poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Oni naprawdę idą do przedszkola!



Przedszkole to nie koniec świata.
To dopiero początek.
Mam dziwne przeczucie, że w praktyce to może być o wiele gorzej.


Chociaż wszyscy mi powtarzają do użygania, że najważniejsze jest moje nastawienie, że jak ja będę sceptyczna, to dzieci też, że jak będę się bała, to dzieci też, że jak będę miała dystans, to dzieci też.

Ale ja jestem sceptyczna, boję się, mam dystans i nie jestem pewna.

Jestem sceptyczna, bo chociaż wszyscy wypowiadają się o przedszkolu w superlatywach, to jednak już (już!) widzę problemy z komunikacją. Pamiętacie, jak pytałam, czy przenosić Joaśkę do innej grupy, w której nie będzie jedynym czterolatkiem? No więc okazało się, zupełnie niechcący, po moim telefonie w sprawie, że nie da się jej przenieść do drugiej grupy, bo - uwaga - w niej są same młodsze dzieci. Od dwa i pół wzwyż. A ta grupa, w której miejsce się nie zwolniło, to dzieci, które do przedszkola chodzą od zeszłego roku.
Duża różnica, nie uważacie? A wystarczyło mi to wyjaśnić na samym początku - i nie robiłabym zamieszania.

Boję się, bo nie wiem.
Nie wiem tylu rzeczy.
Nie wiem, jakie są panie, które się zajmą moimi dziećmi. Są dobrymi pedagogami, to pewne, ale dobry pedagog nie musi być świetnym opiekunem. Na dniach otwartych jedna pani, którą miałam okazję obserwować przy pracy, była dość ironiczna, a już najbardziej mnie wkurzył tekst:

- Skąd wiemy, że wiosna idzie?
- Bo mama nam mówiła!
- A, ta mama i mama, zostawcie wreszcie mamę w spokoju, mamy tu nie ma!

To była starsza grupa. Która już w przedszkolu jest dawno zaadoptowana. Ale nie podoba mi się, że autorytet matki jest w ten sposób podważany. I już.

Nie wiem, jakie są metody wychowawcze. Czy dzieci się karze, czy nie. Czy pomaga im się w chwilach trudnych emocji, czy każe im się być cicho, przestać płakać i nie marudzić. Wiecie, według wzorca:

"Jestem sobie przedszkolaczek, nie marudzę i nie płaczę
kto jest beksą i mazgajem, ten się do nas nie nadaje"

Nie muszę chyba dodawać, co myślę o tej piosence.

Nie wiem, JAK mają wyglądać pierwsze dni w przedszkolu, a jeśli nie wiem, nie mogę powiedzieć dzieciom, co się będzie działo. Mogę tylko przypuszczać. A moje dzieci bardzo nie lubią, kiedy nie wiedzą, co je czeka. Ja też tego nie lubię. Czuję się bezpiecznie, kiedy znam plan. Choćby w przybliżeniu.
Jak każdy.

Nie wiem, co się dzieje, kiedy w planie jest zabawa w grupie, a dzieci nie chcą się przyłaczyć. Czy się je zostawia swobodnie? Czy się przymusza? Czy każe im siedzieć cicho w kółeczku?

Czy się je na siłę, tłukąc po głowie superlatywami, zachęca do robienia tego i tamtego, czy może daje czas, żeby same się zdecydowały?

Nie wiem, co mogę. Czy mogę czekać w szatni na Witulka, który może po kwadransie mieć dość? Czy panie go wypuszczą do mnie, czy będą trzymać "jeszcze chwilkę"? Czy może w ogóle nie będę mogła zostać na terenie przedszkola?

Mam dystans - bo przedszkole to jest system opieki. A ja nie ufam systemom i opiekom. Zwłaszcza instytucjonalnym. Bo w Polsce jest to lawirowanie między wymogami, papierami, wytycznymi, programami, oczekiwaniami i dobrem dzieci - i niemożliwe jest, żeby to pierwsze zawsze było najważniejsze. Liczy się dobro grupy, a nie dobro indywidualne. Być może w naszym przedszkolu będzie inaczej. Nie wiem, bo ominęłam spotkanie organizacyjne w maju - a następne, o dziwo, nie jest na początku, tylko na końcu września. Moje doświadczenia z różnymi edukacyjnymi placowkami opieki zbiorowej są różne i wcale nie wychodzą na wielki plus. Jedyna nadzieja w tym, że każde przedszkole jest małym wszechświatem i można nim zarządzać dobrze albo źle - a nasze podobno jest zarządzane świetnie.

