poniedziałek, 29 czerwca 2015

Międzylądowanie z praniem

Powinnam być nad morzem.
Nie zaglądać na fejsa, tylko kosić trawę, sadzić porzeczki, przycinać jabłonki, chodzić na plażę i z powrotem, robić pranie w pralce Romie i wirować je w wirówce bez nazwy.
A tymczasem zrobiłam już cztery prania w pralce, do kórej nie trzeba wężem nalewać wody ze studni, i wyrzuciłam cztery torby śmieci, które sprytnie się chowały między rzeczami w szafie.
Mogłam sobie prać, bo wróciłam znad morza z dnia na dzień, pociągiem, w tempie ekspresowym, zabierając ze sobą babcię I., która zamiast spędzić na dobrym powietrzu trzy tygodnie, posiedziała na nim pięć dni.

Wróciłam, bo zimno było. Nie tam, żeby w dzień, nie po to zabieram na lato nad morze pod dwie zmiany naprawde ciepłych ubrań, żeby siedzieć w domu. W nocy zimno było, mały olejowy grzejniczek całego domu nie ogrzeje, kozy jeszcze nie ma, jedna zimna noc - i rozchorowałam się, że hej.
Pięć dni się łudziłam, że zaraz mi przejdzie, ale nie przeszło.

I teraz siedzę przed komputerem ojca dzieciom, bo mi się swojego nie chce podłączać, i czuję się wyrwana z kontekstu.
Plan był dobry, pakowanie - wzorowe, wszystkie czynniki przewidziane, bo morze to dla mnie nie pierwszyzna, Joaśka w tym roku zaliczyła Bałtyk po raz piąty, więc już wiem, że nie trzeba przewijaka i wanienki, i że jedna torba ubrań wystarczy.
Wszystkie czynniki - poza tą jedną zimną nocą. Taką niespodziewaną.

A może to wyrwanie z kontekstu wcale nie jest spowodowane wyjazdem - czy raczej powrotem.
Może to po prostu kryzys się odzywa.

Kryzys - czyli zmiana. Dobra rzecz, nawet jak na początku wkurza, boli, nie pozwala nic zaplanować ani ogarnąć, zmusza do ruszenia się z miejsca.
Kryzys - to nie deprecha, tylko rozwój.
No, dołek czasem też.
Ale na dołek - dobrze wiadomo: najlepsza jest robota, nieważne, w domu czy w ogródku.

Kryzys, bo tyle zmian naraz.
Nie wiem, czy już Wam pisałam, że dostałam pracę. A raczej ona mnie, z dnia na dzień, dość niespodziewanie. Okres próbny się skończył, praca - nie. Od września będzie na poważniej.
Od września - przedszkole.
I pewnie kolejna edycja kursu Alpha (kto nie był, niech idzie) - jeśli będzie taka potrzeba.
I ojciec dzieciom zmienia pracę.
I od października - uczelnia, zajęcia i najwyraźniej doktorat.

I blog też czeka na zmiany, i ciągle nie ma na nie czasu, bo te graficzne wymagają posiedzenia przy kompie i to nie przez jeden wieczór.
A wieczorów jakoś brakuje.

I kiedy plany takie jakieś napięte, wszystko ma iść po mojemu, jak  w zegarku.
Wtedy zdarza mi się zapomnieć, że wcale nie ode mnie zależy ich powodzenie - tych planów.
Że będę musiała chora (po raz pierwszy nad morzem, a tych razów było już ze dwadzieścia parę) wracać w połowie wakacji do domu.
W sam raz na nasza piątą rocznicę ślubu. O.

 No więc. Przez chwilę bedzie mnie tu więcej, potem jadę z powrotem. I jak internet znowu nie wytnie mi jakiegoś numeru, stamtąd też będę tutaj.
Ale to się okaże.

A teraz zajrzę do zdjęć. I jutro-pojutrze pokażę Wam Bałtyk w wersji Młodej Matki.

P.S. Najprawdopodobniej.






2 komentarze:

  1. Oj kochana.....ja tyle razy zmarzłam na wakacjach nad naszym morzem...mąż powiedział, że jego Bałtyk juz nie zobaczy :( Takie zmiany, deprechy na swój zwariowany sposób też są dobre, działaja kreatywnie, motywują, choć nie zawsze! Życzę ci powodzenia we wszystkich zmianach :) Pracy spokojnej i dobrej, doktorat też pójdzie dobrze :) Doby ci nie wydłużę ale może czasem uda się coś na cos zamienić tak, by miec czas na to coś "drugiego"? :) Ja w to wierzę :) Sama chętnie bym jakąs pracę podłapała :)

    OdpowiedzUsuń
  2. No bo to lato w tym roku niewydarzone jakieś Pani. U nas wszystkiego może ze 3 dni naprawdę ciepłe były. A tak to bluza dresowe zamiast koszulek na ramiączkach. Nie lubię! Zmian gratulujemy i życzymy szybkiego powrotu do zdrowia.

    OdpowiedzUsuń





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...