poniedziałek, 26 października 2015

Sprawa zaginionego kota. Odcinek 11

 - Co ma wspólnego ludzkie ciało z ołówkiem? – przeczytała przez szybę tramwaju nastoletnia brunetka, nieco przy kości.
- Grafit! – odpowiedziała jej chuda blondynka. Bez chwili wahania.

Brunetka zamarła na chwilę, z niedowierzaniem patrząc na koleżankę. Obie były w wieku wczesnolicealnym i wyglądały na zmęczone dniem. Kto by nie wyglądał, wracając przed osiemnastą ze szkoły.
- Skąd wiesz? – odzyskała w końcu głos brunetka.
- Z biologii – znowu zabiła jej klina blondynka
- Chyba żartujesz!
- Nie, kiedyś na lekcji nasz facet od biologii mówił nam…
Ale co mówił, nie usłyszałam, bo pani z głośników uwodzicielsko zapowiedziała mój przystanek.
Zeskoczyłam z ostatniego stopnia.
Zimno.
Jakaś staruszka z psem tęsknie wyglądała swojego tramwaju, próbując znaleźć na mikroprzystanku miejsce nieco bardziej osłonięte przed wiatrem. Na próżno. Pies był mały, czarny, miał lekkiego zeza i wyglądał na bardziej zmarzniętego, niż jego pani, otulona w kraciasty koc. Pardon, szalik.
Rozejrzałam się dookoła.
Ruchliwa ulica, przejście, Lewiatan i jeszcze jakaś jego konkurencja, kwiaciarnia. Zamknięta budka z warzywami. Kiosk, w którym kiedyś kupowałam rajstopy.
I ani śladu żadnej knajpy „pod granatem”.
Spojrzałam na adres, zapisany na starym bilecie. Nie ma siły, to musi być gdzieś tutaj.
Tylko gdzie?
Obeszłam dookoła kompleks sklepów, odkryłam w środku jeszcze jeden kiosk, aptekę, pizzerię wyglądającą jak prapraMcDrive i – na tyłach – dwa fotele ustawione tam pewnie przez amatorów mocnych trunków, mieszkających w kawalerkach razem z surowymi żonami.
Potem ten warzywniak i kwiaciarnia.
I ani śladu knajpy.
Postanowiłam poczekać chwilę, aż zjawi się jakiś emeryt, który zna teren i adres nie będzie dla niego
zagadką. Nikt nie szedł, więc zaczęłam spacerować tam i z powrotem, aż do kiosku.
Zaraz, zaraz.
Kiosk już nie miał na wystawie rajstop.
Miał za to na szybie napisy zrobione białym mazakiem. Miał też nazwę.
Z granatem
Aha.

