środa, 2 września 2015

Dzień drugi. Pękam z dumy

No pękam. Naprawdę. Jestem dumna z dzieciaków. I z siebie, nie ma co kryć. Bo mój pomysł na adaptację najwyraźniej działa. Chwała pani dyrektor, autorce programu adaptacyjnego, za jej podejście do tematu.

Dzisiaj było tak, że Joasia z ochotą zbierała się do przedszkola. Że dzisiaj to ona już pójdzie i będzie się bawić z Witulkiem autkami.
Witulek trochę mniej entuzjastyczny, ale że akurat zaczęło padać, wskoczył w kalosze i zabrał swój mały parasol.
I poszliśmy.
W szatni Joasi od razu się przypomniało, że wczoraj się bała. Rozpłakała się i oświadczyła, że nie pójdzie.
Z Witulem mieliśmy umowę, że idzie na pół godziny bawić się autkami. Więc Witulek do sali - tylko mnie zapowadź, mamusiu, do autek! - a my z Asią do szatni. Na pół godziny.

Siedzimy, trochę porozmawiałyśmy o tym, czego się boi, co by chciała (iść do ogródka, a nie siedzieć w sali), potem wyjęłam książkę i zaczęłam czytać.
Ta książka to specjalnie. Żeby Joaśka się ponudziła. Wiecie, tam, w sali, dzieci malują, są zabawki, jest Witulek, a tutaj - szatnia. I mama, która jest zajęta książką. Jasny sygnał.
Po dziesięciu minutach słyszymy ryk. Ktoś wychodzi z ich salii słyszę moje dziecko, jak płacze wniebogłosy. Płacze rozżalone, nie wystraszone ani nie wściekłe (rozróżniam, żeby nie było).
Ryk trwa. Ja czytam. Asia znudziła się oglądaniem znaczków.
Mówię, że Witulek płacze.
Asia proponuje, zeby po niego iść. Odpowiadam, że umówiłam się z nim na pół godziny, a jeszcze nie minęło.

Przechodzi pani i mówi, że mały płacze u pani na kolanach, ale ogarniają.
Asia, lekko przejęta, mówi:
- A może zerkniemy do sali i zobaczymy, czy Witulek dobrze się bawi?
- Nie bawi się dobrze - mówię - płacze u pani na kolanach, ale jeszcze nie minęło pół godziny.
Czytam dalej.

Kiedy mija pół godziny, idziemy po Witulka.
Dumna pani (naprawdę, i to jest ekstra w naszych paniach przedszkolankach) mówi: zobacz, mamusiu, gdzie jest Wituś.
Idziemy do łazienki, a tam mój trochę zapuchnięty od płaczu, dumny i lekko na mnie obrażony syn myje z panią pojemniczki po farbie.
Mówię, że minęło pół godziny. Czy idzie ze mną?
Nie idzie - mówi - nawet nie słowam, postawą tylko, gestem.
- To ja będe malować - oświadcza Asia i... zostaje w środku.
Na kolejną godzinę.

Czyli potrzebowała tego pół godziny, potrzebowała czasu na decyzję. Samodzielną. Bez zmuszania, bez przekonywania, bez namawiania. Moja obawa, że już na zawsze zostanę w przedszkolnej szatni z wystraszoną Joasią pryska jak niezbyt ładna bańka mydlana.
Czuję się, jakby kamień spadł mi z serca.
Siedzę w tej szatni, czytam i nic nie rozumiem, miła pani z kuchni (chyba) proponuje mi kawkę. Wygląda do mnie nasza pani Asia i mówi, że świetnie się bawią. I że może herbatki?

Po godzinie przyprowadza mi dzieciaki. Dumne. radosne. Uśmiechnięte.
- Trochę się już oswoiłam z przedszkolem, wiesz? - mówi Joasia.
- Płakałem, ale się uspokoiłem - oznajmia mi Witulek.
Umawiają się z panią na jutro.

A ja jestem dumna.
I bardzo, bardzo wdzięczna.
Że nikt mnie z tej szatni nie wygania. Nie kręci nosem, że zostawiam dzieci na pół godziny.
Że nikt nie kwestionuje mojego pomysłu na adaptację.
Że mogę sobie pozwolić na to - jeszcze - żeby w tej szatni siedzieć.
Nie każdy może sobie na taki luksus pozwolić, wiem to, bardzo dobrze to wiem.
I jak nigdy doceniam to, co mam.

P.S. Jutro przerwa od przedszkolnych wrażeń, napiszę Wam za to o bajce, którą oglądają moje dzieci. Jest świetna.

3 komentarze:

  1. Na taka okolicznosc, panie powinny zamiast kawy, czy herbaty oferowac koniak lub szampan ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobre!
      Ale myślę sobie, że oba: najpierw koniak, potem szampana. Niekoniecznie w jednej szklance:)

      Usuń
  2. Wielkie brawa dla dzieciaczków! Pomysł - genialny :)

    OdpowiedzUsuń





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...