miałam ochoty prowadzić dalej bloga. Żeby się nie kompromitować i nie zapracować sobie na miano niesolidnej.
Bo nie jestem niesolidna. Jestem rzetelna. Dedlajn jest dla mnie - no, po prostu dedlajnem. Nieprzekraczalnym. Ważnym i koniecznym.
A tu - lipa.

Pamiętam, jak obiecałam tekst na blogu. Na konkretny dzień. Postanowiłam sobie, że dotrzymam terminu choćby nie wiem co.
Zaczęłam przygotowywać wpis tydzień wcześniej (pewnie wiecie, ale piszę spontanicznie, siadam, piszę, wrzucam, jest). Wszystko szło dobrze przez pierwsze trzy dni, wpis byl prawie gotowy. A potem nagle doba się skurczyła, dzieci nie w przedszkolu, teksty z pracy, takie do napisania w parę godzin, okazały się o wiele bardziej czasochłonne ze względu na niechęć rozmóców do udzielania informacji albo nawet odbierania telefonu. Oszczędzę Wam dalszych szczegółów. Puenta jest taka, że w dniu, w którym miał być opublikowany tekst, nie miałam wolnego kwadransa, żeby go dokończyć i opublikować. W końcu położyłam dzieci spać i zasnęłam razem z nimi, ale przezornie nastawiłam sobie budzik i z trudem wstałam, kiedy wszyscy już smacznie spali. Była jedenasta wieczorem, kwadrans pracy - czyli powinnam zdążyć przed północą, uff.
Włączyłam komputer, otworzyłam tekst, zaczęłam poprawiać pierwszy akapit i pisać puentę.
A potem obudziłam się o wpół do drugiej, z klawiaturą odciśniętą na policzku, sztywnym karkiem, rozżalona, wściekła, zła i pełna niesmaku do samej siebie - naraz.
Najpierw zerknęłam na zegar, potem się popłakałam, potem wyłączyłam komputer i poszłam spać.

W ankiecie pytam Was, czego nie lubicie na blogu. Większość odpowiedzi jest bardzo miła, ale dwie mnie zakłuły. Te właśnie o niestystematyczności, o obiecanych wpisach, które się nie pojawiają.
Nie wiem, kto to napisał. Ale dziękuję. Bardzo i szczerze. Bo było mi tego potrzeba.

A rozwiązanie? Bardzo proste - i podane na tacy właśnie przez jedną z Was, która napisała mi w ankiecie tak: może warto nie określać dokładnie tej częstotliwości? Po prostu CO JAKIŚ CZAS będzie tekst w danym temacie. 

I tak właśnie zrobię.
Koniec z cyklami związanymi z dniem tygodnia. Wyjątkiem będzie Matka na niedzielę (ręka mi drży, kiedy to piszę, naprawdę, oczyma duszy widzę już serię katastrof), ale co którąś niedzielę. O.
Wpisy tematyczne i cykliczne będą. CO JAKIŚ CZAS. Wbrew temu, co mówią wszyscy specjaliści od blogowego know-how.

I bardzo Ci dziękuję, droga Czytelniczko, za to, że mi tak prosto i jasno napisałaś, co trzeba.
Bardzo.











Brak komentarzy:

Prześlij komentarz





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...