wtorek, 19 stycznia 2016

Z nocnego encefalogramu, czyli trochę o mojej córce

Styczeń. Jest styczeń.
Ledwo był grudzień i miałam przyspieszony kurs wiedzy o ospie wietrznej, Asia miała lepsze cztery i pół, a Witulek trzecie urodziny, a już jest styczeń, dzieci mi znowu urosły, bawią się w chorego żółwika, basen, brokatozę i nawet mnie za bardzo przy tych zabawach nie potrzebują.

Tak, ten wpis będzie o dzieciach, wreszcie, bo dawno o nich nie pisałam. Dużo się działo, zwłaszcza u Joasi, przeżywała kolejny skok rozwojowy, kolejny bunt, nazwijcie jak chcecie - było źle.
Ale jest dobrze.

Jak na swoje cztery i pół niezła jest ta moja córka.

Czyta. Pisze, choć zasada "od lewej do prawej" jest jej rozkosznie obca. I mówiąc "czyta" mam na myśli to, że potrafi bez trudu złożyć dowolny dwusylabowy wyraz złożony z liter małych lub dużych, lub mieszanych. Kiedy jedziemy samochodem w dzień, czyta napisy na budynkach i bilbordach. Czyta tytuły z grzbietów książek i tytuły tekstów w moich gazetach. Zagląda mi przez ramię, kiedy czytam i pyta, co to za cyferki są i jak się je nazywa. A potem nazywa.
W Boże Narodzenie okazało się, że nazywa do stu. A ja myślałam, że do dwudziestu sześciu, bo tyle jest miejsc parkingowych oznaczonych numerkiem w drodze z przedszkola do domu.

Poza nazywaniem liczb nazywa też emocje. I ich przyczyny.
I to jest bardzo, bardzo duży skok.
Do tej pory bywała smutna, zła, rozgniewana i wściekła - ale nie miała ochoty mówić o tym, co ją zdenerwowało czy zasmuciło. Milczała i płakała. Idąc za radą autorek "Jak mówić, żeby dzieci..." przestałam pytać, co się stało, i zaczęłam się dzielić obserwacjami (widzę, że coś cię mocno wkurzyło). I Joasia zaczęła się otwierać.
Pracujemy też nad sposobami na złość. Kiedy coś idzie nie po jej myśli, Joasia wpada w furię. No, taką małą furyjkę. I sama nie potrafi się uspokoić, co jeszcze bardziej ją wyprowadza z równowagi. A kiedy siedzi w foteliku samochodowym i przytulanie jest niemożliwe, musimy sobie radzić inaczej. Więc rozmawiamy o złości. O tym, jaka jest duża (jak kula ziemska). Mierzymy ją też - Asia ściska mi z całej siły dłoń, a ja "liczę". Sto pięćdziesiąt osiem. Musisz być okropnie zła!
To pomaga.
Teraz potrafi już przyjść i powiedzieć: mamusiu, zrobiłaś mi ogromną przykrość! Taką, jak cała kula ziemska! Jestem okropnie zła!
I to jest piękne.

Jeszcze w wakacje ojciec dzieciom pokazał Joasi, jak się składa samoloty z papieru. Przez następne pół roku Joasia produkowała samoloty z papieru. Każdego. Od kartek do ksero w formacie a4 do starych biletów tramwajowych. Samoloty idealne, wyważone, latające. Dziadek pokazał jej jeszcze dwa inne modele - wszystkie opanowała nie wiadomo kiedy. I robi.

W Święta odkryła puzzle - ułożyliśmy sobie rodzinnie tysiączek. Nasza kolekcja puzzli właśnie zaczęła się powiększać, bo Joaśka świetnie sobie radzi z puzzlami złożonymi z pięćdziesięciu - sześćdziesięciu kawałków. Siada i układa. Potem burzy. Układa znowu. Rano wstaje sama, ubiera się i siada do puzelka. Wołam ją na śniadanie.
- Tylko skończę układać, dobrze?

W Święta odkryła też klocki Lego. No bo ospa, zakaz wychodzenia, ogólnie samopoczucie średnie, więc matka wyjęła swoje wygrane w konkursie (tak, nawet ja czasami coś wygrywam w konkursie) pudło klocków i Joasia, zachwycona, budowała sobie domek. Podając uprzejmie klocki Witulkowi - pełny wersal i symbioza. Ojciec dzieciom, widząc to, wsiadł w samochód i pojechał po swoje klocki.

Przypomniało mi się od razu, jak ja się bawiłam lego, ile czasu nad nimi spędzałam i jakie to było fajne.
No i Joasia zaczyna być właśnie na tym etapie, że nie słyszy, kiedy ją z kuchni wołam na obiad.
- Nie słyszałam, że mnie wołasz. Buduję - mówi zdziwiona, kiedy w końcu po nią przychodzę do pokoju. - Dokończę sobie i przyjdę, dobrze?
No i kończy. I przychodzi.

Potrafi iść na kompromis. Ocenić przyczynę zdenerwowania nie tylko swoją, ale także Witulka i moją. Wie, kiedy zbliża się burza matczynego niezadowolenia i potrafi jej zapobiec - albo przed nią uciec w czynności właściwe i poprawiające nastrój - jak sprzątanie rozrzuconych zabawek.
- Zobacz, sama wszystko sprzątnęłam!
Albo łagodzić:
- Wiesz, Witulek chyba nie chciał rozlać tej wody, nie zrobił tego specjalnie - mówi do mnie poważnym tonem.

Aluzje chwyta w lot jeszcze bardziej. Aluzje, spojrzenia, zmarszczenia brwi, znaczące ruszanie nosem albo uszami, gesty, znaki - wszystko.
Wciąż jeszcze zostaje nam angielski, ale nie sądzę, żeby ten stan potrwał długo.

No i rysuje. I maluje. W swoim własnym stylu, teraz doszła już do pokrywania kolorem całej płaszczyzny. Starannie, po kolei, powoli, dokładnie.
I ładnie.

Taka duża. Taka mądra.
Taka moja.

A o Witku będzie następnym razem.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...