środa, 16 grudnia 2015

Kto tu rządzi, czyli kiedy powinno decydować dziecko


Złapałam się ostatnio we własną pułapkę. Pułapka ma dwie ściany: zostawianie decyzji dziecku i zmuszanie do do przyjęcia naszej. I o obie ściany ostatnio obijam się nieustannie.


Kto tu rządzi 


- To jest moja kuchnia i tu rządzę ja. I każę ci natychmiast odłożyć mleko do lodówki!
Tak, to właśnie powiedziałam rano do mojego syna. I zaraz potem poczułam zakłopotanie.
No bo przecież to jest też jego kuchnia. Przecież ma trzy lata i może sam decydować o tym, co będzie robił. Czy naleje sobie mleka do kubka i wypije, czy nie. No i powinniśmy decydować razem.

I wobec tych myśli budzi się we mnie gwałtowny sprzeciw.
Bo mam dość sprzątania po nieudanych próbach nalania sobie mleka.
Bo mam dość upominania i gadania, że jajka się rozbijają, że nie można wrzucać ciasteczek do herbaty, mieszać, dosypywać soli i tak zostawiać, aż się matka zorientuje i sobie posprząta.
Bo mam dość czekania, aż moje dzieci, stojąc przed otwartą lodówką wybiorą sobie coś na śniadanie i wkurzania się, że w końcu nie wybierają nic.

Dlaczego wciąż pozwalam im o sobie decydować?
Bo się boję, że kiedy dorosną, nie będą tego umieć. Po prostu.
Ale robię to źle.

Olśniło mnie dziś przed południem, kiedy przed dwie godziny próbowałam pracować, a dzieci próbowały się ze mną bawić, co się skończyło wielką awanturą. Olśniło mnie, a to taki banał jest, że hej.

Dziecko może decydować o sobie i rzeczywistości, ale tylko w wyznaczonych granicach. Wyznaczonych przez rodzica. Mądrze. 

Decydowanie wymaga współpracy


Weźmy na przykład takie buty.
- Załóż różowe buty, Joasiu!
- Nie!
- To załóż kremowe.
- Nie!
- W takim razie sama zdecyduj, które założysz.
- Balerinki!
- Na balerinki jest za zimno.
- Chcę balerinki!
- Nie!
- Tak!
- No, to które buty zakładasz? Decyduj! Szybko!
Ona płacze, ja jestem wściekła - że nie możemy po prostu wyjść, tylko musimy się przepychać o wszystko.


Co się stało?
Najpierw zdecydowałam ja.
Później oddałam możliwość decydowania Joasi.
A potem zanegowałam jej wybór i kazałam dokonać następnego.
Takiego, który odpowiada mnie, a nie jej. I to jeszcze pod presją.

Dałam jej możliwość wyboru. W najgorszy możliwy sposób.
Postawiłam na jej samodzielność. A raczej postawiłam na tej jej nieopierzonej samodzielności nogę słonia ubraną w but z kolcami. 
Auć.

Decydowanie to proces, który wymaga współpracy rodzica z dzieckiem i umiejętności chodzenia na kompromis.


Bo że to będzie konsensus, już dawno przestałam się łudzić.

To tak, jak ze szkołą jazdy: instruktor trzyma nogę na swoim sprzęgle, dopóki - spokojnie i delikatnie - nie nauczy się używania sprzęgła młody kierowca. I na początku kierują razem. Kiedy jest łatwo - bardziej ten młody. Kiedy jest trudno - bardziej ten stary, ale wciąż razem. Im dalej w kurs, tym bardziej decyduje młody.

Dzieci, czy mamusia może teraz popracować? 


Jak myślicie, jaka jest odpowiedź?

"Ależ proszę, kochana mamusiu, wiemy, że twoja praca jest dla ciebie bardzo ważna, że się w niej rozwijasz i zarabiasz tak potrzebne nam pieniądze. Z przyjemnością pobawimy się sami przez następne trzy godzinki i jeszcze zrobimy ci kawy."

To jest tak głupie i tak często się na tym łapię.
Mogę teraz zadzwonić?
Mogę iść do łazienki?
Mogę? Mogę? Mogę?

Tym najgłupszym pytaniem na świecie oddaję swoje życie w ręce moich dzieci. A potem narzekam, że jestem źle zorganizowana i dzieci mi na nic nie pozwalają.
Nie pozwalają, bo ja im na to pozwalam. Na decydowanie o moich, dorosłych zajęciach.

Wynikają z tego dwie słabe rzeczy.

Po pierwsze - oni się nie uczą, że mogą o sobie decydować. Że powinni o sobie decydować, do jasnej anielki. A potem wszyscy się dziwimy, że dzieci nie wiedzą, czego chcą. Przecież biorą przykład z mamy, która nie oznajmia, że teraz idzie pracować do komputera, tylko pyta, czy może!

Po drugie - decydowanie staje się dla nich procesem przytłaczającym. Wyobraź sobie, że trafiasz do korpo. Pracujesz na infolinii. Wiesz o firmie tyle, ile dowiedziałeś się z sieci przed rozmowa kwalifikacyjną. W drugi tygodniu pracy stanowisko obok ciebie zajmuje prezes. I zaczyna się.
- Mogę zadzwonić do mojego asystenta?
- Mogę wyjść do toalety?
- Mogę się spotkać z szefem Biotabu?
- Mogę podpisać umowę o transferze rastbitów z Akelu do Lundii?

Szef pozwala Ci decydować o najważniejszych sprawach. jakie to motywujące! Mega! Świetnie trafiłeś!
Nie?
Oczywiście, że nie.

Każdy człowiek powinien otrzymywać taką odpowiedzialność, jaką jest zdolny podjąć. 
A przede wszystkim - mały człowiek.

Jak to dobrze rozegrać?


Cały czas się nad tym zastanawiam. I wychodzi mi, że wystarczą do tego trzy rzeczy.

Po pierwsze - słuchać dziecka. Nie słów, które wypowiadają jego usta, ale tego, co mówi wszystkim: gestami, zachowaniem, płaczem. Słuchać, obserwować, myśleć. I umieć ocenić, czy to jest dobry moment na dawanie dziecku możliwości decydowania.

Po drugie - nie przytłaczać, nie ponaglać. Pomagać delikatnie i z wyczuciem. Świetnie tu działa małe ćwiczenie wyobraźni: dziecko zamienia się w uroczą, ale kapryśną i niecierpliwą, niezbyt zamożną starszą panią, która chce wybrać i kupić buty, czapkę, książkę. A ja - w spokojną sprzedawczynię, z poczuciem humoru i szacunkiem do klienta. 

Po trzecie - rozumieć. Że można płakać z wściekłości, kiedy się chce założyć zielone i różowe buty naraz - i i trudno z którychś zrezygnować. Że można mieć trudny dzień i w sklepie stać przez dziesięć minut przed półką z soczkami.
Dorośli też tak mają.
Czy nigdy nie stoisz przed szafą przez kwadrans, bo nie masz się w co ubrać? Czy nigdy prosisz kelnerki, żeby podeszła za chwilę, bo nie masz pojęcia, co wybrać z menu? 
To dokładnie tak samo, tylko dorośli wtedy nie płaczą i nie rzucają butami. 
Przynajmniej zazwyczaj. 




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...