sobota, 7 marca 2015

Sprawa zaginionego kota. Odcinek 8

Była sobota.
Sobota od dawna była przez mój umysł zarezerwowana na sprzątanie. Nie zawsze to, oczywiście,  wychodzi. I dzisiaj właśnie nie wychodziło.

O czwartej rano obudził mnie Józek, który z łóżeczka pomiaukiwał coś żałośnie na temat mleczka z miodzikiem. Wstałam, zrobiłam, podałam, zasnął. Zdążyłam się położyć i z drugiego łóżeczka dobiegła prośba o kakałko. Wstałam, zrobiłam, podałam, Natalka zasnęła. Ale mnie już nie chciało się spać. Więc wstałam. Zrobiłam sobie herbaty i siadłam do komputera.
O czwartej rano dobrze się pisze – pod warunkiem, że się człowiek nie położył o drugiej. Cisza, senny spokój, na dworze też nic jeszcze nie hałasuje. Ciemno. Łatwo się skupić. Nie grają grające zabawki i nie trzeba przerywać pisania co dziesięć minut – lub częściej. Dokończyłam spokojnie tekst o tym, że trzeba uczyć dzieci odpoczywać, zamiast wysyłać je na piętnaście zajęć dodatkowych, ogarnęłam trochę bloga i zaczęłam się zastanawiać nad Marcinkowskim Kazimierzem, Wieśkiem, ciężarówką i całą resztą. Coś mi tu nie grało, ale nie wiedziałam, co. I mój umysł nie mógł znaleźć tego jednego kawałka. Jak wiadomo z klasyki, biały dywan i koci ogon łatwo można ze sobą pomylić, jeśli występują na niedużych kawałkach układanki.
Dla mnie na tej układance, której najwyraźniej byłam elementem, była głównie pustynia. Wszystko wydawało się pasować, ale nie powstawał z tego żaden sensowny obraz.
Weszłam po cichu do składu rzeczy kreatywnych, jak nazywaliśmy mały schowek pod schodami, i znalazłam duży brystol oraz rolkę taśmy. Przykleiłam brystol do ściany, czując się jak dziennikarz śledczy, detektyw albo inny analityk służb. Swoją drogą wszystkie testy predyspozycji zawodowych wskazywały, że nadaję się do zawodu dziennikarza śledczego. Właśnie śledczego, nie normalnego dziennikarza. Tyle, że miałam męża, dzieci oraz szczery zamiar spędzać z nimi dużo czasu. A także szanować swoją wątrobę.
Ale samo uporządkowanie faktów to przecież co innego niż dziennikarstwo śledcze. Więc popatrzyłam surowo na brystol rozciągnięty na ścianie, a potem zaczęłam wypisywać fakty, powiązania, daty i osoby. Taki schemat powinien mi co nieco wyjaśnić.
Ale nie wyjaśnił. Żadnego olśnienia, żadnego skojarzenia. Na nic te wszystkie seriale kryminalne, oglądane do późna w nocy. Być może testy zawodowe są do kitu.
- Co lobis, mamusiu? Lysujes! Tes chce! – zawołał nagle radośnie Józinek. Niemal podskoczyłam, bo skradał się jak mały kot.
- Rysuję sobie i piszę, tak.
- Całus – oznajmił mój syn, zaróżowiony od snu i cudnie rozczochrany – Całus, bo wstałaś!
Przykleił mi się na chwilę mokrym pyszczkiem do policzka. Najwspanialszy całus świata.

- Obudziłem! Mazak daj – zarządził zaraz.
O nie, żadnej powtórki z mycia ścian, pomalowanych przez dzieci, czym się dało.
- Zaraz ci, synku, przygotuję stanowisko pracy – zaczęłam i zobaczyłam, że w drzwiach stoi Natalka i słucha bardzo uważnie i z nadzieją w wielkich oczach – i tobie, córeczko, też.
- Dzień doby! – zawołała moja córka, omijając jeszcze niewymawialne „r”. – Wstałam i cię szukałam, i teraz cię bardzo przytulę, bo cię kocham!
I jak tu ich nie lubić. Nawet, jak przeszkadzają w pracy.
Pardon. W zabawie.


