sobota, 11 kwietnia 2015

Wiosna!

Kiedy w okolicach Wielkiego Tygodnia trzy razy dziennie przechodziła sobie mała śnieżyca, wszyscy bardzo tęskniliśmy za regularna wiosną z temperaturą powyżej ośmiu stopni Celsjusza. A najlepiej powyżej piętnastu.
I przyszła. Przyszła i robi z dziećmi coś niesamowitego.


Nie marudzą. Są pełne energii - to znacz pełniejsze niż zazwyczaj. Nie potrzebuja nowych zabawek - te ostatnie dni paskudnego przedwiośnia Joasia spędzała z katalogiem ze sklepu  zzabawkami w rączkach, tęsknym głosem pojękując, że och, jak bardzo chciałaby to i tamto, i jeszcze mikrofalówkę dla lalki, koniecznie. I fotelik, i wannę, i przewijak, i najlepiej wszystko.
Teraz jęki się skończyły. 

Moje dzieci, na przykład, przez ponad godzinę bawiły się po śniadaniu, w porannym sloneczku, zdemontowanym niedawno niesprawnym wężem od prysznica. Wyszperały go w narzędziowej szufladzie, napełniły sobie wyimaginowaną wodą basen za łóżkiem, później Witulek za tym łóżkiem pracował, robiąc wazne zecy, a Joasia nalewała z pustego wężawody do różnych pojemników znalezioych na szybko w pudłach z zabawkami i kuchennych szufladach. Król Salomon przy niej odpada w przedbiegach.

Moje dzieci, na przykład, zabrane na plac zabaw, nie marudzą, że nie zabraliśmy siedmiu łopatek i nie pakują przed wyjściem wszystkich stu pięćdziesięciu foremek do piasku. Nie marudzą przy ubieraniu i nie uciekają przed kolejnymi warstwami garderoby. Po prostu się ubierają (Joasia) lub dają się ubrać (Wit) i wybiegają radośnie, a w piaskownicy bawią się wyśmienicie, wynajdując pod krzakami patyki i sadząc w piasku las.

Moje dzieci, na przykład, zabrane na spacer osiedlowymi alejkami, potrafią przez pół godziny rozrzucać patykami ziemię ze świeżych kretowin, wbijać w nie kijki i gałązki i czekać, czy wypuszczą listki.

Przypomina mi się dzieciństwo, kiedy razem z N. bawiłyśmy się w księżniczkę - księżniczką byłyśmy na przemian, księżniczka aktualna właziła na pochyły pień starej wierzby, a jej aktualna służąca szykowała jej posiłek - daniem dnia była potrawka z nasion jaskółczego ziela w sosie z tegoż ziela na liściu jabłoni. Kiedy przekradałyśmy się przez bagna do opuszczonego domku, nie zabierając ze sobą zabawek, i spędzałyśmy w nim całe godziny. Kiedy do utraty tchu uciekałyśmy przed chłopakami, grając z nimi w koty i myszy.

Tak, byłyśmy starsze. I zimą były klocki lego, lalki Barbie, farby i kredki. Ale kiedy tylko robiło się ciepło, piłka, guma do skakania albo nic w zupełności wystarczało.

Często zimą się zastanawiałam, patrząc na moje znudzone dzieci, zawodzące żałosny refrenik: "mamusiu, pobaw się ze mną", kiedy tylko mijała minuta od poprzedniej zabawy, czy to nowe pokolenie, które rośnie na moich oczach, będzie od małego przesycone duchem konsumpcjonizmu. Tyle zabawek, które chciałoby się mieć, a tak szybko można się nimi znudzić. Więc trzeba następnych. I następnych. Aż przestaną się mieścić nie tylko w mieszkaniu, ale i w piwnicy i na strychu, i w gmachu opery, a może operetki, też.

I nie będzie. Przesycone duchem, znaczy.
Lekastwem na nudę i zniechęcenie jest przestrzeń, słońce, świeże powietrze.
Dla dzieci.
I dla dorosłych też. 




2 komentarze:

  1. Oby ta wiosna juz została, choc nam przyniosła anginę :(

    OdpowiedzUsuń
  2. Będą przesycone duchem konsumpcjonizmu jeżeli im na to pozwolimy. Myślę, że podstawą jest to co wyniosą z domu. My swoim dzieciom nie kupujemy wszystkiego. Owszem rower, rolki, dinozaury,którymi interesuje się Tymek, czy książeczki. Ale koniec z kupą niepotrzebnych aut zalegających na półkach i stosów grzechotek pochowanych w pudełkach. Dzisiaj Mieszko skończył roczek. Nie dostał w prezencie kolejnej zabawki ani kolejnego ubranka. Doszliśmy do wniosku, że nie było takiej potrzeby. Dostał kawałek tortu z dużą ilością galaretki i wielkim zimnym ogniem. A potem z Tymkiem i Wojtkiem poszli na podwórko ;)

    OdpowiedzUsuń





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...