sobota, 31 października 2015

Sprawa zaginionego kota. Odcinek 12



Radio trzeszczało i syczało, co jakiś czas dopuszczając kogoś do głosu. Ktosie byli różni i bardzo enigmatyczni, jak to zazwyczaj bywa na podsłuchiwanej przez wszystkich zainteresowanych policyjnej częstotliwości.


Radiowóz był całkiem wygodny i w dodatku nie śmierdział fajkami. Może dlatego, że był nieoznakowany. Nie, żebym była stałą bywalczynią policyjnych radiowozów, ale kilka okazji pozwoliło mojemu mózgowi stworzyć jasne połączenie. To tak, jak z Klubem Biernego Palacza pod Gruszką. Jak jest wywietrzone, czujesz się nieswojo.
Więc czułam się nieswojo. Nie tylko z powodu czystego powietrza.
Siedzieliśmy w radiowozie dobre pół godziny. Poza trzeszczącym radiem panowała zupełna cisza. Majewski, który po tym, jak na niego wpadłam, chwytem za łokieć doprowadził mnie do najpierw do łez, a potem do samochodu, milczał jak zaklęty. Policjant za kierownicą nawet się  nie obejrzał, żeby  zobaczyć, kto wylądował na tylnym siedzeniu.
- Panie nadkomisarzu – zaczęłam nawet, ale zostałam błyskawicznie uciszona.
I tak sobie siedzieliśmy, w syczącej i trzeszczącej ciszy, oblewani co i rusz światłami przejeżdżających samochodów, nieruchomi, jakby te światła zamieniały nas w kamień.
Cisza, ciepło. Zachciało mi się spać. Rozbawiła mnie wizja Majewskiego, który po zakończeniu akcji – o ile to była jakaś akcja – próbuje mnie obudzić. Budzenie mnie nie udaje się czasem nawet moim dzieciom, a podejrzewałam, że Majewski raczej nie próbowałby najlepszej budzącej techniki - skakania po brzuchu.
A może, w desperacji…
Wizja była tak absurdalna, że niemal roześmiałam się w głos. Złowiłam spojrzenie policjanta zza kierownicy i prychnęłam tylko w rękaw. Obaj nagle się poderwali.
No tak, zaczęło się dziać.
Staliśmy przy jakichś krzakach, na bank w niedozwolonym miejscu, ze świetnym widokiem na wyjście spod Granata.
I właśnie w tej chwili ktoś stamtąd wychodził. A przynajmniej uchyliły się drzwi.
- Patrz – mruknął Majewski i sięgnął do ucha.
W drzwiach stanął facet w brązowym płaszczu. Kiedy stał, wydawał się jeszcze większy. Mówił coś do telefonu.
- Gdyby tak wiedzieć, z kim rozmawia – westchnął tęsknie kierowca – ostatnio w Homelandzie widziałem takie urządzonko…
Majewski tylko machnął ręką, żeby był cicho.
- Jedynka, dwójka, wychodzi – powiedział w przestrzeń - Sam. Nie zgubcie go, bo wam – zerknął na mnie – nogi z dupy powyrywam.
Proszę, jak obecność kobiety łagodzi obyczaje. Gapiłam się za okno, żeby dojrzeć moment, w którym dwa cienie oderwą się od ściany i ruszą za brązowym, który skończył gadać i nabierał tempa. Ale cieni nie było. W końcu to nie film sensacyjny.
Drzwi uchyliły się znowu. Marcinkowski wyszedł, starannie zamknął drzwi, wyjął fajki i zapalił papierosa.
- Delta, delta, wasz moment nadchodzi – odezwał się znowu Majewski. Zabrzmiało patetycznie.
Zdecydowanie za mało filmów sensacyjnych, panie nadkomisarzu – mruknęłam pod nosem.
Usłyszał.
Nawet się nie odwrócił, pogroził mi tylko palcem. Na dworze Marcinkowski ruszył przed siebie, wypuszczając nosem kłęby dymu. Przy ścianie bistro zamajaczył teraz czarny cień, a zaraz za nim – drugi.
