sobota, 10 października 2015

Sprawa zaginionego kota. Odcinek 9

Telefon zadzwonił nieprzyzwoicie wcześnie. O tej porze nawet moje dzieci nie wstają. Zanim otrzeźwiałam na tyle, żeby odebrać, przestał dzwonić.  Oho, numer nieznany. O piątej rano.
Obudziłam się na dobre.

Za oknem horyzont jakby przejaśniał, ale słońce nie zamierzało jeszcze wstawać. Dzieci też nie. Kuba uchylił jedno oko, ale zaraz je zamknął. Po omacku wyszłam z sypialni i poszłam do komputera.
Zrobiłam sobie jeszcze herbatki miętowej i siadłam przed ekranem.
Cisza. Spokój. Żadnych dziecięcych żądań. Nikt do mnie nie gada. Idealne warunki do pracy. Szkoda tylko, że nie ma nad czym pracować.

Od ładnych paru tygodni moje śledztwo stało w martwym punkcie. Czas płynął, nadszedł kwiecień. Święta Wielkanocne skończyły się, ledwo się zaczęły, i chociaż trwały pięć dni, czas upłynął o wiele za szybko. Zima przypomniała sobie, że jej nie było, i urządziła nam małą Skandynawię. Może dlatego czułam się trochę jak Wallander. Co prawda nie piłam kawy litrami, ale na pewno czekałam na przełom. A przełomu nie było. Policja nabrała wody w usta, nadinspektor Majewski zapowiedział, że da znać, jak pojawi się coś nowego i pytany regularnie raz w tygodniu cierpliwie odpowiadał, że nic się nie dzieje. Podkomisarz Marcinkowski jakby zapadł się pod ziemię. Oczyma wyobraźni widziałam go w jakiejś melinie, rozpracowującego gang. A może rzucił tę robotę, bo w komendzie nie chcieli mi nawet powiedzieć, czy pracuje.

Z tajemniczym plikiem, skopiowanym z kociego pendrive’a, zanim szanowny podkomisarz zgarnął mi go sprzed nosa, sprawa miała się podobnie. Ustaliłam w końcu, czym drania otworzyć, a kiedy mi się to udało, znalazłam listę nazwisk i numerów telefonów. Rzuciłam się na nią jak sęp na padlinę, ale dwa tygodnie przeczesywania Internetu i pytania wszystkich którzy przyszli mi do głowy, nie dało żadnych rezultatów. Po znajomych krążyły już dowcipy o liście Agaty, którą namiętnie czytałam im przez telefon, żądając myślenia i kojarzenia. Siedem nazwisk, które powinny się przecież gdzieś pojawić. I oczywiście się pojawiły, bo nie da się w Internecie nie znaleźć dowolnej kombinacji imienia i nazwiska. Znalazłam czternastolatka z Wielkiej Wsi gdzieś w pomorskim, aktora z Żagania, bohatera powieści polskiej debiutującej pisarki romansów, szefa fanklubu PSL w Kocurach, świetnie się zapowiadającego siedmioletniego łyżwiarza z własną stroną internetową założoną przez zapobiegliwych rodziców, dwulatka czekającego na przeszczep i pięciolatka, który wygrał gminny konkurs ortograficzny. Do tego spędziłam godzinę, próbując znaleźć kogoś, kto w Internecie nie istnieje i wyszukiwarka wyrzuci zero wyników, ale nawet to mi się nie udało. W ferworze walki złamałam też prawo, przekonując znajomego, żeby mi sprawdził numery telefonów. Części w ogóle nie było w systemie. Dwa okazały się być nieużywanymi numerami z kart pre-paid. Jeden był prawdziwy, ale najwyraźniej przez pomyłkę, bo odebrał jakiś dzieciak, a kiedy telefon przejęła jego zdenerwowana matka, dowiedziałam się, że mają ten numer od tygodnia. Kto miał go wcześniej – nie udało się ustalić. Rozczarowana i zła doszłam do jednego sensownego wniosku: plik był jedną wielką ściemą. Albo wszyscy jego bohaterowie brali udział w jakimś antyfeministycznym spisku, i to najpewniej inspirowani przez siły islamskie.  Z takimi danymi nie byłam w stanie napisać zamówionego tekstu, nawet gdyby składał się z pięciu teorii spiskowych.  

