wtorek, 7 kwietnia 2015

Eksplozja talentów i poczucie utraty

[Dzisiaj będzie długo, bo dlugo nie pisałam, więc - parafrazując Wielorybkę - sporo się nazbierało i trzeba o tym napisać.  Dwoma słowami - esej encefalograficzny.]

Przed Świętami dostałam życzenia od jednego z portali dla mam. Brzmiały one tak: "aby świąteczne potrawy nie tuczyły, dzieci trafiały ciastem w buzie zamiast w bluzki, a mężowie poczuli dodatkowe pokłady energii, które oprócz na wyniesienie śmieci, wystarczą również na zmywanie naczyń" [pisownia oryginalna].


Gdybym była w nastroju bojowym, napisałabym, że to najgorsze życzenia, jakie można dostać. Bo w Wielkanocy, w świętowaniu zmartwychwstania Chrystusa, nie to jest ważne. W nich chodzi właśnie o to, żeby zamiast na pieczeniu, gotowaniu, sprzątaniu i zamartwianiu się plamami i niezastępowalnością kuchenno-ścierkową zwrócić uwagę na to, czego nie widać. Żeby pomyśleć o tym, co to znaczy, że ktoś za mnie umarł. Żeby nasze życie stało się nowe, bogatsze w Boga, a nie w góry jedzenia i stosy brudnych naczyń.


Wielki Post też po to jest. A przynajmniej u mnie okazał się właśnie po to. Kluczowe hasło: umieć odróżnić rzeczy ważne od pilnych. Usłyszałam to na jakoś początku - ale niespecjalnie się tym przejęłam. Za to przejął się chyba Ktoś inny, bo zobaczyłam czarno na białym, co jest ważne, a co pilne. I że ważne jest ważniejsze od pilnego. 

Sporo pokory nabyłam ostatnio. W ciągu miesiąca nie udało mi się dotrzymać dziewięćdziesięciu procent obietnic. To mi się nie zdarza. Zwykły procent rzeczy, które obiecałam i nie zdążyłam albo - to też się zdarza  - zapomniałam - to w porywach piętnaście procent. Piętnaście, nie dziewięćdziesiąt. Dało mi to do myślenia. A w komplecie z remontem dało mi do myślenia jeszcze bardziej. Dlaczego z remontem? Bo najlepiej się go robi metodą tabula rasa. Czyli wynosisz wszystko, a potem wstawiasz tylko to, co potrzebne. I pozbywasz się reszty.


Dygresja: pozbywanie się niepotrzebnych rzeczy jest moją idee fix od lepszych dwóch lat. Pozbyłam się dwóch trzecich swoich ubrań. Oddałam niepotrzebne rzeczy kuchenne, z którymi trudniej mi się rozstaje, choć chyba sporo jeszcze zostało. Zrobiłam przegląd w książkach i zasiliłam stosikiem polskich kryminałów pobliską bibliotekę. I wciąż mam jeszcze o połowę rzeczy za dużo. A im więcej rzeczy, tym więcej uwagi trzeba im poświęcić. 


I teraz jest tak, jakby ta moja uwaga z odzysku skierowała się na sprzątanie moich - jak by to nazwać - aktywności. Bo poza tym, że mam dzieci i zajmuję się domem, piszę z różną częstotliwością do kilku portali, dwóch - a w porywach trzech - czasopism, a poza tym tutaj. Całę to pisanie, poza blogiem, ma w zamierzeniu prowadzić do zarabiania. Ale zarabiam tylko na jednej szóstej tego, co napiszę, a do wszystkiego podchodzę tak samo rzetelnie. 

I teraz, po miesiącu, w którym nie udało mi się w ciągu tygodnia odpowiedzieć na pilne maile, widzę, że wszystko tu trzeba zmienić. Inaczej spriorytetyzować. Ułożyć od nowa. 


Odróżnić rzeczy ważne od pilnych.

