czwartek, 3 września 2015

Agi Bagi. Będziesz śpiewać, a może i tańczyć


Dzisiejszy wpis sponsoruje Agi Bagi.
Nie, nie zapłacili mi za reklamę. Po prostu ja piszę - a dzieciaki oglądają. Mam jeszcze całe czterdzieści minut. Nie, żebym im włączyła na odczepnego. Sami chcieli.
Agi Bagi pierwszy raz zobaczyliśmy u babci - kiedy postanowiła puścić dzieciom bajkę w telewizji. Zaintrygowana jakością, postanowiłam sprawdzić w sieci. Pierwsza rzecz - produkcja polska. Ha!

Ale od początku.
Producentem jest Studio Badi Badi. Reżyserem -  Tomasz Niedźwiedź, który - według mediów - nad serią Agi Bagi spędził pięć lat.

Rzecz dzieje się na tytułowej Agi Bagi. To planetka, która ma dwie strony: nieduże, obfitujące w przyrodę (z jednej strony planetki - zielone rośliny, z drugiej - korzenie) i łatwe do ogarnięcia. Fabuły dziesięciominutowych odcinków kręcą się właśnie wokół przyrody. Śmiało można by napisać, że jest to edukacyjna, proekologiczna bajka, ale w ciągu ostatnich kilku lat te przymiotniki są nadużywane do tego stopnia, że możemy sobie darować. W połowie każdego odcinka pojawia się krótka animacja, która wyjaśnia jakąś tajemnicę przyrody: na przykład to, jak działa wiatr. U nas, nie na Agi Bagi.
Jak mówił Tomasz Niedźwiedź portalowi rzeszow-news.pl: Chciałbym sprowokować u dzieci myślenie porównawcze tak, aby dostrzegły analogie między Agi Bagi a tym, co je otacza"

I to właśnie tak działa. Dzieci szybko to łapią. Kiedyś Asia obiegła do mnie z okrzykiem: "Krążę wokół ciebie jak księżyc wokół planety!
Wow.

Animacja jest ładna. To zużyte słowo, ale akurat tu pasuje: jest kolorowo, ale nie daje po oczach. Jest różnorodnie, ale bez przesytu. Jest dynamicznie, ale bez chaosu. Nie ma tu jednego ujęcia, ale cięcia nie są zbyt szybkie, dzieciaki spokojnie zdążą przyjrzeć się, co się dzieje, zanim zmieni się kadr. Jeśli oglądaliście Avatara - to Agi Bagi jest Avatarem dla przedszkolaków. Do tego dziecko nie musi się samo domyślać, co się dzieje między dialogami - sceny są wyjaśniane nie tylko przez rozmowy bohaterów, ale też przez narratorkę o miłym głosie, która opowiada rozgrywającą sie historię. To bardzo dobry zabieg, bo porządkuje wydarzenia i pomaga je ogarnąć - a to czasem jest spory problem, skutkujący wieczornymi problemami z zasypianiem.

Producent pisze, że dolna granica wiekowa to dwa lata - sama nie wiem, właśnie się obejrzałam i zobaczyłam, że przejęty Witulek zasłania łapkami oczy. Fascynuje go smok - czyli Gadzina, niebieski stwór, który jest sympatycznie nieokiełznany - ale też odrobinkę go przeraża. Joasia po scenie pożerania konewki mówi mu "Już, Witulku, już możesz zabrać rączki".

Zatrzymajmy sie na chwilę na kwestiach edukacyjnych. Dzieciom o wiele łatwiej jest załapać, jak coś działa, kiedy to zobaczą. Nie jestem zwolennikiem pokazywania w telewizji zamiast na żywo, ale ruch Słońca i Ziemi trudno na żywo zaobserwować, a na sucho -  trudno wytłumaczyć. Podobnie jest z obszarem geograficznym i przynależnością narodową. Grube słowa, wiem, ale na tym polega piękno dzieciństwa, że można pojąć, czym jest przynależność geograficzna i narodowa bez zbędnych wyjaśnień, obserwując zupełnie różne od siebie plemiona na wymyślonej przez Bartosza Słomkę* planetce. Bardzo sympatyczne jest też serialowe słowotwórstwo: Bodzio gra na fifufie, małe różowe stworzonka to gligluki, a różowy owocek - jagigoda.

Co do bohaterów: trudno napisać o serialu dla dzieci, że postaci są nieoczywiste, ale jakaś odrobina tej nieoczywistości w nich jest. Nie ma dobrych i złych, są ci, którzy czasami zrobią coś dobrze, a czasami źle. Najmniej sympatyczny jest chyba wódz - który ma być przywódcą wioski, ale jest leniwy, średnio inteligentny i dość zarozumiały. I to dobrze, bo takich wodzów spotykamy na placu zabaw dość często, ale i źle, co wódz prowokuje dość ironiczne komentarze naszej miłej narratorki. Te komentarze są skierowane raczej do dorosłej części publiczności, nie do dzieci - moje przynajmniej ironii i złośliwostek nie łapią i są nimi trochę zakłopotane. Natomiast zza dialogów i narracji wygląda czasami inny poziom dowcipu, też dla dorosłych - przyznam się bez bicia, że bajka kupiła mnie pojazdem powietrznym noszącym wdzięczną nazwę "Latający Burak". Drugim minusem - skoro już o nich zaczęliśmy - jest sporo "łatek", które autorzy scenariusza przyczepiają bohaterom. Dowiadujemy się, że Zibi jest śpiochem, Gadzina - łakomczuchem i złodziejaszkiem, a księżyc jest obrażalski. Jestem na to trochę uczulona, bo sama staram się unikać takiego języka, który ocenia człowieka, a nie jego działanie. Trzecim minusem są czary (które w dwóch dostępnych w internecie odcinkach zupełnie się nie pojawiały, a w pozostałych czterech, które kupiliśmy na płytce - niespodzianka - tak).

Za to jest rzecz, za którą przepadamy wszyscy.
Oprawa muzyczna, ścieżka dźwiękowa, nazwijcie sobie jak chcecie. Muzyka. Rewelacyjna. Miła, dynamiczna, wpadająca w ucho. Połowa tej animacji to jest muzyka. Ba, połowa tej animacji to jest perkusyjny wypas. Więcej nie powiem, bo o dźwiękach pisać nie potrafię. Ale przy perkusyjnych solówkach z serialu dla trzylatków mam ochotę tańczyć. No i ten, kto choć raz usłyszał piosenkę "Co śpiewają kwiatki", prawdopodobnie nucił ją do wieczora. Przynajmniej.
Ja śpiewałam przez tydzień.
Joasia też podśpiewuje.
Nuci ją przy sprzątaniu ojciec dzieciom.

Tomasz Niedźwiedź, reżyser, poświęcił na serial pięć lat.
Od wiosny animacja jest pokazywana w czterdziestu krajach.
W czerwcu na festiwalu O!PLA 2015 serial dostał od dziecięcych jurorów-przedszkolaków (sic!) Złoty Tobołek Koziołka Matołka.
We wrześniu premiera drugiej serii. Tak, odliczamy dni. Joaśka domaga się puszczania na jutjubie trzydziestosekundowego trailera z dwoma wersami angielskiej kołysanki i zachwyca się, że jest piękna.
Więcej mówić nie trzeba.

*Tak przynajmniej wynika z info w sieci.

1 komentarz:

  1. A czemu czary są minusem? Dzieci są jeszcze na nie za małe?

    OdpowiedzUsuń





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...