piątek, 16 października 2015

Żałuję, że to powiedziałam

Miała być dzisiaj jesień w sadzie, ogarnęłam foty i nadają się do pokazania - ale wydarzyło się coś ważnego i chcę Wam o tym napisać.
Moje dzieci są chore. Od prawie trzech tygodni kaszlą i smarkają, na te trzy tygodnie składa się jedno przeziębienie - trzy dni w przedszkolu i kolejne (hy, hy) przeziębienie. Poza uporczywym i wkurzającym katarem nic im nie jest, ale dwa tygodnie w domu- bez spaceru - sprawiają, że nie mogą już wytrzymać.

No więc oni wyją z nudów (niemal), a ja pracuję. Moja praca polega na zdobywaniu informacji i pisaniu. I wymagaa skupienia. Ale zazwyczaj pierwsze dwie godziny po śniadaniu bawią się sami, a ja wtedy działam bardzo, bardzo efektywnie, żeby zdażyć przed pierwszym spadkiem nastroju.

No, ale dzisiaj było inaczej.

Dzisiaj rano zjedliśmy śniadanie, potem sprzątnęłam sypialnię, wstawiłam pranie i zrobiliśmy inhalację. Podczas inhalacji zwyczajowo czytamy książeczki. Po dwudziestu minutach byliśmy po. Poszłam zrobić sobie kawy, żeby siąść do pracy, Witulek wybrał sobie  z kuchennej szuflady wiatraczki (czy jak im tam) do miksera, wziął słoik, nożyk i dynię, której kupno wczoraj wynegocjował, i poszedl do pokoju robić z niej sos.
A koło mnie zmaterializowała się Joaśka.
- Nie mam żadnych pomysłów - oświadczyła ponuro i kopnęła taboret.
Oho, czarne chmury na horyzoncie.
- To może przewiniesz lalkę - zaproponowałam bezmyślnie.
- Nie!
- To może sprztątniesz rozsypane klocki?
- Nie! - zawyła Joasia, po czym zaczęła szlochać.
Dziś mam taki dość intensywny dzień i każdy kwadrans się liczy. Więc zamiast jej posłuchać, dać miejsce na jej emocje - zaczęłam myśleć o tym, ile czasu zabierze mi jej marudzenie.
A w tym czasie Joasia nie próżnowała, tylko płakała i krzyczała.
Bo ona nie chce się bawić sama, ona chce się bawić ze mną, nie ma pomysłu i nic jej się nie chce!
Temperatura rosła. A ja jestem cholerykiem. Więc w końcu też zaczęłam krzyczeć
- Mam dzisiaj bardzo napięty dzień. Więc jak dla mnie możesz nic nie robic, możesz się nudzić do wieczora, a ja i tak się nie będę tobą zajmować, bo nie jestem zabawiaczką dzieci, tylko twoją mamą! Jak ci się nie podoba żaden mój pomysł, to idz i posprzątaj swoje zabawki!

Tak, jakby to miało pomóc.
Joasia rozpłakała się jeszcze bardziej, pobiegła do pokoju i rzuciła się na łóżko, żalośnie szlochając i kopiąc ścianę ze złości.
- Sprzątnij klocki i książki, albo je wyrzucę - powiedziałam jej jeszcze.
- Chcę się przytulać  - załkało moje dziecko.
- Nie teraz - rzuciłam przez zęby  i poszłam pracować.
Wściekła.

A jak jestem wściekła, dopada mnie terror białej kartki, nie wiem, o czym chcę pisać o jak, zero. Null. Pusta głowa, pełna brzęczących, złych myśli. Gniazdo os.

Ona tam szlocha, a ja tu robię podsumowanie.
CO ja właściwie jej powiedziałam?

Właściwie to powiedziałam, że nic mnie nie obchodzi, jak się czuje moje dziecko, i że bardziej kocham moją pracę, niż moją córkę. I jeszcze jej groziłam.

Po co Wam to piszę?
Bo ta mało chwalebna historia - moja, ale wspólna chyba dla wszystkich matek - ma nieco bardziej chwalebne zakończenie.
Po czterech minutach uznałam, że przegięłam na maksa.
I poszłam Joaśkę przytulić i przeprosić.
Przytulałyśmy się może z pięć minut. A potem...
Potem zeszła mi z kolan i powiedziała:
- Będę malować włosy lalce.
I poszła.
Minutę pózniej siedziała już przy stoliku z Witulkiem i razem z nim patroszyła dynię.
A ja mogę pracować.

I wiecie co?
Gdybym zaraz na samym początku poświęciła pięć minut na spokojne posłuchanie Joasi - tej awantury i tych przykrych słów wcale by nie było.
Jak się tak zastanawiam, to przyczyną trzech czwartych takich kłótni są RODZICE.
Nie dzieci.

A wystarczy po prostu posłuchać.
Nie proponowac gotowych rozwiązań.
Nie krzyczeć.
Nie grozić i nie szantażować.
Pozwolić dziecku wyrazić jego emocje. Być z nim, przytulić, nawet nic nie mówić.
Wystarczy.







4 komentarze:

  1. Masz rację! Często to my te kłótnie wywołujemy a sa sytuację, w których można ich uniknąć! Ale wtedy, właśnie w tej chwili nie zawsze o tym pamietamy :(

    OdpowiedzUsuń
  2. oj to prawda też czasami tak potrafię zareagować a niewiele potrzeba dziecku

    OdpowiedzUsuń
  3. Nawet nie wiesz, jak mi bliska jest Twoja sytuacja. Pracuję w luźnych godzinach, najczęściej w domu, zwłaszcza w domu, jeśli nie wyjeżdżam z grupami, a że jest jesień, przedszkole, przeziębienia i trzytygodniowe katary z kaszlem, które za nic nie chcą się odczepić, to i moją dwójkę nosi. Jedną z najcenniejszych cech, które mają moje dzieci, jest to, że mówią o uczuciach, mówią, gdy im źle, gdy chcą się przytulić, gdy kochają, gdy podziwiają lub czegoś nie znoszą. I już doskonale wiem, że te 5 minut "najpierw" działa cuda. Uzdrawia spanikowaną matkę, uzdrawia stęsknione dzieci, uzdrawia w ogóle całe te żałośnie zapłakane deszczem jesienne dni ;)

    OdpowiedzUsuń





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...