wtorek, 15 września 2015

W6K: Jeden lepszy produkt. Zadanie nr 1

Dawno, dawno temu, kiedy urosłam taka duża, że mogłam sama robić zakupy, masło było masłem, śmietana - śmietaną, a bułeczki - bułeczkami. Teraz nic już nie jest takie oczywiste.
Przekonałam się o tym, kiedy Joasia była słodkim piętnastomiesięczniakiem i podczas zakupów w owadzim markecie dostawała do łapki bułeczkę. W którymś momencie w sklepie pojawiła się ulotka, mówiąca o tym, że właśnie do sprzedaży trafiły nowe bułeczki - bez konserwantów i polepszaczy. O rety - pomyślałam sobie. Co w takim razie było w nich PRZEDTEM?
Kiedy to sprawdziłam, nie byłam z siebie zadowolona. Oj, nie. Ani tym bardziej z bułeczek.

Od tamtej pory dokładniej sprawdzam skład podstawowych produktów. W bardzo prosty sposób: czytając etykiety. Wiem, że nie zawsze jest na nich napisana prawda (o zgrozo), ale innego narzędzia - ani zaprzyjaźnionego laboratorium - nie mam. Więc czytam.
I wcale nie chodzi mi o to, żeby godzinami stać przy półkach, studiując spis treści wszystkiego,  i katować panią w mięsnym powolnym odcyfrowywaniem  mikroskopijnych literek. Najprościej jest sprawdzić najpierw to, co masz w domu. Nasypując płatków do miseczki, zerknij, co też tam mają w środku. I delektuj się. To może być ostatni raz. Dodajesz śmietany do zupy? Zobacz, co tam napisali na opakowaniu. Śmietana? A może jeszcze mączka chleba świętojańskiego i karagen? I parę innych rzeczy, które wcale się ze śmietaną nie kojarzą?

Po co to robić?
Ano po to, żeby przestać jeść różne dodatki, które nam, konsumentom, nie są do niczego potrzebne - w przeciwieństwie do producentów. Owszem, wydłużają okres przydatności do spożycia - ale przy okazji skracają nasz termin przydatności do życia. Może i ułatwiają gotowanie - ale na pewno utrudniają nam przyswajanie. 

Ponieważ nie zawsze mam czas na to, żeby czytać sobie w internecie przydługie listy środków oznaczanych jako E, a potem sprawdzać, które z nich mogą nieźle namieszać w moim organizmie, staram się po prostu unikać produktów, które zawierają w sobie dziwne rzeczy. Tak, jak ta śmietana. Śmietanie zupełnie wystarcza to, co ma od krowy. 

No, ale czas już na zadanie nr 1. 

Przeczytaj etykiety pięciu podstawowych produktów, których używasz najczęściej.
Zastanów się, który z nich zamienisz na lepszy.

Niedużo, prawda? 
Kwadrans powinien wystarczyć.
Tylko pamiętaj: wykonaj to zadanie w ciągu tygodnia. 

Moja lista propozycji produktów do sprawdzenia:

1. Kakao. Pijesz zwykłe? Rozpuszczalne? A może po prostu... kakaowy cukier?
2. Śmietana. Karagen i koledzy obecni? 
3. Kostki rosołowe, tak zwana vegeta czy maggi. (Zawsze myślałam, że w maggi  jest lubczyk, tymczasem jest tam głównie glutaminian sodu. Och.) 
4. Płatki kukurydziane. Te najzwyklejsze. Tu się dopiero można zdziwić!
5. Masło. Uwaga, może się okazać, że to ekstra tłuszcz do smarowania. Masło ma 82% tłuszczu mlecznego. Czasami 82,5 albo 83%. I nic więcej. Żadnego oleju palmowego ani innych wątpliwych przyjemności.
6. Mąka. Kupiłam raz taką dziwną. Po lekturze opakowania okazało się, że z polepszaczem. Fuj.

A jakie są Twoje pomysły?

Podziel się tym w komentarzu. 
Napisz, co zamierzasz sprawdzić, albo o tym, co się po sprawdzeniu znalazło. Jeśli chcesz, zrób zdjęcie etykiety. Na fejsie albo w google+ mamy dla siebie hasztag #lepszadieta. Użyj go, wtedy na pewno znajdę Twój komentarz. 
Podrzuć mi link do swojego bloga, jeśli blogujesz i będziesz pisać o moim wyzwaniu. 
Jeśli korzystasz z fejsa, dołącz do naszej facebookowej grupy
Możesz też do mnie zwyczajnie napisać: piszaca.mama[at]gmail.com

Do dzieła!
A ja idę poczytać skład kremówki, którą kupiliśmy wczoraj.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...