Bo czy pilniejsze jest mycie podłogi, czy czytanie dzieciom książeczek? Pisanie tekstu na wczoraj, czy wieczorna rozmowa z mężem? Wydaje się, że czasem jedno, a czasem drugie - ale właśnie: wydaje się.

Bo ważne są tylko rzeczy ważne. Inne zaciemniają obraz. łatwo je rozróżnić, kiedy się nawali i widać tego efekty. A najlepiej widać je na dzieciach. 

Dzieci nie są nasze na zawsze. Są nasze tylko na trochę - i wtedy jest czas na to, żeby dawać im coś dobrego. Najlepszego. Jeśli po nocach piszę teksty, za które nikt mi nie płaci, tylko po to, żeby rano wstać nieprzytomna i nie mieć żadnych pomysłów na zabawę z Joasią, która smutna i zrezygnowana wciąż jeszcze będzie pytała z nadzieją, czy się pobawimy, a jak już zasnę na podłodzę w trakcie zabawy, przykryje mnie kocykiem, to coś jest nie tak. Joasia teraz jest mała. Teraz jest dzieckiem. Teraz potrzebuje mamy do zabawy, nie jutro, nie za tydzień i nie wtedy, kiedy będę na pisaniu zarabiała tyle, co Pratchett i Forsyth razem wzięci. To właśnie jest ważne. Chociaż nie wydaje sie pilne. 



Więc zmiany, zmiany idą. Kiedy się wyrzuci stare ubrania, robi się miejsce na nowe. Kiedy się wyrzuci stare plany, myśli, koncepcje i marzenia - jest miejsce na nowe. Kiedy się odrzuci starego człowieka, można przyoblec się w nowego, a potem wszystko staje sie nowe. 
I dobre.

Trzeba tylko oswoić poczucie utraty. 

Tyle o mnie na razie. 
Czas na parę kawałków o dzieciach. 

Kiedy byliśmy na ostatnim badaniu u pscyhologów (międzynarodowy program badawczy nad mentalizą maluchów), pani badaczka powiedziała, że w okolicach czwartego roku życia u dziecka następuje eksplozja talentów.


I u Joasi właśnie nastąpiła.


Po pierwsze - zaczęła rysować. I to jak! Na obrazkach pojawiły się drzewa z pniami, gałęźmi i liśćmi, niebo, trawa, słońce i kwiaty. Oraz zwierzęta - rozpoznawalne na pierwszy rzut oka. Pasiaste koty z wąsami, pazurami i źrenicami i króliki w marchewką i wodą w mieseczce. Jej obrazki zaczęły być piękne. A ja - dumna. Jeszcze bardziej.

Po drugie - zaczęła pisać. Oraz czytać. Układając z Asią drewnianego puzzla - żółwia od babci M., odkryłam, że zna już wszystkie litery alfabetu. Duże, bo małych nie uważa za prawdziwe litery. Pisze do babci na Skype, z włączonym Capslockiem. Okupuje mój komputer i "pisze teksty" w notatniku. Obrazki podpisuje "ASIA", a lista wyrazów, które umie napisać i przeczytać, rośnie z tygodnia na tydzień.

Po trzecie - zaczęła pomagać. Konkretnie. Naprawdę pomocnie - tak, że nie trzeba przymykać oka i potem robić samemu jeszcze raz. Przynosi, podaje, sprząta, odkłada ubrania na półkę, a ostatnio zażądała odkurzacza i odkurzyła całą sypialnię, z pietyzmem traktując przestrzeń pod łóżkiem Witulka. 
I nie musiałam po niej poprawiać!

Jeśli nie zależy jej na czymś naprawdę bardzo, można negocjować. Dogadać się. Przekonać. Potrafi się dzielić czekoladą. Jest hojna i opiekuńcza. Dba o mniejsze dzieci, zauważa ich potrzeby, podaje im zabawki albo wyjaśnia dorosłym, czego potrzebują. 