Dzięki porannym warsztatom rysowniczym Kuba mógł się wyspać. A jeśli nawet nie wyspać, to przynajmniej pospać do ósmej piętnaście. Wtedy bowiem z kuchni dotarły do sypialni zbyt kuszące zapachy, żeby je zlekceważyć – nawet przez sen. Więc siedzieliśmy sobie w kuchni, piliśmy kawę zbożową, dojadaliśmy resztki po śniadaniu dzieci, które – przemyślnie zachęcone przez tatusia - pobiegły już budować z klocków wieżę aż do sufitu.
- To co dzisiaj robimy? – zapytałam, przeciągając się leniwie.
- Nie wiem jeszcze – odpowiedział Kuba, ziewając jak hipopotam.
Za oknem przez chmury przebijało się niebieskie niebo.
- Pojedźmy gdzieś w plener. Na spacerek.
- Może do Puszczy Niepołomickiej? – teraz Kuba się przeciągnął.
Tak. To był bardzo dobry pomysł.
Po godzinie termosy były napełnione gorącą herbatą, kanapki i reszta wałówki spakowana, podobnie jak zapasowe dziecięce ubrania (zawsze się przecież znajdzie jakiś strumyczek, do którego uda się wpaść).  Jeszcze tylko Natalka przenegocjowała zabranie małego Olympusa występującego ostatnio w charakterze jej osobistego aparatu, a potem Józek rozpłakał się, bo on swojego nie miał, i musiałam mu z przepastnej szafy wydobyć starą czajkę kupioną na pchlim targu w Gdańsku.
A potem zabraliśmy jeszcze tylko koce, pluszowe koty, jabłuszka na drogę, kanapki do łapki, lizaki na wypadek kolejnych dramatów, plecaczek z motylkiem, traktor na sznurku, rękawiczki na zmianę, chusteczki nawilżane, które były spakowane, ale same się jakoś wypakowały i przemieściły na podłogę pod stołem – i byliśmy gotowi.
- Wyciecka! Wyciecka! – oznajmił jeszcze Józinek radosną nowinę światu w promieniu trzydziestu metrów od naszych schodów i pojechaliśmy.
A kiedy my spacerowaliśmy sobie między starymi drzewami, omijaliśmy małe kałuże i odpędzaliśmy dzieci od błota, na naszym ganku pojawił się mężczyzna. Wyglądał przeciętnie, tak przeciętnie, jakby się o to specjalnie starał. Miał szare spodnie, czarną kurtkę, czarną czapkę i nijaki plecak. Gdyby się ktoś przyjrzał uważniej, zobaczyłby, że na dłoniach miał bardzo cienkie rękawiczki w kolorze skóry. Podszedł do drzwi, zadzwonił, odczekał chwilę i szybkim ruchem sam je sobie otworzył. A potem wszedł do środka. Rozejrzał się, potem pewnym krokiem przeszedł przez przedpokój. Nie musiał przejmować się śladami, bo tych było na podłodze aż nadto. Podszedł do biurka, na którym stał stary laptop. Uruchomił go, odnalazł folder z czterema innymi folderami w środku, potem znalazł plik tekstowy, którego jeszcze nie udało nam się odczytać, podpiął do gniazda wyjętego z kieszeni pendrive’a i zamienił tenże plik tekstowy na całkiem inny.
A potem spokojnie schował pendrive’a do kieszeni, wyłączył komputer i wyszedł.
I wydawało mu się, że nikt go nie zauważył.

***

W drodze powrotnej z lasu dzieciaki zjadły wszystko, co zostało po spacerze, a potem zasnęły. Natalka, przenoszona z samochodu do domu, otworzyła co prawda jedno oko, ale zaraz je zamknęła, udając, że zupełnie, ale to zupełnie śpi. Józek spał naprawdę, ciężki jak mały kamyczek.

Rozebraliśmy wycieczkowiczów z kurtek i butów i powkładaliśmy do odpowiednich łóżeczek, z odpowiednimi kocykami i kotami. A potem usiedliśmy sobie w kuchni, żeby dopić resztę herbaty z termosu. Panowała przyjemna cisza.
Westchnęliśmy oboje równocześnie.
I właśnie wtedy zadzwonił telefon.
Numer nieznany. Ciekawe. Ma wyczucie, drań, kimkolwiek jest.
- Słucham – powiedziałam nieco podejrzliwie do słuchawki.
- Pani Agata? – powiedział męski głos.
- Tak, to ja. Z kim mam przyjemność?
Głos się przedstawił, a ja na chwilę zaniemówiłam.
- Jest tam pani?
- Tak, jestem – powiedziałam pospiesznie. Redaktor naczelny jednego z największych tygodników na rynku. I to jeszcze mojego ulubionego.
- Mam dla pani propozycję.
- Propozycję?
- Tak. Podobno będzie pani pisać o sprawie tej ciężarówki. – kota pominął chyba przez delikatność.
- No… właściwie to… zamierzałam, ale…
- No i ja chciałbym od pani kupić ten tekst.
Aha.
- A na kiedy?
- Jak pani skończy. To przecież rodzaj – zawahał się – śledztwa, a na to potrzeba czasu. Dwa miesiące pani wystarczą?
- Myślę, że tak. – Zebrałam się w sobie. Nie znoszę rozmów o pieniądzach. – A za ile?
Powiedział.
Uszczypnęłam się w udo. Jakiś czas temu, polecona przez znajomego, wysłałam do tego właśnie tygodnika propozycję współpracy. Odpisali mi, że bardzo chętnie i mogę zacząć zaraz, ale za teksty nie zapłacą, bo nie mają pieniędzy.
- Przepraszam, czy mógłby pan powtórzyć, bo chyba źle zrozumiałam?
Powtórzył.
Na litość. Przecież to ze dwie pensje są. Tyle nie płacą za tekst nawet najlepszym!
- Nie za dużo? – zapytałam podejrzliwie.
- Nie, przecież to dwa miesiące pracy, prawda? – roześmiał się. – Poza tym zależy mi na tym tekście.
O matko.
Pożegnał się uprzejmie i rozłączył, nawet nie pytając, czy się zgadzam.
- Kto to był? – zapytał Kuba.
- Naczelny „Teraz”. – odpowiedziałam, wciąż jeszcze zdumiona.
Kuba przyjrzał mi się uważnie.
- Tego tygodnika, który od pierwszego numeru nie schodzi w rankingu poniżej trzeciej pozycji?
- Tego samego.
- I który trzyma taki dział dziennikarstwa śledczego, że inni mogą się tylko wstydzić?
- Tak.
- I chce ci zapłacić jakieś szaleńcze pieniądze?
- No…
Mój mąż popatrzył mi głęboko w oczy.
- Nie sądzisz, że coś tu śmierdzi?

2 komentarze:

  1. Kuba ma racje! ;)
    Mam wrazenie, ze ten tekst juz jest... i jak Agata dobrze poszuka, to nie bedzie miala z nim w ogole roboty.
    Pozdrowionka!
    :D

    OdpowiedzUsuń
  2. No to w sumie owocnie. Mimo tego, że sprzątanie nie wyszło :)

    OdpowiedzUsuń





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...