piątek, 13 listopada 2015

Córeczko

















Patrzę, jak śpisz.
Przytulona do termofora, zawinięta w pierzynkę.
Biedna. Chora. I taka śliczna.

Powieki jak muszelki, moje ulubione znad Bałtyku. Pięknie wykrojone usta. Z charakterem.Ten charakter daje się we znaki, szczególnie ostatnio, kiedy tak bardzo chcesz już być dorosła, kiedy starasz się mówić jak dorosła, kiedy tak bardzo chcesz być mną. I jednocześnie nie chcesz.

Trudne momenty teraz mamy.
Robisz mi wyrzuty, że nie zrobiłam Ci pić, chociaż nawet o to nie poprosiłaś. Tym samym tonem, którym ja z rzadka robię wyrzuty Twojemu tatusiowi. I czasem Tobie.

Upierasz się przy swoim, krzyczysz, płaczesz, z zaciętymi ustami odmawiasz założenia kurtki, która jeszcze wczoraj, dwadzieścia godzin temu była dobra, a dzisiaj już nie jest. Krzyczysz, bo buty są nie takie, a sama je wybierałaś, sama stwierdziłaś, że są dobre, w sam raz.

Nieśmiało oglądasz w sklepiku nad jeziorem zabawki, nie prosisz o konika, bo boisz się, że jednak go nie dostaniesz, wiesz już, że nie można zawsze mieć wszystkiego, ale bardzo byś chciała to wszystko mieć.
To wahanie, kiedy Cię pytam, czy chcesz konika.
Ta dyplomatyczna odpowiedz, kiedy mówisz, że chyba tak, że mooooże.
Ta radość w oczach, kiedy po raz drugi podchodzimy do kasy z niebieskim kucykiem z różowa grzywą.

A potem, tylko chwilę pózniej, w samochodzie, płaczesz, bo Twój brat nie chce Ci pokazać wędki. Radosny nastrój pryska, już nie chcesz dawać konikowi tabletek i smarować go maścią, żeby był zdrowy. Teraz on już jest zdrowy, a ty jesteś zła, bo chcesz zobaczyć tę wędkę, już, zaraz, natychmiast.
I próbujesz go do tego zmusić krzykiem i płaczem.
I tak samo próbujesz ze mną. I z Twoim tatą.
Z innymi - jakoś nie.

Wychodzę z tych naszych awantur, z tego krzyku i niepokoju, z tych prób zarządzania krzykiem, z obolałym sercem. Czasem ze złością. Z frustracją. Z poczuciem, że mam już dość.
A jednak wciąż nie mam.

Śpisz teraz tak spokojnie, jak mały kotek, ciepła i rumiana, przytulam Cię jeszcze, bo tak bardzo chciałaś się przytulać, że teraz nie chcę odchodzić, chociaż dawno już zasnęłaś.

Przypomina mi się, jak miałaś dwanaście tygodni, w brzuchu, taka maleńka. I patrzyłam na Ciebie na ekranie monitora, który ekipa filmowa wstawiła do jednego z pokojów na porodówce. Aktor grający lekarza próbował ogarnąć ten sprzęt, w ciasnym pokoiku tłoczyła się ekipa chyba z dziesięciu osób, jedna kamera, druga kamera, pani doktor skulona przy moich łydkach szeptem udzielała instrukcji, jak trzymać tę słuchawkę od USG.

Wszyscy patrzyli na tego aktora, znanego, występującego w serialach. I na Michała Żebrowskiego, garbiącego się przy drzwiach sali.
A ja patrzyłam tylko na Ciebie.

Wszyscy patrzyli na tego aktora i współczuli mi, że zamiast godziny siedzę już w tym szpitalu pięć, bo jeszcze jedno ujęcie, bo znowu nie tak się nagrało, bo USG nie wygląda dobrze na podglądzie, a ja wcale nie chciałam wychodzić, bo nie każda matka może sobie przez czterdzieści pięć minut oglądać swoje pierwsze dziecko na USG. A ja mogę. Teraz, właśnie teraz.

A potem, dwa tygodnie później, znowu patrzyłam na Ciebie na ekranie monitora, ale ekipy filmowej już nie było, lekarze koło mnie szeptali coś o markerach, o kości nosowej, o granicy, o tym niewymownym, czego nawet nie pozwoliłam im doprecyzować, zdecydowanie oznajmiając, że urodzę Cię za pół roku. I jeśli to koniec badania, to chciałabym już wyjść.

Potem przez chwilę żyłam w strachu. W poczuciu bezradności wobec genetyki. I w końcu przyśniłaś mi się, mieściłaś mi się w dłoniach, maleńka, taka doskonała. Odczytałam ten sen, pełen spokoju, jako znak od Tego, który stworzył mnie i Ciebie. I przestałam się bać.

A potem patrzyłam na Ciebie na porodówce, kiedy spałaś spokojnie obok mnie, zawinięta w becik, maleńka, piękna tym pięknem noworodka, które znika w ciągu kilku dni i którego nie potrafi uchwycić nawet najlepszy aparat. Z dziesięcioma punktami w papierach i z tym błyskiem inteligencji w oku, który kazał Ci mówić pełnymi zdaniami dwanaście miesięcy później i który teraz każe Ci czytać i pisać, chociaż czas dopiero co dodał połówkę do Twoich czterech lat.

I teraz patrzę na Ciebie. Śpisz cicho i spokojnie, przez sen nie boli Cię chore gardło. Przytulasz się do termofora, zawinięta w pierzynkę jak w becik. Śpisz i nie kłócisz się o buty, nie płaczesz z powodu nieudanego obrazka, nie robisz dzikiej awantury o pisanie na telefonie tatusia. Śpisz i nie opowiadasz swoich nieziemskich historii o wszystkim, nie skaczesz z radości na widok galaretki i nie śmiejesz się na całe gardło, bo dopadła Cię głupawka.  Śpisz i nie szepczesz mi do ucha, że kochasz mnie bardzo, bardzo, bardzo.

Ale ja Ci to szepczę: właśnie to.
Że kocham Cię bardzo, bardzo.
I tak długo już.
Moja córeczko.




7 komentarzy:

  1. Chciałabym potrafić tak pięknie opisać miłość. .. Wzruszające...

    OdpowiedzUsuń
  2. wow cudowne wyznanie miłości...

    OdpowiedzUsuń
  3. Pieknie to opisałaś! Opisałaś uczucia wielu z nas, a na pewno moje!

    OdpowiedzUsuń
  4. Wzruszyłam się ....
    www.kolorowe-usta.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  5. Wzruszający post, czuć że pisany miłością! :)

    OdpowiedzUsuń
  6. No przecież to wszystko... jakbyś o mnie i mojej córce pisała, jakbym to ja... Dziękuję.

    OdpowiedzUsuń





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...