Mam dystans, bo wiem, że rzeczywistość nie wygląda tak, że od jutra moje dzieci będą pod opieką kogoś innego, więc ja będę zwolniona z obowiązku. Obawiam się, że raczej będę ich mieć więcej, łącznie z emocjonalnym ogarnianiem całego procesu adaptacji, który przypada akurat na (najprawdopodobniej) początek mojej nowej pracy. Że skoro przez ostatnie dwa tygodnie mieliśmy w rozkłądzie pięć ataków złości dziennie, średnio co półtorej godziny, to teraz nagle nie znikną, tylko skumulują się w czasie po przedszkolu - i to ja będę sobie musiała z tym radzić. Co gorsza, nie będę wiedziała, jakie są przyczyny, bo nie będzie mnie przecież na miejscu, żeby zaobserwować, co tak wkurzyło Joasię i rozżaliło Witulka. A nie wierzę, żeby kobieta mająca pod opieką dwadzieścioro pięcioro dzieci, była w stanie zauważyć wszystko, co istotne.  

A najważniejsze pytanie, które kołacze się w moim matczynym sercu i obija od paru tygodni mój mózg, brzmi:

czy moje dzieci, biegające boso po osiedlowym chodniku, wychowywane w dużej wolności, z kreatywnością nie uziemianą hasłami "słoneczko ma inny kolor" albo "mogłaś to namalować lepiej", bawiące się czym chcą, jak chcą i kiedy chcą, wreszcie: które odziedziczyły po mnie sporą dawkę uporu i posiadania włąsnego pomysłu siebie, odnajdą się w przedszkolu?

Dużo mam pytań i wątpliwości.
I mało odpowiedzi.

Wiem tylko, że jutro rano, razem z pantoflami, recznikami z wyszytym nazwiskiem i papierem toaletowym odprowadzam moje dzieci pod wskazany adres. Co będzie po przekroczeniu progu?

P.S. Ale powiało grozą, co?

5 komentarzy:

  1. Powiem tak - jeśli nie wiesz, pytaj. Nauczyciela, konkretnie tego, który będzie w tej grupie. Jutro pewnie na te pytania czasu nie będzie (początek roku w ogóle jest zawsze hardcorowy), ale przecież jeśli zapytasz, to pani odpowie. Nawet jeśli nie będzie zadowolona z liczby pytań. ;) Ważne, żebyś rozmawiała dokładnie z tym nauczycielem, a nie innym, bo to wielka różnica. Ale uwaga: nie ma możliwości, żeby w placówce dzieci były wychowywane dokładnie w taki sposób, jak Ty je wychowujesz. Nie ma opcji, każdy nauczyciel ma inny styl, tak, jak każda matka jest inna, że już o liczebności dzieci nie wspomnę... Jeśli o komunikację chodzi, to myślę, że często tak bywa. Może nie będzie tak źle. Dzieci z czasem też zobaczą, że w domu są zasady takie i takie, a w przedszkolu trochę inne (nawet, gdyby się nieco - nie mówię, że drastycznie - różniły). Myślę, że - chociaż na początku będzie ciężko lub później będą miały jakieś kryzysy może - to przedszkole może być dla nich fajną przygodą, miejscem spotkania z innymi dziećmi, szkołą życia w grupie. Wiem, że jest Ci trudno (pewnie nawet bardziej, niż im), ale rzeczywiście, to prawda. Spokojny rodzic działa na dziecko kojąco. U nas np. radzimy, żeby na początku dzieci odprowadzał tzw. "silniejszy" rodzic. Pomaga.

    A z innej beczki. Jak nastawienie dzieciaków do przedszkola? Cieszą się, chcą tam iść? Wiem, że Ci ciężko. Ja przeryczałam dzień przed powrotem do pracy, a dzieci przecież zostały z Dziadkami... Ściskam!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za konkrety:)

      Jak nastawienie dzieciaków? Super. Asia nie może się doczekać, Witulek też opowiada, że jego przedszkole jest w małym budynku (sam to ogarnął:). Pewnie z tego wpisu to nie wynika, ale jestem dobrze nastawiona, tzn. wiem, że dzieciom w przedszkolu nie stanie się żadna krzywda, i jestem z nich dumna, bo to pierwszy krok beze mnie, jaki zrobią w życiu. Własnym i całkiem poważnym.
      Więc wszyscy się cieszymy. A moje wątpliwości zostawiam sobie na pogawędkę z paniami:)


      Usuń
  2. Dziewczyno będzie dobrze. A wiesz dlaczego? To proste. Jeśli Ty kochasz swoje dzieci, troszczysz się o nie i dbasz to o ile bardziej On je kocha, troszczy się i dba. Tylko że Jego ścieżki nie zawsze są naszymi ścieżkami. Ufaj a będzie dobrze. Nie pozwól by dzieci wyczuły twój lęk. Wspieraj, przytulaj, bądź wyrozumiała jeśli na początku będą trudniejsi. A będzie DOBRZE.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kochana. Dziękuję. Tego potrzebowałam, bo jak sama sobie tak mówię, to nie dowierzam. A jak ktoś - to od razu dociera.
      I dotarło:)


      Usuń
  3. oj, podobne mam obawy. bardzo podobne. tym gorzej, że u nas jeszcze trochę czasu zostało - i obaw zdąży narosnąć... pisz o przedszkolu, pisz, żebym zobaczyła, że nie taki diabeł straszny....

    OdpowiedzUsuń





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...