wtorek, 3 marca 2015

Kiedy dzieci nie chcą spać

Kiedy dzieci nie chcą spać, a próby usypiania kończą się niczym albo czymś o wiele gorszym, budzę się zła. Uwaga: ten tekst to samo życie. Zero lukru. 

Tak. Wróciłam. Sprzątałam, czytałam, robiłam to i tamto i nie pisałam nic. Pięć tekstów nade mną wisi, na już, więc pora się zabrać. I się zabieram. 

Chociaż dzieci nie śpią.
Nie znoszę tego: zmęczenie, kąpiel, mleczko z miodzikiem, które ostatnio zastąpiło kakałko, wszystko idzie jak trzeba, z tego dzieci w kierunku snu, a rodzice w kierunku czasu odrabiania obowiązków wymagających skupienia, a tu lipa. Mleczko wypite, bajka opowiedziana - i nagle Witulek, który już niemal spał, siada i oznajmia:
- Nie będę spał. Nie cem.
Dyskutować nie ma co. Poświęcać czterdziestu minut na trzymanie go siłą w łóżku z nadzieją, że zaśnie, też nie ma co. Więc puszczamy. Plany wsiadają w pociąg pospieszny, o ile takie jeszcze istnieją, i znikają w sinej dali, pozostawiając po sobie złość.

Bo kiedy dzieci nie zasypiają, robię się zła. I zasypiam zamiast nich, zostawiając biednego ojca dzieciom z niemal śpiącą, ale wciąż jeszcze marudną córką i zupełnie nieśpiącym synem, który na koniec wszystkiego domaga się mleczka z buteleczki jesce laz. Nic bardziej nie wkurza niż od półtora tygodnia nie napisany tekst, od dwóch tygodni planowany film. Potem budzę się w środku nocy, w ubraniu, z gębą pełną brudnych zębów, idę po ciemku do łazienki, starając się nie rozdepnąć żadnej rzeczy po drodze, doprowadzam się do jakiego-takiego porządku i zastanawiam, czy wstać i pisać. Skoro jestem wyspana, a dzieci śpią, trzeba to wykorzystać. 
Więc zakładam skarpetki i włączam komputer. Kiedy otwiera się Word, z sypialni słychać:
- Mamusiu! Nie ma! Gdzie jeś? Mamusiu! Psijć!
A potem budzę się znowu, z umytymi zębami, w stoju o wiele bardziej nocnym, z dzieckiem pod pachą. I jest rano. I jestem zła.

Bo moje plany znowu poszły w odstawkę.
Bo nie mogę nikomu niczego obiecać, żeby nie nawalić. Umawiam się na tekst z wyprzedzeniem trzytygodniowym - a to jeden wieczor pracy, na litość! - i nawalam. Bo nie ma kiedy. Bo w dzień Joasia jęczy "pobaw się ze mną" i przy takim akompaniamencie pisać się nie da, bo pisanie wymaga chociaż odrobiny skupienia. Tak. Nauczyłam sie już pisać przy różowym żelazku wygrywającym piskliwie jedną i tę samą melodyjkę o trzy tony za głośno i cztery za wysoko, przy sąsiedzie stukającym młotkiem w mój sufit, a jego podłogę, przy Joasi opowiadającej mi o wszystkich zabawkach, które chce mieć już i nie chce już dłużej na nie czekać, a nie wystarczyłoby na nie dwóch średnich pensji, i przy Witulku co siedem minut wymagającym ode mnie przerwy na siku, kupę, picie, zdejmowanie z parapetu i duszenie awantury w zarodku. Potrafię pisać przy tym wszystkim NARAZ. Ale najlepsze teksty przychodzą mi do głowy wtedy, kiedy nie mogę ich zapisać, a jeśli już porzucę to, co właśnie robię i siadam do komputera, od razu materializuje się Joasia, która chce pisać w notatniku, i beczy, bo ja siadam do komputera i nie słuchając jej, próbuję zapisać to, co właśnie przyszło mi do głowy. A czego już w głowie dawno nie ma. Bo bek. Bo użeranie się, bo tłumaczenie. I pomysł znika, zdania, które przychodzą do mnie same i sztuka polega na tym, żeby zdążyć je zapisać - ręcznie od dawna piszę zbyt wolno, więc zostaje klawiatura - ulatniają się, zostawiając po sobie gorycz porażki. Więc kiedy następne zdania pojawiają się znowu, na wszelki wypadek biorę jednak tę kartkę i stawiam na niej hieroglify nie do odczytania po tygodniu, Joasia marudzi, bo to ona chciala ten długopis, Witulek stoi obok, zadając swoje ulubione pytanie: cemu taka? cemu pises? cemu dugopis? cemukaltkacemucemumamacemucemucemu? i szarpie mnie za kieszeń od spodni, przypinając mi do niej spinkę Joasi.
Joasia krzyczy, bo to jej spinka.
Myśli już dawno uciekły. 


