sobota, 17 października 2015

Sprawa zaginionego kota. Odcinek 10

- Słucham – burknął głos w słuchawce.
Przedstawiłam się uprzejmie. Grunt to nie zepsuć pierwszego wrażenia.
- Czy rozmawiam z panem Grzegorzem Koberą?
- Ta. A skąd ma pani mój numer?
- Z redakcji.

- Jakiej redakcji?
- Pańskiej.
- Ja nie mam redakcji – powiedział facet tonem, który wskazywał na to, że za chwilkę się rozłączy.
- Marcin Zieliński – rzuciłam krótko.
- Marcinek? Marcinek dał pani mój numer? – teraz w głosie faceta słychać było zdumienie.
- Dał.
- Jak pani to zrobiła?
- Poprosiłam ładnie.
Przecież mu nie powiem, jak naprawdę zdobyłam jego numer. Było z tym trochę zachodu, owszem, facet jest dziennikarzem, a niedostępny jak mało kto. Szybciej dostałabym chyba prywatny numer do prezydenta. Prezydent bowiem jest z Krakowa. A Grzegorz Kobera nie.
- Czego pani chce?
- Spotkać się i porozmawiać.
- O czym?
- Piszę tekst, nie chcę o tym rozmawiać przez telefon, ale nagle wyskoczył mi pan jako ważne ogniwo całej historii.
- Jakiej historii?
- Tej, o której nie chcę mówić przez telefon.
- To ja też nie chcę.
Jak dziecko. Albo gorzej.
- To wie pan co, zrobimy tak – powiedziałam spokojnie. – Muszę mieć informacje do środy do południa. Mamy poniedziałek. Jeśli się pan zdecyduje na przedstawienie swojej wersji tej historii, proszę do mnie zadzwonić.
- Ale ja nie chcę..
- Pod ten numer, który się wyświetla – nie dałam mu dojść do głosu. – Może się zdarzyć, że do środy będzie pan chciał.
- Ale ja nie zamierzam…
- Nie będę dłużej zajmować panu czasu. Życzę miłego dnia – zakończyłam i się rozłączyłam.
Uff. Pułapka zastawiona. Czułam się niemal jak Carrie Mattison. Tylko że ona miała jedno dziecko, a ja dwójkę. Za to śpiącą. Drzemka równoległa – nie ma bardziej motywującego do pracy czasu. Jeśli jesteś matką, oczywiście.

Grzegorz Kobera  był dziennikarzem śledczym. A może raczej dziennikarzyną śledczym. Żadnych dużych spraw i na oko same wrzutki. Istniała szansa, że redaktor jego niszowego tygodnika postanowił zaimponować czytelnikom posiadaniem działu śledczego i wyznaczył jednego ze swoich dziennikarzy do pełnienia tej zaszczytnej funkcji. I tym wyznaczonym był właśnie Kobera. Na szczęście miał też sporo znajomych, którzy mieli wspólnych znajomych z moimi znajomymi. Lub też znajomymi moich znajomych. Tak czy siak, w ciągu najbliższych czterdziestu ośmiu godzin ze sześć do siedmiu osób da znać Koberze, że jest taka Agata i że bardzo chciałaby z nim porozmawiać. Najlepiej do środy.

Po odkryciu właściwej listy moje śledztwo nagle nabrało tempa. Zadzwoniłam do naczelnego, informując go, że sprawa posuwa się do przodu i że są spore szanse, że jednak zmieszczę się w tym wyznaczonym dwumiesięcznym terminie. Był zdziwiony. Dość mocno zdziwiony.
- Och, a ja myślałem, że sprawa jest nie do rozwiązania – powiedział.
- No cóż, dotarłam do nowych tropów i chyba jednak jest – rzuciłam buńczucznie.
- Dobrze, dobrze, niech pani działa, tak – powiedział jeszcze, jakby myślał o czymś zupełnie innym.A potem szybko się pożegnał i rozłączył.
Dało mi to do myślenia.
Zresztą nie tylko to. Zastanawiała mnie inna rzecz. Czy Kazimierz Marcinkowski wiedział, że na pendrive jest lista, a on na tej liście figuruje? Czy dlatego zabrał go ze sobą i nie oddał? Czy to on zakradł się do mojego mieszkania i podmienił pliki – a może właśnie było inaczej, może te osoby nie do odnalezienia były na pendrive naprawdę, a druga lista z Marcinkowskim została podrzucona – tylko po co? I przez kogo?
Czułam się, jakbym grała jednocześnie w ciuciubabkę, chowanego i dwadzieścia pytań. Tylko że nikt nie chciał podać mi właściwej odpowiedzi.