Analizuje sytuacje, zwłaszcza sytuacje kryzysowe, i wyciąga z nich wnioski. Chociaż muszę to uściślić: kryzysowe sytuacje bez jej udziału. Wtedy emocje jej nie przeszkadzają i często po jakiejś moejj klasycznej awanturce z Witulkiem (bunt dwulatka) przychodzi do mnie i mówi: wiesz, gdyby Witulek postawił ten kubek, zamiast nim rzucać, to herbatka by się nie wylała, a ty byś się nie gniewała. A potem jeszcze stosuje wyciągnięte wnioski w podobnych sytuacjach z jej - Joasi - udziałem.


W ciągu w ciągu trzech i pół miesiąca przestała (zupełnie!!!) ssać palec. Krzywy zgryz jej się niemal wyprostował, a Asia zaczęła wymiawiać "sz", "cz" i "ż". 

Jest duża. Jest piękna.

Jestem z niej dumna.

A co u Witulka - zapytacie.

Wszedł w ten uciążliwy etap buntu dwulatka, w którym nieustannie pyta "cemu" oraz robi wszystko po swojemu, a nie tak, jak mam chce/prosi/każe. Argumentując to najprościej, jak sie da: "bo chciałem". A poza tym - też rozwojowo szaleje. Mówi tak, że obcy dorośli są w stanie się z nim dogadać. Ma solidny zasób słów i fantastyczne poczucie humoru. I bardzo ważne jest dla niego przytulanie.

- O! Cebulki psytulają! - oznajmia radośnie, obierając czosnek i odkrywając pod skórką podwójny ząbek.
- Cemu koty nie psytulają? - pyta innym razem, widząc, że zaginął gdzieś jeden z dwóch elementów mojej drewnianej kociej układanki-przytulanki.

Już pierwsza, więc więcej o Witulku opowiem Wam następnym razem. A tym razem jeszcze dialogowy bonus.

1. Dziesiąta  wieczorem. Asia od godziny słodko śpi. Witulek utrzymuje, że nie jest senny, ale chociaż twardo stoi na środku pokoju, to jednak chwieje się na nogach.
- Chodź spać, Witulku, jesteś przecież zmęczony - namawiamy.
- Odpocywam na stojąco - mówi na to nasz syn.

Zasypia w końcu i budzi się rano, po czym radośnie ładuje się do naszego łóżka, rozdzielając małżeństwo, a potem zaczyna nadawać program poranny. jak małe radyjko bez funkcji wyłącznika. Ojciec dzieciom otwiera jedno oko, zerka na zegar i mamrocze:
- Witu, jest piąta piętnaście! Czemu się budzisz?
- Bo lanek wstaje - oznajmia ranny ptaszek.

Tyle na dziś. Za literówki przepraszam, niefachowo puszczam tekst bez czytania.
Spaaaać. 

5 komentarzy:

  1. Ciekawy blog ;) Zapraszam do mnie: http://malenaaa9192.blogspot.com/ - Świat Młodej Mamy!

    OdpowiedzUsuń
  2. No to już nie będę marudzić o rozdział ;). Fajnie przeczytać co u Was. Uściski.

    OdpowiedzUsuń
  3. dobrze,ze piszesz.
    dopiero co się rozgoscilam i juz zaczęłam tęsknić ;) - wiesz jak to bywa z neofitami blogowymi.

    a co do remontu-marze o zrobieniu tego kroku,polegającego na wyrzuceniu/wydaniu wszystkiego, co niepotrzebne.
    tylko tak trudno walczyć z natura emocjonalnego zbieracza i osoby lubiacej miec komfort zapasu...
    uff.

    OdpowiedzUsuń
  4. Pięknie napisane !
    Przyznam że lubię mieć wysprzątane mieszkanie na święta (jakby co najmniej Chrystus przychodził sprawdzać czystość okien) ...potrzebuje takiej otoczki , ale nie zapominam o Najważniejszym.
    Fajne masz Dzieciaki ...podobnie uważam ...Dobra mama ma priorytety ;)

    OdpowiedzUsuń





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...