Więc zostawiam, zła, pisanie i idę do  kuchni, do łazienki, do sypialni, wszystko jedno gdzie, powalczyć trochę z bałaganem, który denerwuje mnie bardziej niż moje plany leżące w gruzach przez moje nieśpiące dzieci. Z bałaganem, któremy dawno temu wypowiedziałam wojnę błyskawiczną, ale nic nie dała, a raczej dała efekty znikające błyskawicznie, kiedy tylko odwrócę się plecami. Sprzątanie jest jak pańszczyzna, jak dług, im bardziej go nie spłacasz, tym bardziej jest i tym więcej siły i środków pochłania. Wojna z bałaganem wymaga długotrwałej, przemyślanej i zaplanowanej kampanii, w której nie ma się co cieszyć małymi zwycięstwami, bo liczy się wynik ostateczny, wygrana albo przegrana wojna. Więc kampania, nie wrześniowa, całoroczna, a właściwie to wiosenna i jesienna, już nie układanie, upychanie, oszczędzanie i odkładanie, ale bez litości, oddawanie, wyrzucanie, uwalnianie przestrzeni - żeby było jej tyle, ile potrzeba, zeby wszystko bez trudu dawało się odłożyć na swoje miejsce, w ogóle miało to swoje miejsce. 

A wraz z oddawaniem, wyrzucaniem, pomniejszaniem stanu posiadania - znika zimowa deprecha, senność, chandra, brak energii. Nawet zupełne dno zaczyna mnie cieszyć, o ile jest dnem kosza na brudy. Pustego. 

No to napisałam.

Miało być inaczej, ale pierwsze, lekkie i najlepsze zdania uleciały przy wtórze jęków i marudzenia, a wersję druga zdominował Cortazar ze swoimi opowiadaniami, które wciskają mózg w latynoską foremke literacką i nic, człowieku, nie poradzisz. 

Oho, rosół daje o sobie znać.

To do miłego. 




7 komentarzy:

  1. Ze swojego doświadczenia - rozwiązanie to przedszkole - dziecko zadowolone z towarzystwa, zabaw grupowych i indywidualnych, zabawek innych niż w domu, spełnione i ... zmęczone! Przychodzi i chętnie zasiada spokojnie (!) przy swoich "starych śmieciach". Wiem co pisze, mam porównanie, bo nie zawsze było nam dane przedszkole. Pozdrawiam! I czekam na Matkę na Nd i Kota;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mama 6latka i 4latki

      Usuń
    2. Przedszkole przedszkolem ale zdarzają się takie dni, ba, całe tygodnie kiedy dzieciaki nie chodzą do przedszkola bo chore i bardziej marudne. I sajgon bo ani na spacer nie wyjdziesz ani nic konstruktywnego z dzieciakami nie zrobisz... Życie... Też sie wkurzam na stertę prania i na gary w zlewie i na mnóstwo spraw niezałatwionych... Bo pytam się jakkkk!!!??? Przejdzie i to! Będzie dobrze!

      Usuń
  2. Popieram przedmówczynię bo wiem jaki to luksus kiedy dziecko w przedszkolu od 9-16 a ja mam czas na wszystko! Przede wszystkim córka wraca wybawiona i zmęczona, ale fakt, że w nocy kiepsko spi. Kiedy dzieci nie chcą spać to jest to najgorszy mozliwy scenariusz :((((

    OdpowiedzUsuń
  3. Nieśpiące dzieci to ciężka sprawa :(. Podobnie jak dzieci wędrujące po nocach. Miejmy nadzieję, że wiosna przyniesie wreszcie więcej czasu na świeżym powietrzu i lepsze sny.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. OBY kochana, OBY :) moja jest z tych wędrowniczków :)

      Usuń
  4. Ooo, jakie znajome scenki:).
    Szczerze mówiąc to troszkę się cieszę, że jeszcze nie ma kolejnego odcinka bo ja jeszcze nie przeczytałam dwu(chyba) ostatnich, wciąż nie ma kiedy, no, nie ma...

    OdpowiedzUsuń





Poczytaj jeszcze!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...