Bistro. Małe – na kilka stolików, przy ruchliwej ulicy, dwie ściany oszklone, wszystko widać z zewnątrz.
Ale nie słychać.
Przeszłam się teatralnie jeszcze kilka razy w tę i z powrotem, upewniając się, że nikogo nie ma wewnątrz, a potem sama weszłam do środka. Z ulgą, bo zaczął wiać dokuczliwy wiatr.
Za barem – a może ladą? – stała chuda i ruda barmanka.
- Dzień dobry – rzuciłam do niej, podchodząc do stolika.
- Dobry. Co dla ciebie?
- Dobre pytanie – odparowałam i powiesiłam kurtkę na oparciu krzesła. Podeszłam do baru. Czy ja nie znam skądś…
- Agata?
- Mysza?
Rzuciłyśmy się sobie w objęcia.
Mysza była moją bratnią duszą. Z tych, co to się je spotyka raz na pare miesięcy albo lat, a wciąż ma się o czym rozmawiać. I wciąż się lubi.
-Co ty tu robisz? – zapytała w końcu Mysza.
- Zmarzłam, więc postanowiłam wejść tu na kawę.
- E tam – rzuciła Mysza, przyglądając mi się badawczo. – Dzieci masz, założę się, że nie masz czasu włóczyć się bez celu po Krakowie. Nie oszukuj.
Cała Mysza.
- No dobra. Powiem ci, ale ty mi powiedz, co tu się będzie dzisiaj działo.
- Gdzie? – spojrzała na mnie zdziwiona. – Tutaj? U nas?
- Tak.
- E, chyba nic. Może sprzedam parę talerzy spaghetti.
- Żadnego spotkania?
- Nie, my niczego nie organizujemy. Dam ci kawy, poczekaj.
Odwróciła się do ekspresu, a ja zaczęłam sobie oglądać bistro. W środku nie przypominało już kiosku, wyglądało całkiem przyjemnie. Wygodne krzesła obite czarną skórą, nastrojowe światło, miła muzyka.  
- A my to kto? – zapytałam Myszę, która postawiła przede mną obłędnie pachnącą kawę.
- My?
- My, którzy nie organizujemy spotkania.
Roześmiała się.
- My – obsługa.
- A ja myślałam, że to twoja knajpa.
- Nie, nie, skąd. Ja tu tylko pracuję, mieszkam niedaleko, chodzę do pracy na piechotę. Wygodnie. Kasa spoko.
Chyba nie wyglądałam na przekonaną.
Mysza zapowiadała się kiedyś na genialną copyrighterkę. Robiła jakieś tam studia, ale bardziej dla zabawy, i cały czas gdzieś dla kogoś tworzyła. Jej pomysły sprzedawały wszystko. Ale zleceniodawcy tego nie doceniali. Kiedy się widziałyśmy ostatnio, mówiła, że ma ochotę rzucić wszystko w cholerę i wyjechać na Nową Zelandię.
Widocznie tutaj była jej Nowa Zelandia.
- Zastanawiasz się, co tu robię – przejrzała mnie od razu.
- Tak.
- Odpoczywam. Zresztą spróbuj kawy.
Upiłam łyk. A potem drugi. I trzeci. To nie była kawa. To był nektar zblendowany z ambrozją.
- Co tu jest?
- Tajemnica – uśmiechnęła się.
- A twój szef?
- Mój szef?
- Kto to jest?
- Nie mam szefa. Mam szefową. Ale teraz ty musisz mi coś wyjaśnić, bo na razie tylko zadajesz pytania, a ja się czuję jak na wywiadzie.
Racja. Cholerne skrzywienie zawodowe.
- Dobra. Powiem ci, bo ci ufam. Robię takie małe śledztwo, dłuższa historia. Dostałam cynk, że zjawi się tu taki dziennikarz, który jest dla mnie nieuchwytny. Zresztą chyba dla wszystkich jest nieuchwytny. Nie mam pojęcia, co tu będzie robił, ani kto jeszcze będzie, ale obawiam się, że może być grubo.
- Jak on się nazywa?
- Michał Krzywiński.
Popatrzyła na mnie z niedowierzaniem, a potem zaczęła się śmiać. Trzęsła się, chichotała i nie mogła się uspokoić. W końcu przestała – akurat, kiedy dopijałam ostatni łyk kawy.
- Krzywy – powiedziała. – Szukasz Krzywego.
I znowu zaczęła się śmiać.
A ja razem z nią. Bo jej śmiech był naprawdę zaraźliwy. Patrzyłyśmy na siebie i od nowa wybuchałyśmy śmiechem, łzy płynęły nam po policzkach, rozmazując puder i tusz, i czułyśmy się jak za starych, dobrych czasów.