Siedziałam więc przed komputerem, ponuro gapiąc się w ekran i rozważając telefon do naczelnego, zanim mi zapłaci. No, ale nie o piątej rano.
Z nawyku włączyłam przeglądarkę i zajrzałam w pocztę. Żeby tylko nie gapić się na te kilka plików, z których nic nie wynika.
W poczcie znalazłam wiadomość do Maćka, który pytał, czy skończyliśmy już z komputerem, bo chciał go wymienić w jakiejś akcji. Pełna wyrzutów sumienia odpisałam mu, że dzisiaj oddamy, i zabrałam się za czyszczenie dysku. Pousuwałam denerwujący folder z dwóch partycji, na których zabezpieczył je zapobiegliwy Maciek, a potem małym programikiem przeczesałam dysk jeszcze raz, z poleceniem pokazania ukrytych folderów.
I znalazłam jeszcze jedną kopię, utworzoną… no właśnie. Chyba wcześniej niż wszystkie pozostałe.
W głowie zapaliła mi się czerwona lampka i rzuciłam się do notatnika. Kiedyż to, ach, kiedy odwiedził nas ranny podkomisarz Kazimierz Marcinkowski?  Wertowałam strony notesu, próbując sobie przypomnieć, co się wtedy działo. Tak! Kuba szedł do dentysty, to musi być ta data. Wygrzebałam usunięte foldery z cyfrowego kosza na śmieci.
No tak.
Dwa foldery z datą późniejszą.
Jeden z wcześniejszą.
O, matko i córko.

Odgrzebałam gdzieś instrukcję otwierania tego pliku tekstowego z dziwnym rozszerzeniem. Po paru minutach zamiast pustych kwadracików rozsypanych po trzydziestu stronach zobaczyłam listę.
Listę siedmiu nazwisk. I siedmiu telefonów.
Zupełnie inną, niż ta, nad którą pracowałam przez dwa tygodnie.
Dwa z nich znajome.
O, rety. O, rety!

Przesiadłam się do własnego komputera, zupełnie zapominając o Maćku i czyszczeniu dysku.
Dzień dobry, wujku Google.
Jedno nazwisko.
Drugie. Trzecie.
Są. Wszyscy są. I wszyscy z Krakowa.
Rzuciłam się na wyniki jak dziecko na czekoladę.
Dwóch dziennikarzy. Jeden radny.
Jeden pan, na oko, ze służb specjalnych, ale trzeba to potwierdzić.
Słońce nagle wyłoniło się zza chmury i dźgnęło mnie promyczkiem w oko.
Kichnęłam, rujnując poranną ciszę. A niech to. Zaraz pewnie wstaną dzieci. Jeszcze chwilę, jeszcze chwilę śpijcie, trzy minuty, może pięć. Niech ja sobie ich wszystkich wyguglam.
- Mamuuusiu! Dzie jesteś?
Och, synku, nie teraz, matka dokonuje przełomu w śledztwie!
- Mamusiu! Cemu nie ma mamusi?
Zła matka, zła. Zamiast iść do sypialni, złapałam notes i zaczęłam zapisywać nazwiska i numery. Żeby na pewno nigdzie mi nie zniknęły. Byłam przy piątym, kiedy usłyszałam za sobą ciche kroki i pochlipywanie. Kuba niósł na rękach Józinka z biedną podkówką na małym buziaku.
Spojrzał na mnie, rozczochraną, w bluzie narzuconej na piżamę, z obłędem w oczach.
- Mamusia pracuje, Józinku. Choć, zrobimy jej kakałko.
Wróciłam do wyszukiwarki.
Numer szósty. Jedyna kobieta na liście. Aktorka: mało znana, całkiem ładna.
I numer siódmy.
Podkomisarz Kazimierz M.





2 komentarze:





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...