Napięcie w radiowozie rosło. Nawet ja to czułam.
I wtedy zadzwonił mój telefon.
Majewski niemal podskoczył. A ja odebrałam.
- Gdzie jesteś? – po drugiej stronie Kuba miał zaniepokojony głos.
- W porządku, bezpieczna – powiedziałam i rozłączyłam się, widząc, że przegięłam. Spojrzałam za okno. Marcinkowskiego nie było widać. Cieni też nie.
Policjant za kierownicą wyjął skądś pistolet. Odbezpieczył go. Majewski zrobił to samo.
Że co, przepraszam?
- Beta, gotowi – mruknął w przestrzeń nadkomisarz i cicho otworzył swoje drzwi. Jego kolega zrobił to samo i do radiowozu zaczęło się sączyć  zimne powietrze. Miłe ciepło szybko znikło, ale nie czułam tego za bardzo. Adrenalina robiła swoje.
Na chodniku pojawiła się staruszka z pieskiem. Piesek wydawał się starszy od niej, kiedy tak niemrawo wlókł się przez trawnik, żeby obsikać drzewko.
- Kurwa – oznajmił policjant za kierownicą.
A nie wygląda – pomyślałam mało dowcipnie.
Piesek wlókł się teraz do pani, która najwyraźniej marzła i chciała już wracać. Pociągała lekko za smycz, a zwierzaczek robił, co mógł, żeby sprostać wyzwaniu.
Nagle obaj policjanci wyskoczyli z samochodu i ruszyli przez krzaki ku drzwiom knajpki. Z bronią w dłoniach. Staruszka, odwrócona tyłem, niczego chyba nie widziała. Ale ja widziałam. I czułam się jak w kinie.
Do drzwi Granata podchodził właśnie ubrany na czarno facet. Też miał w ręku broń. To takie rzeczy u nas w ogóle się zdarzają?
Facet stanął tuż przy oszklonych drzwiach i padło na niego trochę światła ze środka. Miał gęstą brodę, czarną czapkę i kamizelkę kuloodporną. O ile kamizelka wygląda tak, jak w filmach.
Powoli zaczął je uchylać. Lewą ręką, bo w prawej trzymał pistolet. Duży.
Pomyślałam o Myszy. Mrugnęłam. A facet stał już w otwartych drzwiach. I celował w kogoś, kto był w środku.
I wtedy stało się wszystko na raz.
Spod ziemi wyrośli dwaj goście, ubrani dla odmiany na czarno, rzucili się na napastnika i próbowali go obezwładnić. Broń wystrzeliła gdzieś w niebo. Staruszka nawet się nie obejrzała, może była całkiem głucha. Piesek podskoczył i zaczął wyć. Napastnik nie chciał się poddać, więc oberwał w głowę i runął jak długi na chodnik. Ze środka Granata wyłonili się nagle Majewski i jego kolega, prowadząc Krzywińskiego. Tamci dwaj od ogłuszania sprawnie podnieśli gościa z parteru i powlekli go gdzieś w ciemność. W oddali trzasnęły drzwi i jakiś samochód ruszył z piskiem opon. Po paru sekundach wyjechał na oświetloną jezdnię, ale nie miałam czasu się mu przyglądać.
Drzwi mojego radiowozu otworzyły się i na tylnym siedzeniu wylądował Michał Krzywiński.
- Dobry wieczór pani – przywitał się uprzejmie.
- Tadek, ruszamy – rzucił niepotrzebnie Majewski, bo kierowca już odpalał silnik.
- Robi się – wyszczerzył się Tadek.
- Tylko dookoła – zarządził nadkomisarz i odwrócił się do nas.
- Ma pani dwadzieścia minut na rozmowę. Wystarczy?
Uszczypnęłam się w udo.
- O co tu chodzi? – zapytałam mało inteligentnie.
- To zależy, komu – odpowiedział Krzywiński. Wyglądał o wiele starzej, niż wskazywała na to jego metryka. Głębokie cienie pod oczami, skóra opalona, ale jakby zszarzała. Szczerzył zęby w uśmiechu, który przywodził na myśl kilka mało sympatycznych drapieżników.
