wtorek, 6 października 2015

"Młoda Matka" w księgarniach!

Poniedziałek w języku starogreckim oznacza "wszystko na raz". Więc w poniedziałek realizowałam tę definicję*. Zaprowadziłam szlochającą Joannę i zadowolonego Witolda do przedszkola, zdążyłam na zebranie redakcji, albowiem takie przyjemności w moim kalendarzu jesienią. Zdążyłam z zebrania do przedszkola po dzieci (zadowoloną Joannę i zadowolonego Witolda).

A potem kupiliśmy soczek, Witold niechcący zasnął, a ja rzuciłam się do wszystkiego naraz.
Czyli do pracowania, zajmowania się dziećmi, sprzątania straszliwego rozgardiaszu (chyba kiedyś ogłoszę konkurs na nazwę dla tego zjawiska) oraz leczenia się witaminą C. Ugotowałam rosół. Postanowiłam zająć się kwiatkami na balkonie. I wykroiłam kawałek z tego tortu na wpis.

Wiem, wiem, że czekacie na rozwinięcie tego tytułu. Jaka Młoda Matka i w jakich księgarniach.

Wróciliśmy w niedzielę w nocy od cioci Z. (która pewnie to czyta, więc pozdrawiamy!) z sielskiej wsi, z sadu pełnego jabłek, z miejsc, które były moim dzieciństwem. Tam powstawały moje pierwsze rysunki oraz twórczość różnoraka. Jeszcze wtedy nie pisałam, ale za to czytałam, mnóstwo, to, co wpadło mi w ręce, legendy słowiańskie i stare numery Wprostu, który fascynował mnie okładkami, tajemniczymi i trochę niezrozumiałymi.

Pisać zaczęłam później, ale to wszystko wzięło się z czytania właśnie, z czwartkowych magazynów Gazety Wyborczej (tak, tak!), z reportaży Fiedlera i Kapuścińskiego, który wtedy był geniuszem, a nie oszustem. (A teraz jest i jednym, i drugim). Z Tolkiena i Agatki (Christie). Zaczęłam i piszę. Od dobrych paru - parunastu! - lat

Wczoraj zaczęłam też zajęcia - nowa grupa studentów, nowe wyzwanie, nowa radość.
To wszystko się bierze z mojego pisania.

Opowiem Wam jeszcze o dwóch rzeczach.

Kiedyś, kilka lat temu, pisałam scenariusz na konkurs. Filmowy scenariusz. Wymyśliłam sobie wszystko, napisałam pierwsze piętnaście stron - ze stu - i tak sobie leżało. A potem, tuż przed dedlajnem, przez cztery dni, dniami i nocami kończyłam pisanie.
I skończyłam na czas.
Pobiegłam do punktu drukowania, potem na pocztę, a kiedy miałam już wysłane wszystkie trzy egzemplarze, szłam sobie przez pewien warszawski wiadukt i śmiałam się na głos. Przechodnie patrzyli na mnie - jedni podejrzliwie, inni z sympatią, a ja nie mogłam sie nie śmiać. Radość mnie rozpierała. Niesamowite uczucie.
Kiedy urodziłam Joasię, doświadczyłam czegoś podobnego. Potężnej, głębokiej radości. Ogromnej satysfakcji z tworzenia, z zakończenia procesu twórczego. To samo uczucie wróciło do mnie, kiedy urodziłam Witulka. I kiedy skończyłam pierwszą książkę. Zdjęcie u góry jest właśnie z premiery, odkopałam je w archiwum. Przypomina mi, że mogę.

I wiecie, co jeszcze?
Zanim zostałam mamą, nie sądziłam, że pisanie i macierzyństwo mają tak wiele wspólnego.

A co z tymi księgarniami?
Znowu mam szansę do nich trafić - tym razem z blogiem, i to bez wielkiego biegania po wydawcach.

Targi Książki i portal Granice.pl organizują konkurs. Na Literackiego Bloga Roku. Myślę, że jest tu kilka osób, które wiedzą, o czym mowa :)
Nagroda jest konkretna: wydanie bloga w postaci książki.
Żadnych smsów, żadnych etapów, wiecie. Sto blogów. Jasne kryteria.
Głosowanie przez klikanie - TUTAJ

Jeśli macie parę sekund - kliknijcie. A ja za każdy klik bardzo, bardzo dziękuję. Bo pisarz to czytelnicy. A Czytelnicy - to Wy.

P.S. Wiem, że sa tacy, co już głosowali. DZIĘ-KU-JĘ! Jesteście kochani:)



*szemraną.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...