piątek, 29 stycznia 2016

To musi już być wiosna!

Bo przybyło mi energii. I dzieciom też.
Oznacza to, że one się bawią, a ja pracuję - i to wszystko w jednym mieszkaniu. Pracy jest sporo. Zabawy też. Bo doszli do tego fantastycznego etapu, kiedy potrafią się bawić sami ze sobą, kreatywnie, intensywnie, długo.
Piękne.
Oczywiście nie zawsze i nie cały czas: kluczowe są przerwy na małe co nieco w odpowiednich momentach - u nas te momenty to przed jedenastą, około pierwszej i około trzeciej. Wtedy głód zaczyna podgryzać małe brzuszki i dobry humor się ulatnia.
Na szczęście szybko wraca.

A wtedy znowu latają samoloty, tata-ciężarówka z synkiem-traktorkiem jadą na spacerek, lalkę boli brzuch i trzeba ją osłuchać - albo spada z samolotu i trzeba jej koniecznie nakleić kilka cichcem wyjętych z opakowania plasterków.
A potem z pokoju dzieci słychać:
- ...to chodźmy zapytać mamusię!
I nagle do pokoju, w którym pracuję przybiegają dwa małe stworzonka.
- Mozemy być golasami? - pyta Witek, robiąc wielkie oczy.
- Będziemy się bawić w basen! - podskakuje Joaśka.

A ja pozwalam, bo jak mam nie pozwolić. Bo w domu ciepło. Bo nikt nie widzi, siódme piętro, nikt nam w okna nie zagląda.

I wtedy słyszę tylko pluski (Ale plusnąłeś, Witulku), psiki (psiiiik! polałem cię wodą, Aśka! jesteś caaaała mokra!), bawią się z nimi delfiny, płaszczki nie, bo są trochę niemiłe, a wieloryby - za duże.

Potem przybiega do mnie Witulek, ze zręcznością zdecydowanego kota pakuje się na kolana i mówi szeptem:
- Wies, co?
- Nie wiem - oświadczam zgodnie z prawdą.
- To ja ci powiem! - triumfuje i znowu ścisza głos do szeptu. - Nalejemy wody do choinki, do pienia, i będzie psikała wodą z cubecka! jak fontanna! Do samego sufitu!
I, zaśmiewając się, ucieka.

Szybko opanował zabawę w na niby i historie opowiadane od niechcenia, zaczynające się bardzo realnie, a kończące niesamowitymi wydarzeniami. Na początku myślałam, że to dzięki starszej siostrze, ale teraz widzę, że on to ma po mnie, to opowiadanie historii, które brzmią wiarygodnie, chociaż wcale nie są prawdziwe. Niczym nie ograniczona wyobraźnia, galopujące skojarzenia, które potrafią w ciągu pięciu sekund przeprowadzić właściciela tysiąc myśli dalej.

Pewien wieczór nie tak dawno temu. Idziemy spać, to znaczy Witulek idzie, a ja mu pomagam. Trochę się kłóciliśmy wieczorem, więc przytulam go i mówię:
- Jesteś dla mnie bardzo ważny, wiesz?
- Tak - mówi Witulek - bo lobię dla ciebie rózne zecy wazne, i l kopeety, a nas latawiec został nad mozem!
I to jest właśnie logiczny ciąg skojarzeń. Naprawdę logiczny.
Mam dokładnie tak samo, tylko że ja już nie opowiadam światu całej drogi, którą przeszedł mój umysł. I Witek też przestaje. Chociaż wciąż jeszcze - dużo, dużo z tego opowiada.

Za to Joasia nie opowiada.
To, co ważne, to, co bardzo by chciała, to, za czym tęskni - chowa gdzieś głęboko. Czasem, rzadko i przy bardzo sprzyjających warunkach, mówi o tym, co dobre. O tym, co złe, prawie nie mówi. O smuteczkach, o niespełnionych tęsknotach, o tym, że było jej przykro.

Witek jest otwarty i optymistyczny. Joasia - o wiele bardziej zamknięta, melancholijna - chociaż mimo tego bardzo radosna. Zupełnie różni. Kiedyś myślałam, że to moja wina albo zasługa, że inaczej podchodziłam do małej Joasi, a inaczej podchodzę do małego Witka. Na pewno inaczej, ale niewiele mam z tym wspólnego, to ich charaktery takie są. Czytałam kiedyś, że dziecko rodzi się z charakterem i on się tylko powoli ujawnia, żadne tam tabula rasa i kształtowanie. Ten rdzeń, ten zapis najważnieszych cech, zdolności, reakcji - to jest nie do zmiany, można narzucić na niego ładne szmatki społecznego okiełznania - ale w sytuacjach krytycznych wychodzi w całej okazałości.

Tak jest. U nich. U mnie też.
U wszystkich.
Po prostu bardziej to widać, kiedy spędzamy ze sobą półtora miesiąca niemal bez przerwy. Bez przedszkola, bo po ospie mieliśmy się trzymać z dala.
I dobrze nam razem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...