Redaktor Grzegorz Kobera był pierwszym nazwiskiem na mojej – a może i nie mojej – liście. Z drugim było niewiele lepiej. Albo nawet – o wiele gorzej. Michał Krzywiński. Ten z kolei nie był dziennikarzem śledczym. Był za to korespondentem wojennym. Kiedyś, bo po Iraku podobno przestał nim być. Krążyła o nim historia, która działała na mnie jak płachta na byka. Oto pewnego razu Michał Krzywiński wrócił z kolejnej wycieczki na wojnę i umówiła się z nim na wywiad pewna słynna polska dziennikarka. Na antenie, na żywo się z nim umówiła. Na wywiad o wojnie, takiej prawdziwej, nie tej z telewizji i Internetu.
No i facet na wywiad przyszedł. I przez całą godzinę na każde pytanie nie odpowiadał. A raczej odpowiadał. Odpowiedzi były cztery do wyboru.
- Nie mam ochoty o tym rozmawiać.
- Nie mogę o tym mówić.
- Nie odpowiem na to pytanie.
- Już o tym pisałem.
Ach, nie, była jeszcze piąta.
- Nie wiem, czy pani słuchacze nie zwymiotują śniadania, jeśli opowiem pani, jak to naprawdę wyglądało.
Kobieta miała w sobie spokój, trzymała go studio przez umówioną godzinę, puszczała muzykę z filmów wojennych. Po kwadransie skończyły jej się pytania i zaczęła improwizować. Był to najdziwniejszy wywiad radiowy, jakiego słuchałam w życiu. Na koniec dziennikarka postanowiła się zemścić. I wcale się jej nie dziwię.
- I ostatnie pytanie. Czy pan w ogóle był w Iraku? Bo z pana wypowiedzi wynika, że najwyraźniej nie.
To był antenowy policzek.
Potem było słychać tylko szuranie gwałtownie odsuwanego krzesła i trzaśnięcie drzwiami. To akurat było dziwne, bo studia zazwyczaj są dobrze zabezpieczone przed niepożądanymi dźwiękami. Moja teoria była taka, że dziennikarka zamówiła sobie te dźwięki i po prostu puścili jej w umówionym momencie. Jako puentę.
Potem facet nie udzielił już żadnego wywiadu. Żadnego. Ponoć nie jeździł też na wojnę, a może pisał pod pseudonimem. Nie miał redakcji, wielu znajomych ani Facebooka.
A ja musiałam go znaleźć.
Rozpuściłam więc wici tu i ówdzie, pytając, sondując, prosząc i błagając. No dobrze, może nie tu i ówdzie. Wszędzie. Rezultat tych działań okazał się dość zaskakujący. Otóż zadzwonil do mnie Zbyszek, który miał swój udział w początkach mojego ciężarówkowego śledztwa.
- Jak tam kot? – przywitał się dowcipnie.
Udałam, że nie słyszę.
- No dobra, do rzeczy. Słyszałem, że szukasz niejakiego Krzywińskiego.
- Ano szukam.
- To wpadnij jutro „Pod Granat.” O osiemnastej.
- Gdzie? – tak, wiem, że w Krakowie knajpy wyrastają jak grzyby po deszczu, ale Granat? Serio?
- Owoc, kolor czy broń?
- Broń.
No, to jakby cieplej.
- I co tam będzie?
- Będzie tam spotkanie z gatunku bardzo, bardzo nieoficjalnych. Wymyśl sobie jakieś dobre alibi.
- Alibi?
- No, jak cię zapytają, co tam robisz.
- A co będę tam robić?
- Polować na Krzywińskiego, oczywiście.
Gdyby Zbyszek był obok, rzuciłabym mu się na szyję.
- Nie dziękuj – rzucił jeszcze i się rozłączył.

Jutro. O osiemnastej. Hm. Kuba powinien wrócić z pracy na tyle wcześnie, żebym zdążyła.
Rzuciłam się do Internetu sprawdzać, co to ten Granat  i gdzie.
- Mamusiu! Zjobis kakało? Z miodzikiem?
No tak. Koniec drzemki. Koniec pracy. Ech.
- Już idę, Józinku – zawołałam.
Mieszałam właśnie rzeczone kakałko – razy dwa, bo Natalka przeciągnęła się słodko i oznajmiła, że ona też się napije – kiedy zadzwonił telefon.
- Majewski – powiedział Majewski.
- O! – ucieszyłam się. – Ostatnio był pan nieosiągalny, a ja mam dużo pytań!
- Kiedy indziej – zbył mnie nadinspektor. – Wybiera się gdzieś pani jutro?
- A co?
- A to niech pani przestanie.
- Mam telefon na podsłuchu? – oburzyłam się.
- Nie, na to nas nie stać – najwyraźniej skłamał Majewski. – Mamy swoje zródła.
- Możecie mieć. I tak pójdę.
- To panią aresztuję.
Cholera by go wzięła.
- Za co?
- Wszystko jedno za co – roześmiał się. – Nie chcę pani jutro widzieć pod Granatem, jasne?
- Ale co tam będzie? – co oni tacy enigmatyczni wszyscy dzisiaj?
- Co by nie było, pani ma tam nie być – rzucił i się rozłączył.
- Kakałko – przypomniał mi Józinek, stojący już w progu kuchni, z podkówką na buzi.
Zrobiłam, zaniosłam, przytuliłam, obiecałam przeczytać wybraną książeczkę, dobrze, dwie, dobrze, cztery. Dobrze, najpierw o panu tygrysie. Chociaż w głowie krążyły mi zupełnie inne zagadki.
- Przymknąwszy oczy, zmarszczywszy brwi, pan tygrys w hamaku sobie śpi.
Czy ten telefon Majewskiego to miało być wzmocnienie? Taki kopniak – skoro zabraniają, trzeba iść koniecznie?
- Przyleciał dzięcioł, nastawił dziób, wycelował w tygrysa – i łuuup! Łuuup! Łuuup!
Czy może  naprawdę zamierza mnie aresztować?
– A ptaki uciekły między liście, bo nie wiedziały, oczywiście, że pan tygrys jest nadmuchiwany!
No cóż. Nigdy jeszcze nie byłam aresztowana. Zawsze musi być ten pierwszy raz.

Przykro mi, panie nadinspektorze. Pójdę jutro pod Granat. 




1 komentarz:





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...