Szukałam właśnie chusteczki, kiedy Mysza nagle spoważniała i jak na komendę przestała się śmiać. Spojrzałam tam, gdzie ona patrzyła.
W rogu knajpy siedział facet. Był duży. Ubrany w obszerny brązowy płaszcz, miał zaskakująco małe dłonie. A w tych dłoniach coś trzymał, ale nie za dobrze było widać, co. Za to wyobraźnia podpowiadała mi tylko jeden nieduży, czarny przedmiot, którym można w kogoś celować.
Zastygłam, a głosik w mojej głowie zaczął nawijać o tym, że mam męża, dzieci i jestem skrajnie nieodpowiedzialna, jak mogę się tak narażać, po co mi to śledztwo i w ogóle co to ma być!
Mysza też milczała. Chyba widziała to samo, a może w jej głowie gadał podobny głosik.
- No, dziewczęta – odezwał się facet przyjemnie niskim głosem. – To teraz zróbcie mi tej kawy z granatem, bo cały Kraków już o niej gada.
Uśmiechnął się i szybkim ruchem podniósł do góry… smartfona.
Poczułam, jak sto kilo spada mi  z pleców prosto na podłogę. Aż się zdziwiłam, że nie huknęło.
Mysza ruszyła do ekspresu, jakby to był sprint na dziesięć metrów. Jeszcze nigdy nie widziałam, żeby kawa była przygotowana tak szybko. Zaniosła ją i postawiła na stoliku tuż koło smartfona. I aż podskoczyła, kiedy zadzwonił.
- No, Michałku, czekam już na ciebie, no, czekam, tak, jestem już, tak, mam kawę. No – powiedział do telefonu nieco za głośno. A potem spojrzał na nas badawczo. Więc zajęłyśmy się swoimi sprawami.
- Znasz go? – spytała mnie półgłosem Mysza.
- Nie.
- Na pewno?
-Na pewno.
- Bo ja chyba tak – powiedziała z wahaniem, a w oczach miała ślad niepokoju.
- I kto to jest?
- Właściwie to nie wiem, ale nie kojarzy mi się zbyt dobrze. Mam takie mgliste wrażenie…
Czyli wiedziała –i nie chciała powiedzieć. Mysza nie miewała mglistych wrażeń.
- Zobaczymy, co się stanie – powiedziałam.
- Nie chcesz wyjść? – zapytała wprost.
- Nie. Teraz? Coś ty.
Skinęła głową, jakby pytanie było retoryczne.
- A co u Kuby? – zapytała.
- U Kuby? Dobrze. Pracuje, chociaż ma już trochę dość, ale tak naprawdę jest zadowolony. Klienci czasem marudni, sama wiesz.
- A ja spotkałam ostatnio Zygmunta.
- Zygmunta? No proszę. I co u niego?
Zygmunt był naszym kolegą z uczelni, zakładającym jakieś stowarzyszenie średnio raz na miesiąc. Zaczynał sześć kierunków studiów. Czy któryś skończył, nie wiadomo.
- Wyobraź sobie, że zajął się polityką.
- Polityką? Zygmunt?
- Tak jest. Wstąpił do PSLu.
Obie się roześmiałyśmy. W pewien sposób było to właściwe miejsce dla Zygmunta.
- A Kaśka? Pamiętasz Kaśkę?
- Tak, wyszła w końcu za mąż, wyobrażasz sobie? Za takiego brzydkiego gościa.
- Pewnie ją kocha.
Drzwi się otwarły i stanął w nich kolejny mężczyzna. Był szczupły, niewysoki, przygarbiony. Mógł mieć trzydzieści lat – albo pięćdziesiąt. Trudno powiedzieć. Jasne, rozczochrane włosy, blizna na policzku.
- Oto Michał Krzywiński we własnej osobie – szepnęła Mysza półgębkiem. Niepotrzebnie. Poznałam, choć na zdjęciach wyglądał trochę inaczej.
Spojrzał w naszą stronę, skinął Myszy głową, a potem zerknął na jedynego gościa w bistro. Wciąż siedział w płaszczu, chociaż w środku było całkiem ciepło. Krzywiński jakby się zawahał, ale niemal niezauważalnie. Ruszył w stronę gościa, wyciągając rękę.
I wtedy drzwi otworzyły się po raz kolejny.
Spojrzałam – i westchnęłam tylko.
Stał w nich podkomisarz Marcinkowski.  Po cywilu. I miał minę, jakby grał w remake’u  Brudnego Harry’ego.  Ruszył w kierunku stolika, przy którym zdążył już usiąść Krzywiński.
