czwartek, 15 października 2015

W ciąży? A ubezpieczona pani jest?


Jest zima. Jest noc. Na dworze mróz, ale w środku gorąco, bo mocno grzeją w tym szpitalu. Na izbie przyjęć kilka kobiet z mało przytomnym spojrzeniem. Jedna trzyma się za brzuch. Inna gapi się w ścianę. Towarzyszą im zdenerwowani mężczyźni. Drzwi gabinetu otwierają się i wychodzi z nich blondynka z cierpieniem wypisanym na twarzy. Siedziała na izbie przyjęć pół godziny. Ma skurcze. Ja też mam.
I teraz ja wchodzę.
Nie, mąż nie może wejść z panią.
W środku lekarz i pielęgniarka.
Imię. Nazwisko.
Skurcz.
Adres. Pesel.
Skurcz.
Odzyskuję oddech.
Telefon męża.
Skurcz.
Przez te skurcze nie do końca wiem, czy ja to ja. Chyba tak się nazywam, ale czy mój pesel kończy się na szesnaście? A telefon męża na zero zero siedem?
- Proszę dowód ubiezpieczenia - mówi w końcu pielęgniarka, dwoma palcami wstukująca dane do komputera. Im się nie spieszy. Mnie jakby zaczyna.
- Nie mam.
- Jak to pani nie ma? - pyta lekarz.
Pielęgniarka grzebie w papierach.
- To musi pani to podpisać.
Na papierze oświadczenie. do wyboru mogę oświadczyć, że jestem ubezpieczona, że wiem, że jestem, ale nie moge tego udowodnić i że nie jestem.
Skupiam się, na ile się da.
- Ale ja jestem na prawach ubezpieczonego na mocu ustawy - mówię.
Patrzą na mnie zdziwieni.
- No, jest taka ustawa - zaczynam, ale kiepsko się wyjaśnia kwestie prawne, kiedy skurcz odbiera dech.
- No, chyba o tym słyszałem - mówi lekarz.
Mam ochotę go kopnąć, ale na szczęście nie mam siły.
- To niech pani to napisze na tym oświadczeniu - mówi pielęgniarka.
Biorę papier, dopisuję punkt czwarty i notuję w nim, że na mocy ustawy z września  - o, nie, a może  z lipca? i którego roku? Chrzanić to. Jestem w ciąży, to wystarczy. Gońcie się, źle wyedukowani lekarze i leniwe pielęgniarki. Chcę na salę porodową, ale już.

Fundacja Rodzić Po Ludzku wypuściła właśnie kolejny raport - "Monitoring dostępności do usług ginekologiczno-położniczych w ramach NFZ w Polsce". Bardzo znamienny. Naświetla trochę z tej rzeczywistości, która tak mnie wkurzała w ciąży. I z którą nic nie zrobiłam, bo z noworodkiem przy piersi trudno znaleźć kwadrans na risercz, a co do piero przeprowadzić dziennikarskie śledztwo.

A co wkurzało mnie najbardziej?
Nieustanne żądanie dowodu ubezpieczenia. Położne każące ciężarnym się zarejestrowac w Urzędzie Pracy tylko po to, żeby miały papiery. Pani, która z miłym uśmiechem zawiadomiła mnie (w szóstym tygodniu ciąży) - że na USG może mnie wpisać na za dwa miesiace (!!!) - albo za trzy tygodnie prywatnie.

A ustawa mówi jasno w artykule 13:

1. Świadczeniobiorcy inni niż ubezpieczeni, którzy:
1) nie ukończyli 18 roku życia,
2) są w okresie ciąży, porodu i połogu
- mają prawo do świadczeń opieki zdrowotnej na zasadach i w zakresie określonych
dla ubezpieczonych.
Tadam!

Ustawa z dnia 27 sierpnia 2004 r. o świadczeniach opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych.


Kiedyś, bardzo wczesnym rankiem zjawiłam się w puściutkim gabinecie na KTG. I ucięłam sobie szczerą pogawędkę z położną.
Dlaczego szpitalna przychodnia odsyła kobiety bez ubezpieczenia gdzie indziej albo zmusza je do załatwiania sobie tego świstka?
Bo przy takiej nieubezpieczonej jest dwa-trzy razy więcej papierów do wypełniania, a doba krótka jest i wiadomo, że ma kres. I fajnie by było się pacjentkami pozajmować, zamiast ślęczec nad dokumentami. 
Bo - uwaga - NFZ szpitalowi nie płaci za takie kobiety! W miesiącu jest ich z piętnaście. "Normalne" są rozliczane z puli NFZ-towskich pieniędzy, ale te na prawach ustawowych z jakiejś innej puli. Ponoć z budżetu. I tych pieniedzy nie ma. Ministerstwo jest dłużnikiem szpitala, a kasy trochę się już nazbierało. I szpital musi sobie z tym radzic, bo rozliczenie pokazuje, że jest nad kreską, a w kolejce do płacenia pierwsze są te szpitale pod kreską.

Zadzwoniłam do NFZ, żeby się dowiedzieć, jaka to pula pieniędzy, jaki jest rozdział, czy rzeczywiście tak się dzieje.
Pani nabrała wody w usta, twierdząc, że ona o niczym nie wie i moge wystosować zapytanie do działu prawnego.
Wystosowałam.
Nie mogli mi udzielić informacji.
Dziwne, bo to przecież publiczne pieniądze są. Czyli powinny być transparentne, prawda?
Oj, mam ochotę wrócić do tematu. Tym razem bez norowodka przy piersi. 

A Was odesłał ktoś z kwitkiem, bo nie było dowodu ubezpieczenia? 

[fot. Mąż]

http://madrzy-rodzice.pl/2015/10/blogowyczwartek-22-10-2015/

4 komentarze:

  1. Na szczęście mnie sie to nie zdarzyło, ale wiem, że takie rzeczy się dzieją! Bardzo dobry temat poruszyłas1

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To super! A ja przez dwie ciąże "bez dowodu" zdążyłam się dużo prawa nauczyć :)

      Usuń
  2. Osobiście nie, ponieważ zaszłam w ciążę będąc zatrudnioną i nie zostałam zwolniona, bo pracodawca nie chce matek. Wręcz przeciwnie. Ogromne wsparcie otrzymałam. Ale do tematu. Z terminami u ginekologa na NFZ tak jest, oprócz ciężarnych mają też inne pacjentki, więc żal niezbyt trafiony. Ciężarne są traktowane priorytetowo, stąd termin miałaś za 4tygodnie a nie za 3 miesiące jak "zwykła" rejestrująca się. Jeśli chodzi o kwestię "nieubezpieczonych" to leżałam w sali z taką ciężarną. Nawet cesarkę jej zrobili - więc to kwestia szpitala, a nie ogólnie służby zdrowia. Ale fakt jest,że papierów do podpisania miała trzy razy tyle jak ja.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fajnie, że otrzymałaś wsparcie w pracy:)

      A co do uwag - kurczę. Nie wiem, gdzie pisałam o terminie za 4 tygodnie. I gdzie pisałam o tym, że szpital nie obsługuje "nieubezpieczonych". Może inny tekst chciałaś skomentować?

      Pozdrawiam!

      Usuń





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...