O matko. I o co ja mam teraz pytać? Od czego zacząć? Przecież oni i tak nic mi nie powiedzą! A drugiej szansy nie będzie!
Mój umysł szaleńczo analizował wszystkie fakty, próbując złożyć z nich sensowną całość. Patrzyłam na Krzywińskiego i przypominałam sobie wszystko, co udało mi się wyguglać. Czym go zahaczyć? Czym go wkurzyć, a może lepiej nie?
Krzywiński też patrzył na mnie uważnie.
- To pani synek zgubił tego kota? - rzucił w końcu.
- To pan go znalazł? – odbiłam piłeczkę.
- Nie. Znalazł go Kazek. A potem sama się pani w to wpakowała.
- Sama?
- Uznaliśmy, że nadarzyła się pani w idealnym momencie – ciągnął Krzywiński z błyskiem w oku. – Inteligentna, ambitna, dociekliwa, z dużą ilością wolnego czasu. Młoda i naiwna. W sam raz.
Taaak. Mów mi jeszcze. Od kiedy mam dzieci, naprawdę trudno mnie wkurzyć byle czym.
- Dlatego Janek – o, przepraszam, pani naczelny – wszedł z nami we współpracę. Miał o wiele wyższy budżet, wie pani? Sądziliśmy, że zażąda pani o wiele więcej, a tu tak skromnie. Naprawdę, jestem pod wrażeniem. Ale chyba ciężko idzie, co? Myślałem, że zacznie mnie pani szukać z miesiąc temu, a tu cisza, nic. Gdyby nie Zbyszek, nawet tyle by pani nie miała.
- Chcę wysiąść – powiedziałam nagle.
Majewski obejrzał się przez ramię.
- Co, obraziła się pani? – zapytał złośliwie Krzywiński
- Nie, tracę czas. Chcę wysiąść.
Majewski skinął głową i kierowca zwany Tadkiem zatrzymał się w autobusowej zatoczce. Otworzyłam drzwi i popatrzyłam Krzywińskiemu prosto w oczy.
- Pan mi nic nie powie, bo panu nie wolno. To tylko gierki. Wie pan co? Spędziłam wczoraj dwanaście godzin na riserczu. Kiedyś był pan niesamowity. Szkoda, że taki dziennikarz chodzi teraz na pasku służb.
Nie czekając na reakcję, wysiadłam z auta i trzasnęłam drzwiami. A potem demonstracyjnie przebiegłam przez ulicę na czerwonym świetle.
Nic z tego nie będzie, nic z tego nie wyjdzie. Nikt mi nic nie powie, a ja nawet nie wiem, kogo pytać.
Jestem naiwna, tak, tu Krzywiński miał rację. Nudzi mi się w domu i szukam sobie spraw do rozwiązania. Idiotka.
No dobra. Ale to nie ja zrzuciłam kota, prawda? Tylko że wszystko, co się potem działo, było najwyraźniej dobrze zaplanowane.
Szlag. Mogę sobie dać spokój, zaraz z rana zadzwonię do redakcji i powiem, że nici z tematu. Koniec.
Trudno.
Zła i zawiedziona ruszyłam w kierunku tramwaju, który mógłby zawiezć mnie do domu. Lekki mróz zaczął szczypać w dłonie, więc włożyłam ręce do kieszeni.

W prawej kieszeni były jakieś śmieci.
Wyjęłam je. Dwa skasowane bilety, chusteczka, papierek po cukierku.
I karteczka od Myszy.

2 komentarze:

  1. Piszę komentarz ni z gruchy, ni z pietruchy - próbuję się z Tobą skontaktować, ale wiadomość prywatna na fb trafiła pewnie do folderu "inne" - odezwij się proszę!
    - tu Brzuchacze w sprawie cyklu o macierzyństwie:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Piszę komentarz ni z gruchy, ni z pietruchy - próbuję się z Tobą skontaktować, ale wiadomość prywatna na fb trafiła pewnie do folderu "inne" - odezwij się proszę!
    - tu Brzuchacze w sprawie cyklu o macierzyństwie:)

    OdpowiedzUsuń





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...