- O matko – wymamrotałam, a potem odwróciłam się do nich tyłem.
Mysza spojrzała na mnie uważnie, wzięła trzy karty i zaniosła do stolika.
- Możesz mi wlać do szklanki czegoś mocniejszego? – zapytałam ją cicho.
- Do pełna? – zakpiła, ale nalała mi do literatki wódki, dopełniła sokiem porzeczkowym i znikła w kuchni.
Pociągnęłam porządny łyk.
Co oni tu robią? Kim jest ten facet w brązowym płaszczu? Mysza go zna i źle jej się kojarzy. I co tu robi Marcinkowski? Skoro Majewski zabronił mi się tu zjawiać, może to jakaś policyjna akcja? Szkoda, że Zbyszek nie wyjaśnił mi nic więcej. Co ja tu właściwie robię?
Szukam Krzywińskiego.
No, to znalazłam, prawda?
Teraz wystarczy z nim zagadać.
Mysza wyszła z kuchni z talerzem spaghetti, postawiła go na barze i wróciła do gotowania. Pachniało obłędnie. Przełknęłam ślinę. Przy stoliku szurnęło któreś krzesło. Ciekawe, które – pomyślałam, ale nie ryzykowałam odwróceniem się. Może Krzywiński tu podejdzie i będę mogła zamienić z nim słowo?
Po chwili przy barze stanął… Marcinkowski.
Szlag.
Udał, że mnie nie poznaje, a potem lekkim tonem rzucił:
- Co taka piękna  dziewczyna robi sama przy barze w takim miejscu?
- Czeka, aż przyjaciółka zrobi panom spaghetti – odpowiedziałam.
- A dzieci na panią nie czekają? – zapytał półgłosem, uśmiechając się przy tym dla niepoznaki.
- Chcę porozmawiać z Krzywińskim – wyłożyłam karty na stół.
Udał, że nie słyszy.
- Marek, ty podrywaczu, żadnej kobiecie nie przepuścisz? - krzyknął tubalnie duży w płaszczu.
Kazimierz Marcinkowski pokręcił leciuteńko głową i zawołał do kolegów:
- Cicho mi tam, chłopaki! – zawołał do nich, a potem wziął z baru serwetkę i długopis. Coś nabazgrał, a potem mi podsunął. Uśmiechnął się uwodzicielsko, chwycił moją dłoń, ucałował, a potem zabrał spaghetti i wrócił do stolika.
Rozwinęłam serwetkę.
Było na niej dziewięć cyfr. Obok imię: Michał. A obok imienia trzy słowa.
Wyjdź stąd, proszę.
Auć.
Pierwsza myśl, która pojawiła mi się w głowie, brzmiała: za nic! Nie ma mowy, nie wyjdę, dopóki się nie dowiem, co się dzieje.
Druga myśl była rozsądniejsza.
Mysza zaniosła pozostałe dwa talerze do stolika i wróciła do mnie.
- Słuchaj. Muszę stąd wyjść. Ale najpierw powiedz mi dwie rzeczy. Jak się nazywa ten facet w brązowym płaszczu? Wiem, że wiesz.
Nie oponowała.
- Napiszę ci – i na samoprzylepnej karteczce nabazgrała nazwisko.
- I druga rzecz: jak się nazywa twoja szefowa?
Zmartwiła się, ale dopisała drugie nazwisko. Narzuciłam kurtkę.
- Dzięki, kochana. Wpadnę kiedy indziej i powiem ci, o co chodzi, dobrze?
Skinęła tylko głową.
Uściskałyśmy się, a potem Mysza poszła do stolika odwracać uwagę,  a ja ruszyłam do drzwi. Otworzyły się – może nie widziały obrazków produkowanych przez moją galopująca wyobraźnię.
Wyszłam w chłód i miejską jasną ciemność. Odetchnęłam z ulgą, wciągając do płuc świeżutką porcję smogu.
 A potem wpadłam prosto w objęcia nadinspektora Majewskiego.


2 komentarze:

  1. :))) Trochę mi się miesza Majewski z Marcinkowskim, bo obydwaj na "M", ale poza tym czytam galopem (jeśli można galopem czytać, ale przecież wiesz, o co mi chodzi). :)))

    OdpowiedzUsuń
  2. hm, fajne... pamiętam jak się zaczytywałam książkami Joanny Chmielewskiej, nawet tak, ze godzinami nie wychodziłam z pokoju, czytając strona po stronie przygody :)

    OdpowiedzUsuń





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...