wtorek, 11 sierpnia 2015

Dlaczego zazdroszczę facetom


- Siedzisz z dziećmi w domu. Tyle kreatywnych rzeczy robicie. Macie dla siebie czas - słyszę czasami, i to są słowa trochę z zazdrością, trochę z tęsknotą. Bo skoro jestem w domu, to sama dysponuję swoim czasem. 
A guzik prawda.

Moim czasem dysponują potrzeby domu i dzieci na spółkę.Czasami moje, jeśli są pilne i fizjologiczne, choć im dzieci starsze, tym mniej pilne i mniej fizjologiczne mogą być. Potrzeby domu i dzieci często są zbieżne, bo bałagan wpływa na zdrowie psychiczne, a czasami nawet fizyczne, brak czystych ubrań powoduje frustrację i dyskomfort, że o kwestii tego, co, gdzie i czym się je, już nie wspomnę.
A ja muszę tym wszystkim potrzebom zaradzić, więc robię wszystko na raz.

Wielozadaniowość. Błogosławieństwo i przekleństwo niemal każdej matki. Oraz jej dzieci.
Dlaczego dzieci?

Bo dzieci na tej poszukiwanej przez niektórych pracodawców zdolności cierpią. Dzieci lubią, kiedy poświęca im się sto procent uwagi. Dorośli też lubią. Kto nie lubi czuć się słuchany, ważny, jedyny - choćby przez moment? A tych momentów jest tak mało.

Dzieci się kąpią, ja sprzątam łazienkę, zamiast jeździć podwodną ciężarówką i dowozić dostawy kryształków.
Dzieci jedzą śniadanie, ja zmywam, jednocześnie z nimi rozmawiając, dorabiając kanapek, nastawiając obiad (albo i nie), odbierając telefon, . 
Bawimy się razem klockami, niby jest fajnie, ale pralka właśnie skończyła prać i trzeba powiesić pranie, bo w kolejce jest następne i nie wyschnie przed wyjazdem, makaron chyba zaczął kipieć i ktoś dzwoni do drzwi. 
Więc przerwa.
Zaraz wracam, dzieciaki.
Tylko powieszę pranie.
Tylko zajrzę do piekarnika.
Tylko otworzę.
Zaraz wracam. Zaraz przyjdę.
Gdybym była dzieckiem, zaczynałabym wrzeszczeć, kiedy to usłyszę.
Dzieciaki znoszą to dzielnie, kiedy są w dobrym nastroju. I kiepsko, kiedy nie są.

Kiedyś, kiedy wrócili od babci, zapytałam Joasię, jak było.
- Babcia się z nami nie bawiła - powiedziała smutno.
Najpierw się zdziwiłam, bo właśnie usłyszałam relację z pierwszej ręki od babci, która zadzwoniła złożyć meldunek.Wynikało z niego, że robili razem różne fajne i zwyczajne, codzienne rzeczy.
Ale Asi nie o to chodziło.
Babcia się nie bawiła. Bo wspólne robienie obiadu, podlewanie kwiatków, wieszanie prania - to nie zabawa.

Cierpię na multitasking.
Babcia też.
I większość kobiet.

I to wcale nie jest optymalizacja czasu pracy i harmonijne rozłożenie sobie zadań do wykonania.
To jest rozpaczliwe próbowanie robienia wszystkiego, jak należy, choć się ma tylko połowę czasu na zrobienie tego wszystkiego. Więc robi się naraz, równolegle, poświęcajac wszystkiemu nieco czasu.

Ale dzieci nie chcą, żeby im poświęcać nieco czasu. One chcą sto procent.
Bo nieco czasu kończy się zazwyczaj półobecnością.


Co to jest półobecność?
To rozproszenie myśli, to nieuważne słuchanie, to brak inwencji w zabawie.
To nieumiejętność odłożenia wszystkiego dla jednego.

Walczę z tym, ale przegrywam. Dlatego zazdroszczę mężczyznom.
Oni zazwyczaj są jednozadaniowi.
Kiedy ojciec bawi się z dziećmi, to robi to na sto procent, bo inaczej nie potrafi. Dzieci to uwielbiają.

Chciałabym tak. Ale kiedy próbuję, paskudny głosik z tyłu mojej głowy szepcze: pranie. Zmywanie. Sprzątanie. Obiad. Śmieci. Zakupy. Makaron. Nie zdążysz. Nie zdążysz. I ma rację.
I nie znoszę tego, że ma rację.
I nie znoszę tego, że nie potrafię się wyluzować. Że jestem półobecna. Że myśli rozbiegają mi się jak mrówki. 

Wielozadaniowość, psia jej mać. 



6 komentarzy:





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...